wtorek, 18 grudnia 2012

"Ristretto" w Niedobrych Literkach

Niedobre Literki opublikowały literacki odpowiednik podwójnego espresso, czyli moje "Ristretto". Wypieszczone, dopieszczone, tu i ówdzie nawet przepieszczone. Napisane pod wpływem dużej ilości kawy. Traktujące o końcu świata, jakiego jeszcze nigdy nie było. Zapraszam do lektury.

"Gdy nadszedł kres dziejów, siedzieliśmy w kafejce na stacji benzynowej, wśród chromu i szkła, wsłuchani w szum naszych sumień. Słońce krwawiło nad horyzontem, szosą mknęły rozmazane światła, nieliczni klienci, głównie kierowcy ciężarówek, oglądali wieczorne wiadomości, złotowłosa kelnerka przyjmowała zamówienia, a w kuchni trwał festiwal niezdrowego żarcia – w tym samym czasie stary świat ustępował pod naporem zakulisowych machinacji Maszynerii. I ani ja, Johnny Ristretto, ani Diogenes, mój najlepszy przyjaciel, mimo szczerych chęci i nadzwyczajnych umiejętności, nie mogliśmy temu zapobiec.

Straciliśmy bowiem Czarną.

*

Czarna nie miała spojrzenia kradnącego serce ani ust wartych cudzołóstwa. Nie miała też długich, zgrabnych nóg ani pełnych, sterczących piersi, których widok mógłby skutkować epidemią priapizmu. Nie poruszała się z gracją i nie ubierała z klasą. Była jednak wspaniała.

Narodziła się wśród zgliszczy i ruin. W dymie i huku. Na dnie rany zadanej rzeczywistości.

Bardzo dobrze pamiętam tamtą noc. Siedziałem nad filiżanką podwójnego espresso, gapiąc się przez okno na pustą ulicę, kiedy dach baru został rozerwany na strzępy, a do środka wpadła naelektryzowana kula. Diogenes zasysał przez słomkę kofeinową whiskey i brązowy cukier. Robił to z pogardą właściwą cynikom. Nawet nie zaszczekał, gdy kula osiadła na kontuarze, tuż przed osłupiałym barmanem, i eksplodowała snopem iskier. To właśnie wtedy ujrzałem ją po raz pierwszy. Przykucnęła… na blacie. Skulona, drżąca. Oblepiona dogasającymi iskrami. Bezdennie czarna. Po chwili zeskoczyła… na podłogę i pomknęła ku drzwiom. Wyleciały na ulicę, wyrwane z zawiasów.

Dokończyłem w milczeniu kawę. I wyszedłem na zewnątrz, aby zastanowić się nad tym, co dalej. Wkrótce dołączył do mnie Diogenes. Zamerdał ogonem i oblizał pysk z bitej śmietany. Powiedziałem mu, co zamierzam zrobić. Szczeknął, że się zgadza. Wiedziałem, że muszę ją odnaleźć i poznać jej tajemnicę. To, skąd się wzięła, kim/czym była, co planowała. Nie dawało mi spokoju jej spojrzenie, w którym dostrzegłem wyzwanie rzucone całej rzeczywistości. (...)"

czwartek, 6 grudnia 2012

"Chłopaki rzeźnika" w Niedobrych Literkach

Zapraszam do Niedobrych Literek, gdzie w ramach pierwszej z trzech mikołajkowych aktualizacji, obok tekstów Karola Mitki ("Warszawskie niespodzianki") i Tomasza Czarnego ("6.XII.Śmierć"), opublikowano moich "Chłopaków rzeźnika", krótkie opowiadanie o wierze, nadziei, miłości, świętym Mikołaju i gangsterach.

"Przed spotkaniem z synem Manny’ego Rzeźnika, Michael Gravano, nazywany przez przyjaciół, wrogów i elfy „Mikim”, leżał w kompletnych ciemnościach z Biblią pod ręką, paląc papierosa za papierosem i rozmyślając karkołomnie. Za oknami świat wkraczał w lata pięćdziesiąte.

O zmierzchu Michael myślał o swojej zmarłej żonie, przez resztę nocy o córce, która umierała w szpitalu na raka. W początkowym okresie choroby życie Jenny podzieliło się na okresy narkotycznej ulgi i niewymownego cierpienia. Obecnie sprowadzało się tylko do tego drugiego. Lekarze byli bezradni.

Z łóżka wygramolił się dopiero po południu. Wypalił ostatniego papierosa, wziął zimny prysznic i przystrzygł bujną, śnieżnobiałą brodę. Potem założył swój najlepszy czerwono-biały garnitur. Siedząc w taksówce, zmęczony myśleniem o żonie i córce, a nade wszystko zawstydzony własną niemocą w obliczu cierpienia Jenny, pomyślał dla odmiany o zdarzeniu sprzed lat.

W 1944 roku trafił do Europy jako żołnierz amerykańskiej armii. Pewnej nocy, gdy z okopu obserwował błyszczący bielą las, w którym znajdowały się stanowiska nieprzyjaciela, usłyszał za plecami głos Manny’ego. Rzeźnik uśmiechał się szeroko. Miał końskie zęby i ogromne dziąsła o wyglądzie norweskich fiordów. Pachniał jatką. (...)"

Więcej w Niedobrych Literkach.

poniedziałek, 29 października 2012

"Człowiek, który czytał fikcję" w Niedobrych Literkach

O pisaniu, czytaniu, utracie wiary i... pewnym smoku. Egzystencjalna jazda bez trzymanki. Tylko w Niedobrych Literkach - "Człowiek, który czytał fikcję" 

"(...) Zanim nadszedł ten pamiętny poranek, kiedy w moje życie zakradła się kozacka pustka,  której bała się nawet jej siostra bliźniaczka, Nicość, byłem czytelnikiem fikcji. Nie byle jakim czytelnikiem – wzorcowym! Czytałem więcej fikcji niż tekstów naukowych, filozoficznych, religijnych czy tzw. literatury faktu. Nie było dnia, abym nie przeczytał choćby strony zadrukowanej wersami jakiegoś opowiadania lub powieści. Czytałem przed pracą, w pracy i po pracy, podczas szkoleń, spotkań rodzinnych i rozmaitego sortu uroczystości, przed i po seksie (nie próbowałem jeszcze w trakcie, chociaż bywało i tak, że podczas igraszek z dziewczyną, pieszcząc językiem jej łechtaczkę, zaczynałem myśleć o przeczytanych niedawno opowiadaniach i powieściach, przywoływać z pamięci obrazy najsmakowitszych fragmentów, najzgrabniejszych zdań i innych tego rodzaju łakoci). Można chyba rzec, że fikcja odgrywała w moim życiu ogromną rolę. Większą niż bogowie, wartości, władza, pieniądze, związki, seks, używki i inne źródła treści, którymi zwierzęta z naszego gatunku meblują swoje życie. (...)"


Zdjęcie:  Stare książki przez Anna Langova

środa, 24 października 2012

The Hunt

„Iron Will” było sonicznym ekwiwalentem przejażdżki piorunożernym Harleyem przez pustkowia normańskiego pogaństwa. „Młotem Bogów” szwedzkie trio wyhymniło sobie wieczyste ucztowanie w towarzystwie walkirii i darmowe bilety do raju z hurysami. Najnowszym wypiekiem ściągnęło na mój nędzny kark nieliche kłopoty. Nie wiem, co poszło nie tak. Jakie siły wzburzyłem. Komu się naraziłem. W jak wielkie gówno wdepnąłem, słuchając muzyki tych cholernych Szwedów. Wyrok zapadł. Egzekucja naśmiewała się ze mnie na horyzoncie. Mogłem jedynie odwlekać nieuniknione.

Łowca z okładki „The Hunt” zniszczył mojego Harleya, a horda jego wiecznie wygłodniałych ogarów o piekielnych manierach i jeszcze gorszych nawykach żywieniowych pożarła dziewczyny przebrane za walkirie i hurysy. Rzuciłem bestiom na przynętę moje dotychczasowe życie i prosto z imprezy uciekłem do rodzinnego zamku, który znajdował się na wyspie połączonej z lądem jedynym w okolicy mostem. Po drodze zabrałem moich przydupasów – milczących facetów w czarnych garniturach, uzbrojonych w UZI i tym podobne zabawki dla anonimowych twardzieli; facetów pozbawionych nazwisk i przeszłości, żyjących w jednym tylko celu: aby zginąć w obronie takich sukinsynów jak ja. Nie musieli długo czekać na wywiązanie się z roli.

Po kilku nerwowych dniach, wypełnionych obfitymi opadami śniegu, po drugiej stronie jeziora rozległ się dźwięk rogu. Na zamkowych murach i w ciasnych korytarzach zadźwięczała odbezpieczana broń. Piekielna horda rzuciła się po truchle zmierzchu w stronę mostu i zamarzniętej tafli. Z głośników w moim gabinecie buchnął gitarowy riff, potem perkusyjny łomot przeplatany chrobotaniem basu. Na ściany, w blasku migoczących szaleńczo świec, wpełzły cienie przypominające kształty z okładek klasycznych albumów Black Sabbath, Deep Purple i DIO. Jeśli miałem dzisiaj umrzeć, to tylko do taktów ukochanej muzyki. Machając rytmicznie głową i ściskając prawdopodobnie ostatni w moim życiu kieliszek wina, śledziłem z okna toczącą się na dziedzińcu walkę.

Pociski i zęby. Łuski i flaki. Malowniczy widok pod granatowym polem umierających gwiazd.

W pewnym momencie zobaczyłem Łowcę.

“He loomed in Technicolor while reality bleached around him. His long black hair was feathered with snowflakes, and the lights hit it just right so he appeared angelic, a movie star pausing for his dramatic close-up. In his right hand, he carried the ivory hunting horn (…); in his left he carried a faded cowboy hat with a crimson and black patch on the crown. He wore (…) iceberg-white mackinaw, ceremonial flint knife tucked into his belt so the bone handle jutted in a most phallic statement”*.

Mój prześladowca wyglądał, jakby zszedł ze stron „Frontier Death Song”. Dobra historia, pomyślałem kilka dni temu, świeżo po lekturze. Skrojona na miarę miękkiego podbrzusza mojego gustu. Okazała się jednak czymś więcej. Ostrzeżeniem przed trwającymi nieustannie Łowami. Ostrzeżeniem, które przeoczyłem. Okładka, opowiadanie - jakie tajemne związki łączyły je w obojętnej pustce kosmosu?

Wkrótce odgłosy walki ucichły, zastąpione dźwiękami ucztowania. Zamknąłem okno, odstawiłem kieliszek i zagłębiłem się w fotelu za biurkiem, z pilotem do wieży w dłoni. Coś ciężkiego wylądowało na parapecie. Pokój wypełniło brzdąkanie akustycznych gitar. Rozpoczął się tytułowy utwór


*Autorem opowiadania "Frontier Death Song", z którego pochodzi powyższy cytat, jest Laird Barron, jeden z czołowych, współczesnych twórców literatury grozy, a od niedawna również jeden z moich faworytów z poletka horroru. Barron ma w dorobku dwa zbiory opowiadań "The Imago Sequence & Other Stories" (2007) i "Occultation" (2010) oraz powieści "The Light is the Darkness" (2011) i "The Croning" (2012).


niedziela, 21 października 2012

"Świątynia zagłady" w Szortalu

Horror w konwencji digitalnego fantasy? Nie ma sprawy. I to raptem na niecałe pięć tysięcy znaków? Ależ proszę! Tylko w Szortalu, świeżo spod mojej klawiatury, "Świątynia zagłady"! Zabierze Was do piekła i głębiej.

"(...) O zmierzchu zatrzymaliśmy się w gospodzie położonej nieopodal lesistych rubieży królestwa. Od sędziwego gospodarza dowiedzieliśmy się, że plugawi czciciele Rogatego Boga pojmali z pobliskiej wioski dwójkę dzieci. Książę wzruszył ramionami i powiedział, że w tych okolicznościach to nie nasza sprawa. Kapłani się z nim zgodzili i radzili nam zostać. Mieliśmy na ten temat jednak inne zdanie. Po godzinie marszu przez tętniącą złowrogimi odgłosami gęstwinę dotarliśmy na skraj urwiska. Na dole, w blasku wbitych w ziemię pochodni, pomiędzy dwoma kamiennymi blokami, do których przykuto chłopca i dziewczynkę, pląsały w lubieżnym tańcu zdeformowane humanoidy obojga płci, intonując bluźnierczą pieśń. Rogaty Bóg obserwował rytuał z kamiennego tronu. (...)"

piątek, 7 września 2012

"Chata" w Szortalu

Jeden tydzień, dwa szorty. Oba na Szortalu. Ten drugi to "Chata", zainspirowany m. in. opowiadaniem "Szczegóły" Chiny Mieville'a, które ukazało się w zbiorze "W poszukiwaniu Jake'a i inne opowiadania". Fragmencik na rozgrzewkę:

"(...) Słońce górowało nad bezkresem twardego, spękanego podłoża, wiodącego znikąd donikąd, usianego szkieletami lewiatanów. Musiałem zabłądzić, uznałem. Powinienem być gdzie indziej. Pewnie skręciłem za wcześnie. Sęk w tym, że tego pustkowia nie było na żadnej z map, które woziłem w schowku. GPS wyświetlał białą plamę. Komórka straciła zasięg. Nic pośrodku niczego. Na szczęście, samochód i zapalniczka wciąż były sprawne. Zaciągnąłem się papierosem. Smakował inaczej – podle, jakbym razem z bibułką i tytoniem spalał czyjeś grzechy. (...)"


Zdjęcie pochodzi stąd.

poniedziałek, 3 września 2012

"All-inclusive" w Szortalu

3517 znaków ze spacjami, treści - cała otchłań i więcej. Tylko w Szortalu - miłość, plaża i hawajska muzyczka, czyli "All-inclusive".

"(...) Nie mogę przypomnieć sobie jej twarzy. Zapachu. Faktury skóry. Nie wiem już, jakiego koloru miała włosy, jaką nosiła fryzurę, w co lubiła się ubierać. Nie znam nawet jej imienia. Pamiętam za to inne rzeczy – że byliśmy kochankami, że współpracowaliśmy ze sobą, że byłem jej podwładnym, i że w obu tych sferach, zawodowej i prywatnej, grałem postać z drugiego planu, częściej statystę niż bohatera. Czy ją kochałem? Oczywiście! (...)"

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

"Heavy Metal" w Niedobrych Literkach

W zeszły piątek Niedobre Literki opublikowały jeden z moich starszych heavymetalowych trunków literackich, mianowicie opowiadanie pt. "Heavy Metal", utrzymane w konwencji niekonwencjonalnego sword & sorcery, w którym poza smokami, magami i ich matkami występują cheerleaderki, grundziarze, grinderzy i animki... Tekst powstał w okolicach 2005 roku, gdy jeszcze nie wiedziałem o istnieniu bizarro fiction, pasuje jednak do tej szufladki.

Tytułem rozgrzewki obowiązkowy fragmencik:

"Rozdziobią nas foki

Czekaliśmy w milczeniu, aż wedrą się do środka, tłumnie, zbrojnie, pałając żądzą zemsty za niespodziewaną rzeź, którą urządziliśmy na dziedzińcu gospody. Zbryzgani krwią, uspokojeni, bez pośpiechu kończyliśmy przegląd rynsztunku. Karczmarz wraz żoną i dwiema córkami spozierali ku nam zza kontuaru. Śmierdzieli strachem. Goście również. Skuleni pod stołami, przy ścianach, za krzesłami, byle z dala od nas, rzemieślników śmierci, drżeli, szlochali… kilku utytłanych własnym gównem i moczem skomlało, a przecież nie wyrządziliśmy im krzywdy. Jeszcze. Gdziekolwiek spojrzałem, widziałem twarze koloru kredy. Jak zawsze. Tam krew. Tu strach. Tak to już było. Taki fach.

Zwłaszcza dzisiaj.

Na zewnątrz zagrzmiało.

– Wychodzimy – powiedziałem i przygotowałem broń.

Kolejne grzmoty przetoczyły się nad gospodą. Zamarliśmy w bezruchu. Każdy z nas przez chwilę myślami był gdzie indziej, ale ciałem i nawykami ukształtowanymi w tysiącu podobnych zleceń zmierzaliśmy w jedno miejsce. Przyszło otrzeźwienie.

Ruszyliśmy.

Pierwszy wybiegł Garm; błyskawicznie skręcił w prawo, unikając strzał, które wbiły się we framugę drzwi, niebezpiecznie blisko mojej głowy. Ktoś wciągnął mnie do izby i zatrzasnął drzwi. Usłyszałem głośne splunięcie Stróżka i przekleństwo Perełki. Chwilę później, gdy już przywarliśmy do ziemi, ognisty podmuch wybił ze ścian murowanego budynku okna, drzwiami cisnął przez salę, tuż nad naszymi głowami, a drewniany dach zmienił w morze ognia.

– Droga wolna – wrzasnął Garm.

Nie oglądając się za siebie, ścigani krzykami spanikowanych gości, wybiegliśmy na dziedziniec. Po strażnikach nie było śladu, za to przed nami, w odległości kilkunastu metrów, rozciągał się olbrzymi krater, w którym dogasały resztki smoczej kuli.

– Przebiła się – skomentowała Perełka.

Stróżek zmełł w ustach kolejne przekleństwo i mruknął coś niewyraźnie o magach i ich matkach.

Pobiegliśmy dalej, przez krater, a potem, szybciej, w równym tempie, pnącą się w górę ulicą. Prowadził Stróżek. Garm zamykał oddział. Biegłem jako drugi, za mną Perełka, osłaniana przez Yointa i Wibana, potem rzucający długi cień Grizliusz i mglisty, jak to wampir za dnia, Petrek.

Był wczesny poranek, a do południa mieliśmy dotrzeć na ostatni poziom Neszkaru, na najwyżej położony balkon Wieży Bardwana".


Więcej w Niedobrych Literkach.

wtorek, 7 sierpnia 2012

Dziewczyna z okładki (1.0)

(Opowiadanie "Dziewczyna z okładki" zostało opublikowane w 38 numerze Grabarza Polskiego, poświęconym literaturze bizarro. Niniejsza wersja "Dziewczyny..." jest pozbawiona kilku drobnych błędów, których tamta z mojej winy się nie ustrzegła.)


Jest noc. Bez gwiazd. Droga w ciemnościach i dziewczyna przy drodze. Nieopodal, obok zardzewiałego znaku stoi milczący potwór, który kołami spragnionymi podróży przywarł do zimnego asfaltu. To ja jestem tą dziewczyną. Mam ciemnofioletowe włosy, cerę bladą niczym marmur, pociągłą twarz o smutnych oczach i szkarłatne usta, na których błąka się rozkwitający nieśmiało uśmiech.

Jestem półnaga.

Podchodzę do szerokiego niczym płaszczka krążownika. Okrążam go wolno, bez pośpiechu, ciesząc się dającą mi schronienie ciemnością. Noc pachnie moim potem. Od samochodu bije ciepło. Gdyby było jaśniej, ujrzałabym w ciemnych szybach moje odbicie. Głaszczę dach. Potem bagażnik. Przesuwam ręką po zderzakach pokrytych chromem. Udami ocieram się o reflektory wyglądające niczym ślepia jakiegoś robota o psychopatycznej osobowości. Czuję drżenie. Ogarnia mnie ono od stóp i miarowo pnie się wyżej, rozlewa się koncentrycznie od pępka, dosięga piersi, oplata delikatnie szyję i kumuluje się w skroniach, przynosząc zimno asfaltu oraz wspomnienia palonej gumy, ryku silników, prujących ciemności świateł i wyciekającego oleju. Zaczynam rozumieć.

Jestem półnaga i wcale mnie to nie dziwi.

Pulsowanie ustaje. Przez moment masuję czoło. Potem wsuwam się do kabiny. Jest przytulna. Przekręcam kluczyk, a panel za kierownicą rozbłyska różnymi odcieniami fioletu. Aluminiowo-szklane wnętrze pachnie skórzaną tapicerką. Dotykam sportowej kierownicy o chromowanych uchwytach na palce i znów wypełnia mnie znajome drżenie. Nie czuję strachu, bo wiem, że tak właśnie powinno być.

Zapalam lampkę i spoglądam w lusterko. Faktycznie, moje włosy kolorem przypominają niebo tuż przed burzą. Ma twarz jest pociągła, oczy smutne, a wargi szkarłatne i nęcące kształtem obiecującym namiętność. Tylko ta cera – biała niczym wypolerowana kość. Więc L. V. nie kłamał. Naprawdę tak wyglądam. Dotychczas nie miałam pewności, gdyż tam, gdzie mieszkałam nie było ani jednego lustra, a oświetlenie zasługiwało na miano podłego. Niewiele da się dojrzeć w zaśniedziałym ostrzu, w mętnym blasku dryfujących na skraju przepalenia żarówek.

Przeglądam pamięć odtwarzacza. Sto albumów. Wszystkie w jakości CD audio, chociaż zapisane w plikach. Sto różnych sposobów na urozmaicenie podróży. Haydn, Mozart, Bach, Beethoven, Schubert, Chopin, Wagner, Strauss. Nie znam tych nazwisk, tym bardziej kryjących się za nimi osób. Szukam więc dalej. Wreszcie znajduję. Benedictum. W końcu coś znajomego. Ba! Dobrze znanego nawet. W bunkrze – zaprawdę upiornym miejscu – leciało tylko to. I to nie od świtu do świtu, a poprzez niekończący się zmierzch. Bez końca.

Wysiadam i otwieram bagażnik.

To nie jest zwyczajna noc. Podczas zwyczajnej nocy ciemności nie są lepkie niczym smoła, nie pochłaniają łapczywie samochodowych świateł i nie ukrywają potworów. Zwyczajna noc kiedyś się skończy. Ta – nigdy.

W bagażniku, obok łyżki do opon i apteczki znajduję luźno rzucone ubranie – skórzaną kurtkę, niebieskie dżinsy, czarną, wełnianą bluzkę bez rękawów z napisem „Something Wicked This Way Comes”, czarne, bawełniane skarpetki oraz wojskowe buty na grubej podeszwie. Obok nich leży pas z dwoma rewolwerami i samurajski miecz. Ten sam, w którego zaśniedziałym ostrzu próbowałam dojrzeć własne oblicze.

Przebrana siadam za kierownicą, wybieram pierwszy utwór i przekręcam kluczyk w stacyjce. Wtedy ze smolistego przestworu wynurza się jaskrawożółte światło, zalewając przez tylną szybę wnętrze krążownika. Nie gaszę silnika. Czekam. Przez głośniki przelatują pierwsze dźwięki piosenki. Patrząc w boczne lusterko widzę, że gliniarz zsiada z motocykla i powoli idzie w moją stroną. Zamykam oczy. Nie boję się. Przebywając przez tyle lat w miejscu zewsząd szturmowanym przez amorficzne potwory, zdążyłam się uodpornić na strach.

Jedź, szepczę w jednej chwili, a w następnej krążownik zostawia humanoidalną plamę czerni w białym kasku daleko w tyle. Samochód zna drogę. Wie, dokąd zmierzam i ma mnie tam dostarczyć w jednym kawałku. Nie muszę prowadzić. Plama czerni z odznaką nie daje jednak za wygraną. Światła motocykla znów buszują w kabinie. Zagłębiam się w wyprofilowanym oparciu fotela i przymykam oczy. Daję się porwać muzyce, przekonana, że samochód poradzi sobie z natrętem.

Perkusyjna kanonada, dudniący bas i wściekle zacinające riffy gitarowe. Ścigamy się w otulinie rozkosznie bombastycznych dźwięków – plama czerni na policyjnym motorze i dziewczyna w płaszczkopodobnym krążowniku, wsłuchana w heavy metal jej życia. Mkniemy autostradą przez niekończąca się ciemność. Mijając nędzne resztki świata przemielonego przez zło, którego na początku nikt nie potraktował poważnie. Nie muszę dodawać, że to był błąd. Wielki błąd. A potem dla większości było już za późno na cokolwiek innego niż chaotyczna ucieczka po pewną śmierć.

Atakujemy! Samochód wypuszcza z tylnych działek chmarę pocisków, które szatkują gliniarza. Motocykl uderza w jakiś wrak. Biały kask znika w ciemnościach. Plama czerni jest już historią. Opieram głowę o zagłówek i zamykam oczy. Krążownik rozpina moje dżinsy. Unoszę biodra, stringi i nogawki zjeżdżają do kolan. Bluzka idzie w górę, ponad piersi, które zalewa fioletowy blask deski rozdzielczej. Moje sutki stają na baczność, chłonąc świetlną pieszczotę. Skórzane palce pieszczą łechtaczkę, drażnią wejście do pochwy, masują dziurkę między pośladkami. Zaciskam dłonie na kierownicy. Przygryzam dolną wargę. Znów ogarnia mnie drżenie. Czuję smak chromu na ustach.

Lada moment będziemy u celu.

Czterokołowa bestia i ja – pewną ręką powołana do motylego życia. Przez tyle lat w tym cholernym bunkrze, samotna, skazana na niekończącą się walkę. Nie starzałam się, nie odczuwałam łaknienia ani głodu. Nie mogłam zwariować, choć, uwierzcie mi, chciałam. Musiałam robić swoje. Ciąć, siec, kłuć i rąbać. Z krótkimi przerwami na złapanie oddechu. Bujna w biuście, a wątła w talii, heroina od dziewiczego uniesienia powiek zaprawiona w boju z amorficznymi monstrami.

Oto jestem. Kochając się po raz pierwszy w życiu i wioząc zagładę w kierunku ostatniego miejsca daremnego oporu. Nie dojeżdżamy jednak do otoczonego szkarłatnym polem siłowym miasta. Kiedy szczytuję, skręcamy gwałtownie w lewo, zjeżdżając z szosy na piaszczyste pobocze. Krążownik odpala przymocowane do dachu reflektory. Ciemności rozstępują się przed nami niczym wargi sromowe przed językiem kochanka. W oddali, wzniesiony ku mętnemu niebu, sterczy kikut mostu. Podciągam majtki i spodnie. Opuszczam bluzkę. I zerkam w lusterko, aby poprawić fryzurę.

Przednie koła podskakują, gdy wjeżdżamy na most. Samochód przyspiesza. Wybieram ulubiony utwór i gładzę dłonią drążek skrzyni biegów. Z silnika dobiega radosny pomruk. Chwilę później jesteśmy już w powietrzu, wznosząc się ku czerwonej zmarszczce w teksturze mojego świata. Zmarszczka przybiera kształt olbrzymich ust i połyka nas…

…na drugą stronę.

*

Tutaj też trwa noc. Pełna migoczących gwiazd i szumu pobliskiej rzeczki. Stoimy przed mostkiem, za którym kręta droga wiedzie do otoczonej murem rezydencji L. V. Ruszamy wolno, bez pośpiechu. Mamy czas. Świt dopiero przed nami. Opuszczam szybę i wystawiam na zewnątrz głowę. Ten świat pachnie inaczej. Bardziej niewinnie. Polnymi kwiatami i zwierzęcymi odchodami. Zatrzymujemy się pod bramą. Jest zamknięta. Taksuję spojrzeniem trzymetrowy mur i zabieram z bagażnika katanę oraz pas z rewolwerami. Samochód zawraca i ustawia się przodem do mnie. Biorę krótki rozbieg, wskakuję na przednią maskę, stamtąd na dach, z dachu zaś skaczę ponad ostrymi końcówkami żelaznych prętów na wyściełaną kamyczkami ścieżkę.

Wstrzymuję oddech i czekam. Psy nadbiegają szybciej, niż oczekiwałam. Warczą i kłapią zębami. Czterej śmiercionośni strażnicy. Ulubieńcy żony L. V. Sama zaczynam warczeć, a potem prostuję się i atakuję. Katana idzie w ruch. Powietrze jęczy z bólu smagane świstem ostrza. Zostawiam w krzakach cztery bezgłowe ciała i biegnę dalej. Wkrótce pojawia się kolejny problem. Większy i liczniejszy niż psy.

Wychodzą zza drzew, powłócząc nogami, charcząc i zawodząc. Wbijam katanę w ziemię, rozpędzam się i skaczę na wysokość mniej więcej dwóch metrów. Rozlega się ciche pif-paf. W dłoniach ściskam rewolwery. Z długiej lufy snuje się niebieskawy dym. Owiniętego własnymi jelitami faceta ogarnia fioletowo-czerwona chmura. Zanim ląduję na pewnie rozstawionych nogach z gracją tak niezwykłą, że na mój widok ze wzruszenia zapłakałby sam diabeł, osiem takich chmurek zostawia wśród umarlaków usiane jatką ścieżki. Rewolwery wracają do kabur, chwytam w biegu rękojeść katany i dekapituję stojącego najbliżej truposza. Po dwóch-trzech minutach ciężkiej pracy nurkuję pod rękoma grubaski w sukience w groszki, wbijam ostrze w jej galaretowaty brzuch i tnę w górę przez mostek, gardło i głowę. Szybkim saltem w tył unikam mżawki, w której rolę kropli przejęły kawałeczki płatów czołowych.

Wycieram katanę o trawę i ruszam w kierunku drzwi wejściowych. Ustępują pod moim dotykiem, ukazując oświetlony okazałym żyrandolem kwadratowy hol. To pałac, a nie dom. Znam jednak rozkład pomieszczeń. Dywan tłumi odgłos kroków, gdy wbiegam schodami na piętro, gdzie mieści się gabinet L. V. Drzwi do gabinetu są uchylone. Popycham je lekko i wchodzę do środka.

Głowa L. V. spoczywa na biurku, a jego ciało półleży na obrotowym krześle. Co czuję? Nic istotnego. Jedynie spokój. Wiedziałam, że został zabity. Tylko dlatego mogłam opuścić ten cholerny bunkier i uciec z konającego świata. W przeciwnym razie tkwiłabym tam nadal, walcząc z hordami amorficznych bestii.

Wracam na korytarz i ruszam do łazienki, z której dobiega szum wody. Mijając pracownię L. V., mimowolnie zerkam przez otwarte drzwi - na przeciwległej ścianie wisi poster, na którym absurdalnie seksowna blondynka zbliża krwistoczerwony język do iglicy monumentalnego budynku. Podchodzę bliżej. Na ogromnym stole leży pełno różnych komiksów. Biorę jeden z nich do ręki, otwieram, kartkuję. Potem ponownie się rozglądam i stwierdzam, że jednak nie jestem w pracowni L.V. To pracownia jego żony. To jej komiksy. To ona je wymyśliła i narysowała. Odkładam komiks na miejsce. Z jego okładki spogląda na mnie martwa kobieta w sukience w groszki. Ma obrzmiałe ciało, oczy wywrócone białkami do przodu i pożółkłe zęby, z których skapuje ślina.

Pod drzwiami łazienki zamieram w bezruchu i nasłuchuję. Ktoś bierze prysznic, stwierdzam, po czym wsuwam głowę do środka. Po drugiej stronie pomieszczenia znajduje się kabina prysznicowa. Przez zaparowane ścianki widzę zarys piersi i pośladków. Kobieta ma zamknięte oczy i pogwizduje pod nosem. Raczej nie jest świadoma mojej obecności.

Postanawiam zaczekać na nią w pracowni.

Witaj, skarbie, mówię dziesięć minut później, gdy pojawia się w progu w niezawiązanym szlafroku. Teraz nie mam już wątpliwości. To ona jest tą absurdalnie seksowną blondynką. Kobieta oblizuje górną wargę. Przez moment w jej oczach widzę strach. Poczekaj, odpowiada. Chcę ci coś pokazać. Potem zdecydujesz. Zrywam się z krzesła, potrząsam bronią i mówię: Tylko bez sztuczek. Blondynka wyciąga z szafy niewielkie pudełko bez wieka. W pudełku znajdują się zdjęcia. Wysypuje je na stół i spogląda na mnie z nadzieją. Zobacz, kim był mój mąż. Oglądam fotografie. Wszystkie są czarno-białe. I pełne wzorcowego zła. Zabiłam go, gdy tylko odkryłam jego tajemnicę, wyjaśnia blondynka. Nie oczekiwałam od niego wierności ani on ode mnie. Mieliśmy jasny układ. Ale to… – wskazuje na zdjęcia – …z tym nie mogłam się pogodzić. Nadal nie mogę.

Nie chowam rewolweru. Unoszę go wyżej, tak, że żona L. V. może zajrzeć w głąb lufy. Staram się nie rozpłakać. Z trudem panuję nad drżeniem dłoni. Dobija mnie myśl, że przez całe życie walczyłam z potworami, sama będąc dziełem potwora. Zrobimy tak… - mówię i zaczynam wyjaśniać jej mój plan. Słucha w milczeniu, a gdy milknę, odpowiada: Dobrze. I zgarnia zdjęcia do pudełka. Pudełko ląduje w szafie. Zabiłaś psy i zombie? Wzruszam ramionami. Musiałam. Przez moment obie milczymy. Potem ona się uśmiecha. Nic nie szkodzi, mówi. Narysuję nowe. Na imię mi Kim. Mira, odpowiadam i podaję jej dłoń.

Ma taką delikatną skórę.

*

O świcie znów siedzę za kierownicą krążownika. Otoczona murem posiadłość zniknęła godzinę temu z bocznych lusterek. Krople ulewnego deszczu bombardują szosę. Z głośników dobiega perkusyjna kanonada i terkot gitarowych riffów. Na sąsiednim fotelu leży metrowa tuba, a w niej zwinięty w rulon obraz. Obraz przedstawia postapokaliptyczny krajobraz z bunkrem na pierwszym planie i całkowicie białą kobiecą sylwetką. Wiozę ze sobą mój dom i miejsce moich narodzin. Moje więzienie. Dostałam je od Kim. W zamian darowałam jej życie. Chociaż… nie, to nie tak, i tak bym jej nie zabiła. Nie po tym, co ujrzałam na tamtych zdjęciach i czego się dowiedziałam o moim stwórcy. Widzicie… – w lewym lusterku zauważam czerwone Ferrari – …prawda jest taka, że my, dziewczyny z okładek, musimy trzymać się razem.

My i nasze samochody.

czwartek, 26 lipca 2012

Spocona i lepka

(A) Gdy po raz pierwszy usłyszałem o Zakonnicy, moje wspomnienia z lektury „On the Far Side of the Cadillac Desert with Dead Folks”* konsumowało mentalne rigor mortis. Filmik autorstwa Iana Giedrojcia przerwał ten nieszczęsny proces. W centrum żarówki, która rozbłysła pod sklepieniem mojej czaszki, ujrzałem seksowne siostrzyczki z fikcyjnego zakonu „Jesus Loves Mary”. Pomysł na szorta mającego promować debiutancki album bydgoskiego Nihil Quest wyskoczył spomiędzy ich długich i zgrabnych nóg. Po godzinie stukania w klawiaturę króciak pod tytułem „Nihil Quest" był gotowy. Po kilku poprawkach trafił na łamy Niedobrych Literek jako fragment większego tekstu autorstwa Marka Grzywacza zatytułowanego „Inwazja heavymetalowych paluchów”. Byłem przekonany, że Zakonnicę mam z głowy. Z biegiem dni zacząłem o niej zapominać. Dni biegły żwawo, więc w końcu zapomniałem. O tej i o innych sprawach.

(B) Dzisiaj rano zasiadłem do komputera z zamiarem napisania krótkiego i błyskotliwego tekstu. Kawa stygła w kubku. Tost z serem i pomidorem na talerzu. Drobiny kurzu tańczyły w smudze słonecznego światła nad blatem kuchennego stołu. Moje palce wystukiwały rytm zniecierpliwienia na obudowie laptopa. Ekran świecił niezapisaną stroną. Zasnąłem ze świetnym pomysłem na pierwsze zdanie, a obudziłem się z pustką w głowie. Nic z tego nie będzie, pomyślałem i sprawdziłem pocztę. Mail od Iana. W mailu znalazłem linki do dwóch nowych filmików o Zakonnicy. Obejrzałem oba. Pierwszym był teledysk do utworu „Equal”, drugi nosił tytuł „Zaginione strony „Dzienniczka” św. Faustyny”. Odpisałem Ianowi, że zamieszczę linki na swoim blogu razem z odpowiednim zagajeniem, po czym sięgnąłem po tosta. Nie zjadłem apetycznego drania. Kawy też nie wypiłem. Wyplute przekleństwo zmąciło wirujące drobinki. Zaraz, krzyknąłem i zamknąłem komputer. Pukanie powtórzyło się po raz trzeci.

(C) Za drzwiami nie było kobiety, którą zobaczyłem przez wizjer. Nie było również klatki schodowej. Nie było niczego poza lepką i spoconą ciemnością, która prawym sierpowym odesłała mnie w swoje objęcia.

(D) Ocknąłem się przed ekranem laptopa. Ktoś spuścił żaluzje. Wypił moją kawę i zjadł grzankę z serem i pomidorkiem. To była ona. Lepka i spocona. Spójrz na mnie, powiedziała. Spojrzałem. Nosiła czarno-biały habit z wycięciem z przodu i z tyłu, odsłaniającym zgrabne nogi w ciemnych pończochach i fikuśne koronkowe majteczki z nadrukiem rogatej dłoni. Zakonnica. Wyjaśniła mi to i owo. Filmy i szort podziałały jak pentagram i inkantacja. Więc przybyła. Po fanty. I po coś więcej. Uśmiechnęła się ciemnością zza drzwi i powiedziała: Pisz.

(E) Potem zaczęła dyktować. Podyktowała mi akapity (A)-(E). Nie tylko słowa, również moje myśli. Myślałem jej ustami. Jakbym był jakąś marionetką. Spociłem się. Zrobiłem lepki. (Z1) Napisałem zdanie (Z1) i zgodnie z jej poleceniem położyłem dłonie na stole.

Wciąż tutaj jestem. Nadal piszę. Kolejny akapit. Czuję jej ciepły oddech na szyi. Długie palce na ramionach. Obfite piersi na plecach. Ciemność sączy się z jej słów. Wpełza pod moje paznokcie, sunie żyłami w górę dłoni. Zadomawia się.

Zakonnica ogląda w milczeniu filmiki Iana. Potem czyta na głos pierwszy akapit mojego szorta. Przelatuje wzrokiem przez kolejne i wybucha śmiechem. Blisko mój samczy ateuszku, mówi. Dość blisko, abyś zasłużył na kroplę blasku prawdy zza moich koronkowych majteczek z nadrukiem rogatej dłoni. Podaje mi lusterko. Białka moich oczu zachodzą ciemnością. Za moment będziesz mój, wyjaśnia. Później odnajdziemy twoich kumpli. Ożywczy powiew muska moje podniebienie. Dobrze znany smak rozlewa się na języku, obmywa usta, nurkuje w głąb przełyku.

Ciemność smakuje jak kawa latte.

Znam już prawdę. W smoliście czarnych atomach migoczących przed moimi oczami dostrzegam zwielokrotniony tron wszechprzymiotników. I jedyny w swoim rodzaju tyłeczek, który zgrabnym susem ląduje na tronie. Mości się w jego centrum. Nie wiem, co to za istota. Pewnie nic ludzkiego w postaci doskonałej pupy. Potem ten antropomorfizm znika. Indywiduum z tronu zrzuca maskę. Dziki wrzask ucieka z mej piersi. Z trudem zaciskam powieki. Zapadam się w kapiącej spod nich ciemności.

Kiedy ponownie otwieram oczy, dostrzegam w lusterku odbicie nieznanej mi twarzy. Przez moment jestem rozkojarzony. Mrugam powiekami, jakbym próbował wykasować to, co widzę. Potem ogarnia mnie błogie zrozumienie, które może dać jedynie prawy sierpowy wyprowadzony przez prawdę. Uspokajam się, odwzajemniam uśmiech Zakonnicy i przystępuję do napisania ostatniego akapitu.

Za chwilę z mojego mieszkania wyjdą dwie osoby. Pierwszą będzie Zakonnica. Drugą ja – świeżutka imitacja ludzkiej samicy w czarno-białym habicie z wycięciem z przodu i z tyłu, odsłaniającym zgrabne nogi w ciemnych pończochach i fikuśne koronkowe majteczki z nadrukiem rogatej dłoni.


*Joe Lansdale, "On the Far Side of the Cadillac Desert with Dead Folks" w: "The Urban Fantasy Anthology", Tachyon Publications 2011

piątek, 13 lipca 2012

Cyborg

...w 1410 roku na polach Grunwaldu cyborg Mszczuj ze Skrzynna zabił w walce cyborga Ulricha von Jungingena. W 1633 roku cyborg Galileusz został skazany przez trybunał inkwizycyjny na karę dożywotniego aresztu domowego za publiczne głoszenie uznanej za heretycką heliostatycznej teorii Mikołaja Kopernika, skądinąd też cyborga. W 1749 roku pewna cyborżka zostawiła Casanovie zapisaną diamentem na szybie wiadomość: "O Henriecie też zapomnisz". W 399 roku przed narodzinami Chrystusa, jednego z cyborgów ukrzyżowanych gdzieś pomiędzy 30 a 33 rokiem naszej ery, cyborg o wyglądzie satyra, nauczyciel Platona, wypił cykutę, wykonując tym samym wyrok śmierci wydany przez ateński sąd. Od 41 do 47 roku p. n. e. cyborżka Messalina organizowała huczne orgie seksualne, w których sama brała ochoczo udział. W pierwszej połowie XX wieku w porewolucyjnej Rosji wskutek rządów cyborga Stalina życia straciło około 20 milionów cyborgów. W latach pięćdziesiątych cyborg Billy Graham urządzał na parkingach w Los Angeles wielotysięczne nabożeństwa. W stacjach radiowych puszczano "That’s All Right (Mama)” cyborga Elvisa, a w kinach można było obejrzeć „W samo południe” z cyborgiem Garym Cooperem w roli głównej...

"My body is an electronic virgin. I incorporate no silicon chips, no retinal or cochlear implants, no pacemaker. I don't even wear glasses (though I do wear clothes). But I am slowly becoming more and more a Cyborg. So are you. Pretty soon, and still without the need for wires, surgery or bodily alterations, we shall be kin to the Terminator, to Eve 8, to Cable... just fill in your favorite fictional Cyborg. Perhaps we already are. For we shall be Cyborgs not in the merely superficial sense of combining flesh and wires, but in the more profound sense of being human-technology symbionts: thinking and reasoning systems whose minds and selves are spread across biological brain and non-biological circuitry"*.

Na początku XXI wieku Andy Clark - autor książki "Natural-born Cyborgs", z której pochodzi zacytowany fragment, jak większość z nas mający wtedy ciało będące elektroniczną dziewicą - stwierdził, że ludzie, a ściślej ludzie z gatunku homo sapiens sapiens są, dosłownie, cyborgami: biologicznymi istotami zdolnymi, i ewolucyjnie przystosowanymi, do używania artefaktów, i to do używania ich w sposób niwelujący różnicę między artefaktem a ciałem użytkownika. Bezpośrednie połączenie ludzkiego układu nerwowego z artefaktem wyposażonym w odpowiedni interface miało być jedynie szczególnym przypadkiem cyborgizacji - wymagającą chirurgicznej interwencji modyfikacją tzw. body image i body schema.

Polubiłem ten koncept od pierwszego wejrzenia.

Człowiek z ołówkiem w dłoni, pochylony nad kartką papieru, rozwiązuje matematyczne zadanie. Jest cyborgiem. Człowiek z zegarkiem na ręce - spogląda na podświetloną tarczę. Jest cyborgiem. Człowiek kartkujący słownik w poszukiwaniu słowa, którego treść chce sobie przypomnieć. Jest cyborgiem. Człowiek wbijający gladius w brzuch innego. Jest cyborgiem. Człowiek pobudzający swą łechtaczkę wibratorem. Jest cyborgiem. Człowiek obsługujący ręczną skrzynię biegów - jest cyborgiem. Człowiek piszący wiersz w edytorze tekstu. Jest cyborgiem. Człowiek komunikujący się przez telefon komórkowy. Jest cyborgiem. Człowiek korzystający z treści WWW za pomocą interface'u wyświetlanego na siatkówce oka. Jest cyborgiem. Człowiek sterujący swoim domem za pośrednictwem nadajnika połączonego z układem nerwowym. Jest cyborgiem.

Fajna sprawa.

W wędrówce przez ludzkie natury i odpowiadające im światy, byliśmy (tylko lub aż) dziełami bogów, Boga, Natury, Absolutu, historii, kultury, społeczeństwa, ewolucji. Niedawno zaś zostaliśmy cyborgami.

Nice. Swoiste gestalt switch.

Ciekawe, czym zostaniemy w przyszłości? - pomyślałem po lekturze książki Clarka. I jak zmieni się nasza przeszłość? W końcu, jak to ujął Richard Rorty, "there is nothing deep down inside us except what we have put there ourselves". Zaraz też przyszło mi do głowy, że przeciwko temu dictum zaprotestowałby cyborg Arystoteles. Reedukowany w zakresie nagromadzonej przez 2000 lat filozoficznej pojęciowości, gdyby mimo wszystko pozostał tu i ówdzie arystotelikiem, rzekłby, że przecież deep down inside (esencjalnie, w jego słowniku) to my jesteśmy właśnie cyborgami. Zatem człowiek pobudzający swą łechtaczkę wibratorem robi to, do czego został ewolucyjnie przystosowany - mianowicie, wykorzystuje pewien artefakt w sposób niwelujący różnicę między ciałem użytkownika a samym artefaktem. Postępuje cyborgicznie. W zgodzie ze swą naturą. Jak przystało na dobrego cyborga.

Kilkadziesiąt lat później postanowiłem to sprawdzić. Nie, nie ten numer z komunią łechtaczki i wibratora. Zadzwoniłem do wskrzeszonego Arystotelesa, aby zapytać, czy pozostał tu i ówdzie arystotelikiem. Nikt nie odbierał przez dłuższą chwilę. Potem włączyła się poczta głosowa. Poznałem ten głos. Mąż wróci z kliniki za miesiąc, powiedziała osoba, którą znałem ze zdjęć w kolorowych magazynach, z wywiadów telewizyjnych oraz kontrowersyjnych filmików publikowanych w sieci. Kiwnąłem głową, jakby mój gest miał jakieś znaczenie, i rozłączyłem się. Wtedy sobie przypomniałem - nazwę kliniki i rodzaj operacji, jakie się w niej przeprowadza. Nabrałem pewności, że pomimo wchłonięcia ogromnej sterty filozoficznych konceptów Arystoteles pozostał tu i ówdzie arystotelikiem.


*Andy Clark, Natural-born cyborgs: Minds, Technologies and the Future of Human Intelligence, Oxford University Press 2001, s. 5

środa, 20 czerwca 2012

Bizarro Special

Niedobre Literki i redakcja Grabarza Polskiego zapraszają do lektury najnowszego, specjalnego numeru poświęconego w całości bizarro fiction. 152 strony zdjęć, artykułów, wywiadów i opowiadań ze świata bizarro. Wśród nich - pochwalę się - moje opowiadanie pt. "Dziewczyna z okładki" poświęcone - a jakże - blondynce ze zdjęcia obok i... Sprawdźcie sami komu i czemu. Poza tym - ode mnie - wywiady z Kirsten Alene i Ianem Giedrojciem (Nihil Quest) oraz recenzja "Love in the Times of Dinosaurs". To tylko kropla w morzu frapującej i totalnie dziwacznej zawartości.

Numer możecie pobrać ze strony Grabarza Polskiego.

Fragment "Dziewczyny z okładki":

"(...) Podchodzę do szerokiego niczym płaszczka krążownika. Okrążam go wolno, bez pośpiechu, ciesząc się dającą mi schronienie ciemnością. Noc pachnie moim potem. Od samochodu bije ciepło. Gdyby było jaśniej, ujrzałabym w ciemnych szybach moje odbicie. Głaszczę dach. Potem bagażnik. Przesuwam ręką po zderzakach pokrytych chromem. Udami ocieram się o reflektory wyglądające niczym ślepia jakiegoś robota o psychopatycznej osobowości. Czuję drżenie. Ogarnia mnie ono od stóp i miarowo pnie się wyżej, rozlewa się koncentrycznie od pępka, dosięga piersi, oplata delikatnie szyję i kumuluje się w skroniach, przynosząc zimno asfaltu oraz wspomnienia palonej gumy, ryku silników, prujących ciemności świateł i wyciekającego oleju. Zaczynam rozumieć. (...)"


poniedziałek, 18 czerwca 2012

Po inferencjach ich poznacie...

(Uwaga! Niniejszy tekst nie jest recenzją najnowszej powieści Chiny Mieville'a)

W „Railsea” mają te swoje fikuśne pociągi – napędzane paliwem, wiatrem, siłą mięśni niewolników bądź zwierząt hodowlanych, gigantycznymi mechanizmami zegarowymi, blaskiem słońca i… księżyca. Pociągi wojskowe, pirackie i kupieckie, pociągi łowców artefaktów, a także należące do myśliwych, którzy wśród bezdroży tytułowego morza polują na mieszkańców bezdennych podziemi.

W „Railsea” mają też inne fajne rzeczy – na przykład, tamtejsze miasta-państwa wznoszą się na bezpiecznych dla ludzkiej stopy wzgórzach; ponad górskimi szczytami, w zabójczej i nieprzeniknionej dla ludzi atmosferze żyją lovecraftowskie monstra, a podziemia pod torami przemierzają mordercze stworzenia z koszmarów, które śnią ogrodnicy oraz osoby bojące się panicznie szczurów, kretów i olbrzymich czerwi z Arrakis.

Najfajniejsze z mrowia konceptów Mieville’a są jednak fikuśne pociągi. Oraz kapitanowie. Tak, pociągi i kapitanowie, a przynajmniej niektórzy z nich. Bardzo specyficznego rodzaju. Kapitanowie tacy jak Naphi, dowodząca Medes, statkiem-pociągiem przeznaczonym do polowania na głębokich torach i piaskach Railsea. Naphi, jak większość podobnych jej kapitanów, ma swoją filozofię, której – w odróżnieniu od nas, ziemskich filozofów, zlokalizowanych złośliwie po tej stronie kartki lub ekranu – nie uprawia: ona ją ściga. Filozofią, którą ściga Naphi jest Mocker-Jack, o którym w pewnym momencie sama opowiada tak:

You know how careful are philosophies. How meanings are evasive. They hate to be parsed. Here again came the cunning of unreason. I was creaking, lost, knowing that the ivory-coloured beast had evaded my harpoon & continued his opaque diggery, resisting close reading & a solution to his mystery. I bellowed, & swore that one day I would submit him to a sharp & bladey interpretation*.

Mocker-Jack jest…

…Kretem Wielu Znaczeń (the Mole of Many Meanings). Rozumiecie? Filozofia, którą ściga Naphi, jest gigantycznym kretem-albinosem. My, filozofowie, nie uprawiamy filozofii, która byłaby kretem, a co dopiero krecim lewiatanem z głębin ziemi. Nie uprawiamy filozofii, która mogłaby nas ścigać, odgryźć nam rękę w łokciu, a nawet zabić. Jednakże z osobami takimi jak Naphi, łączy nas, filozofów, jedno: też sporo podróżujemy, chociaż zdecydowanie inaczej niż nie-filozofowie z obu stron literackiego lustra.

Wpadłam na to podczas konferencji filozoficznej, gdy czekając na swoją kolej, aby wystąpić z referatem, podczytywałam w smartfonie „Railsea”. Nagle mnie olśniło. Ujrzałam to z taką jasnością i tak wyraźnie, że Rene byłby ze mnie dumny. Światełko rozumu zadziałało rzetelnie. Rozdziawiłam ze zdumienia usta, wzbogacona nowym zasobem wiedzy apriorycznej, a potem – cała ja – zachichotałam pod nosem, uśmiechnięta niczym osoba, która jednym celnym strzałem zakończyła pościg za białym króliczkiem.

My, filozofowie, nie mamy fikuśnych i fantastycznych pojazdów. Nie dla nas egzotyczne krążowniki z fikcyjnych światów. Posiadamy natomiast coś innego. Argumenty. I to nie byle jakie, bo filozoficzne.

Do czego służy taki argument? To proste. Argument filozoficzny służy do tego, abyśmy mogli dojść, nie wychodząc. Dojść do celu, nie wychodząc z domu. Nie ruszając się zza biurka, z fotela, z preferowanego miejsca i mebla filozoficznej praxis. Dojść do celu, do którego chcemy dojść. Do żadnego innego. Tym bardziej do takiego, który nam z jakichś względów, niekoniecznie zracjonalizowanych, nie odpowiada. Filozoficzny argument służy do tego, abyśmy mogli dojść do celu, zabierając po drodze adresatów naszej argumentacji, nawet wbrew ich woli. W końcu the terminology of philosophical art is coercive**. Filozoficzny argument jest sposobem-narzędziem-wehikułem na travelling without moving*** przez cmentarzysko/wykopaliska filozoficznych konceptów. Cel podróży - co ujrzałam jasno i wyraźnie w blasku mojego reliabinie pracującego rozumku - stanowi wiedza aprioryczna, czyli taka, którą ludzka osoba, nawet mężczyzna, może uzyskać, nie ruszając się z kanapy, nie otwierając oczu, nie używając pozostałych zmysłów, za pomocą samego tylko rozumu i stosownych inferencji. Wiedza o czym? O czym tylko chcemy.

O dowolnym Moby Dicku.

W „Railsea” mają te swoje fikuśne pociągi i bezkresną plątaninę torów zamiast statków i mórz.

My, filozofowie, nie mamy pociągów ani innych, równie fikuśnych i fantastycznych pojazdów. Posiadamy za to bezkresną plątaninę przesłanek i konkluzji, w których dwa tysiące lat wnioskowania wyżłobiło zdradliwe koleiny.




*China Mieville, Railsea, Del Rey Books 2012

**Robert Nozick, Philosophical Explanations, Harvard University Press 1981, s. 2-4 ((…) arguments are powerful and best when they are knockdown, arguments force you to a conclusion¸ if you believe the premises you have to or must believe the conclusion, some arguments do not carry much punch, and so forth. A philosophical argument is an attempt to get someone to believe something, whether he wants to believe it or not (...)). Więcej na ten temat tutaj: Home sweet home.

*** Niezamierzony wpływ na powstanie powyższego tekstu miał mój przyjaciel, D. Żuromski.

niedziela, 20 maja 2012

"Trumna i osioł" w Niedobrych Literkach

Zapraszam do lektury opowiadania "Trumna i osioł". Tylko na łamach Niedobrych Literek (Polskiego Centrum Bizarro). Fragment na zachętę:

"Dżin

Osoba, którą kiedyś nazywano „Alvaro”, przybyła z południa, sama, piechotą, uzbrojona w dwa rewolwery i strzelbę. Zanim pojawiła się na progu Sennej Dziury, burzliwa przeszłość wypluła ją na pustynię, by tam, w piaszczystym bezkresie, poszukała ratunku, schronienia i miłości.

Alvaro znalazł schronienie w zardzewiałym autobusie, niegdyś żółtym, obecnie konającym wśród wydm, szturmowanym każdego dnia i każdej nocy przez miliardy ziarenek piasku. Kiedy nadeszła piaskowa burza, skulił się pod rozprutą wzdłuż i wszerz deską rozdzielczą. Siedział tam bez słowa do zmierzchu, otulony płaszczem, w goglach, zapatrzony w smugi piasku przelatujące przez pozbawione szyb okna, dostrzegając przed sobą, niemalże na wyciągnięcie ręki, swoje dotychczasowe życie, bezpowrotnie minione, nie do odratowania, stracone na zawsze. To cholerstwo utkane z dwudziestu cuchnących lat wciąż było u jego boku, wierne jak pies. Strzygło czujnie uszami, lizało mu twarz, na ogół jednak sikało pod nogi. Alvaro nienawidził swojego życia. Pragnął zmiany. Fundamentalnej, całkowitej. Zmiany nie do pomyślenia, tym bardziej do zrealizowania ludzkim kosztem. I właśnie dlatego pomyślał pewnego dnia: Cholerne życie, było, minęło, to prawda, ale zostawiło cień, osad, coś w rodzaju psiej śliny, którą zmyć może tylko pustynia.

(...)"

Więcej w Niedobrych Literkach!


*Kadr pochodzi z filmu "Hardware" (1990) w reżyserii Richarda Stanleya.


niedziela, 13 maja 2012

"Nihil Quest" w Niedobrych Literkach

W najnowszej aktualizacji Niedobrych Literek przeczytacie o bizarrowym gadżecie, którym bydgoski zespół Nihil Quest promuje swój debiutancki album "1.1 Splendid Isolation", obejrzycie również promocyjny filmik, w którym występuje rzeczony gadżet oraz zakonnica o lubieżnym behawiorze, a także będziecie mogli pochłonąć mojego najnowszego szorta nawiązującego do wspomnianego filmiku.

Fragment szorta na zachętę:

"Oczywiście, nie była zakonnicą, nosiła jedynie przebranie – czarno-biały habit z wycięciem z przodu i z tyłu, odsłaniającym zgrabne nogi w ciemnych pończochach i fikuśne, koronkowe majteczki z nadrukiem rogatej dłoni. Wyglądała jak jedna z tych hiperseksownych zakonnic z opowiadania Joe Lansdale’a „On the Far Side of the Cadillac Desert with Dead Folks” – siostrzyczki kochały Jezusa i wierzyły, że on też je kocha. Czasami wielokrotnie. Ta tutaj, w podróbce brytyjskiego pubu, zaludnionego przez papierosowy dym i rozgadanych nastolatków, pochodziła z innej bajki – nie znała twórczości Lansdale’a i z pewnością nie kochała Jezusa. Wręcz przeciwnie. Była zła do szpiku swych zgrabnych kości. I szukała osoby, która w zamian za tłustą od rozkoszy obietnicę długiego i udanego życia zgodziłaby się powędrować po śmierci do piekła".

Więcej w Niedobrych Literkach!

piątek, 20 kwietnia 2012

"Sierociniec" w Nowej Fantastyce - Wydanie Specjalne

Hell yeah! Byłem wczoraj w inmedio, na półce, wśród kolorowych magazynów zobaczyłem okładkę nowego numeru Nowej Fantastyki (Wydanie Specjalne), na okładce znajomy tytuł "Sierociniec", a nad nim moje nazwisko. Poczułem stal... - jak powiedział bohater "Starczych dłoni, rogatych pięści". Zainteresowanych zapraszam na wyprawę do mitycznego Sierocińca.

"(...) Żółty Cadillac Fleetwood, rocznik 59, pędzi wymarłą szosą. Potężny V8 ryczy pod wypolerowaną na błysk maską. Boczne szyby są opuszczone. Robert prowadzi jedną ręką, drugą wystukuje rytm do piosenki Rainbow pt. „Tarot Woman”. Czuje się świetnie. Może dlatego, że nie czuje niczego konkretnego. Wmawia sobie, że nic, nawet śmierć przyjaciółki, nie powstrzyma go przed dotarciem do Sierocińca.

Zatrzymuje się tylko w tych miejscach, o których napisała w swoim notatniku Kamila. Są to na ogół małe miasteczka, sprawiające wrażenie widmowych, przynajmniej na powierzchni, bo pod ziemią, w labiryntach, życie, nie tylko ludzkie, toczy się bez względu na porę dnia. Labirynty nie interesują Roberta, nie dlatego, że gardzi tym, co mają do zaoferowania, chociażby rolami, w jakich można je zgłębiać lub historiami, w jakich można w nich zginąć bądź zwyciężyć. Z punktu widzenia celu, jaki Robert zamierza osiągnąć, labirynty, nad którymi śmiga jego stylowy samochód, mimo że rozciągają się między światami, wiodą donikąd.

Istotne jest coś innego.

(...)"

sobota, 7 kwietnia 2012

Starcze dłonie, rogate pięści

Przednie światła Chevroleta Impali ścigają noc. Siedzę za kierownicą. Z moich ust zwisa tlący się pet. W głośnikach wrze muzyka. W przednim lusterku widzę ojca kiwającego głową. W bocznych – łunę ognia na szczycie wzgórza, z którego zjeżdżamy prostą, choć wyboistą drogą. Pedał gazu jest w połowie drogi do dechy, a silnik molestuje rykiem przednią maskę. Amortyzatory dają z siebie wszystko. Z muzycznego wrzątku dobiega głos Blitza. Facet zdziera gardło na tle rozpędzonych gitar i grzmiącej sekcji rytmicznej. Szeroki uśmiech biwakuje na pomarszczonej twarzy ojca. Staruszka zaraz rozboli kark, myślę i sięgam po kolejnego papierosa. Noc zmyka w podskokach.

*

Dwie godziny wcześniej kupiłem na stacji benzynowej trzy paczki paprykowych chipsów oraz sześciopak europejskiego piwa. Potem zadzwoniłem do chłopaków z zespołu. Upewniłem się, że wszystko gra i wróciłem do samochodu. Po trzydziestu minutach jazdy zatrzymałem się przed wielką, spiżową bramą. Wysiadłem i zadzwoniłem – po minucie w głośniku odezwał się chrapliwy głos portiera. Powiedziałem, co trzeba. Wrota drgnęły, wsiadłem z powrotem, poczekałem, aż otworzą się na oścież i ruszyłem bez pośpiechu w stronę pałacyku, w którym mieścił się strzeżony pilnie dom starców.

Posiadłości pilnowali mierzący od siedmiu do dziewięciu stóp wzrostu ochroniarze w szytych na miarę garniturach. Przeszukali mnie dokładnie. Prześwietlili na wylot. Pozwolili sobie nawet na akcję z gumową rękawiczką na szponiastej dłoni i mną stojącym w rozkroku w pokoiku bez okien, ze spodniami i bokserkami opuszczonymi do kostek. Niczego nie znaleźli. Poza resztkami gówna. Smacznego dranie. Chipsy, piwo i płyta nie wzbudziły ich podejrzeń.

Gdy bokserki i spodnie wróciły na swoje miejsce, dwóch ochroniarzy zaprowadziło mnie do sali, w której czekał mój ojciec. Staruszek siedział z kolegami przy okrągłym stole. Było ich tam siedmiu, w całym pomieszczeniu zaś około dwudziestu. Oglądali telewizję, grali w gry planszowe, plotkowali, niektórzy drzemali, inni snuli się od ściany do ściany, wodząc dookoła pustym wzrokiem. Kilku rozpoznałem. Starzy, pomarszczeni, siwowłosi. Podcięto im skrzydła, odebrano przyszłość i świat, o który nieustannie ze sobą walczyli, a potem umieszczono ich w miejscu, które kradło wspomnienia, nie dając w zamian nic wartościowego.

Dawno temu mój ojciec był potężnie zbudowanym mężczyzną. Siedem stóp wzrostu, ponad sto dwadzieścia kilogramów wagi, stalowe mięśnie, na brzuchu sześciopak, którego zakamarkami wędrowały zwinne języki setek kobiet, grzywa rudych włosów i wyrastające spomiędzy łopatek skrzydła o trzymetrowej rozpiętości. Był królem przestworzy i zdobywcą sypialni. Miał porywczy temperament i niezniszczalne prącie. Kochał szybkie i głośne samochody. Drżenie wulkanów i dryfujące po morzu plamy ropy. Lubił je podpalać. Pomijając miłość do starych aut, w niczym go nie przypominałem. Dlatego mogłem tutaj przyjechać, nie ryzykując, że tak jak on i reszta familii zostanę zamknięty w domu spokojnej starości, położonym na marginesie dziejów.

Ojciec i jego koledzy moczyli herbatniki w filiżankach z kawą. Wyjmowali je w wielkim skupieniu, uważając, aby przemoczona część herbatnika nie wpadła do kawy. Jeśli wpadła, nie brałeś udziału w następnej rundzie. Jeśli wygrałeś rundę, następną mogłeś przegrać, nie wypadając z gry. Grę wygrywałeś, jeśli w ostatniej rundzie zachowałeś w całości najdłużej moczony herbatnik.

Stanąłem za staruszkiem i chrząknąłem znacząco. Chipsy i piwo wylądowały na stole. Rozmowy ucichły. Kilka herbatników wpadło do filiżanek. Starcy unieśli wzrok. Brodacz o dłoniach dotkniętych artretyzmem zaczął się podnosić. Zepsułeś nam grę, głupku, wycedził. Zaraz skręcę ci kark. Ojciec potrząsnął głową i spojrzał na mnie spod spuchniętych powiek. Twoje ulubione, powiedziałem, wskazując ręką na sześciopak. Dziękuję, wymamrotał i podrapał się po nieogolonej szczęce. Był wychudzony i niedomyty. Widziałem plamy brudu na jego zapadniętych policzkach. Cuchnął niedoglądaną starością. I klęską. Podejrzewałem, że nienawidzi samego siebie za swoją bezsilność. Było mi go żal. Kochałem drania. Macie odtwarzacz? – spytałem.

Brodaty staruszek zmiął w ustach przekleństwo i usiadł z powrotem na krześle. Ktoś przyniósł odtwarzacz. Podłączyłem go do prądu i wsunąłem do środka płytę. Ojciec przeglądał książeczkę z tekstami. Najnowsza, powiedziałem. Utrzymana w starym stylu. Spodoba ci się, tato. Z głośników buchnęła thrashmetalowa kanonada. Zerknąłem na ochroniarzy. Nadal stali przy drzwiach, rozmawiając z pielęgniarzami. Nie zwracali na nas uwagi. Tymczasem starcy machali głowami i rogatymi pięściami. Brodacz szczerzył pożółkłe zęby i sczerniałe dziąsła. Na kościstych nadgarstkach pobrzękiwały srebrzyste bransolety. Jeden z ochroniarzy spojrzał w naszą stronę. Zmarszczył brwi i nozdrza pokryte czarnymi guzkami. Powiedział coś do drugiego. Pielęgniarze zamilkli. Do wierzgających staruszków dołączyli pozostali pensjonariusze. Zamknąłem oczy, odliczyłem w myślach do trzech i tuż przed solówką przekręciłem do oporu pokrętło głośności.

Bransolety eksplodowały. Deszcz drobnych odłamków spadł na podłogę. Nad naszymi głowami przemknęły wyładowania elektryczne. Ochroniarze już biegli. Za nimi pielęgniarze w białych strojach. Czerwonoskóre, rogate małpy. Skoczyłem za ojca i jego kumpli. Spełniłem swój obowiązek. Teraz przyszła kolej na stetryczałych pryków…

*

Siedzę za kierownicą. Z moich ust zwisa tlący się pet. W głośnikach wrze muzyka. W przednim lusterku widzę ojca kiwającego głową. W bocznych – łunę ognia na szczycie wzgórza, z którego zjeżdżamy prostą, choć wyboistą drogą. Z muzycznego wrzątku dobiega głos Blitza. Facet zdziera gardło na tle rozpędzonych gitar i grzmiącej sekcji rytmicznej. Czuję stal w moim fiucie, mówi ojciec, klepiąc się po kroczu. Na jego młodniejącej twarzy biwakuje szeroki uśmiech. Gratuluję, odpowiadam i spoglądam w prawo. Potem w lewo. I za siebie. Na wybojach podskakują inne samochody. Ryczące sześćdziesiątki ósemki. Prowadzone przez długowłosych kolesi w skórach i dżinsach. Wszyscy jaramy szlugi i machamy głowami.

Wyrzucam przez okno niedopałek i sięgam po kolejnego papierosa. Siedzący obok mężczyzna podaje mi zapalniczkę, obnażając w figlarnym uśmiechu końskie zęby i dziąsła o wyglądzie norweskich fiordów. Nie przypomina starca, który pół godziny temu zamierzał skręcić mój kark. Ojciec wychyla się z tylnego siedzenia, klepie nas obu po ramionach i potrząsa grzywą rudych włosów. Mkniemy w stronę świtu, ku wolności, światu i wojnom, które wynikną z naszej ucieczki. Jesteśmy w komplecie. Ojciec, Loki, Wisznu, Anubis i reszta ferajny. Noc spierdala w podskokach.

sobota, 31 marca 2012

Mnich

(Opublikowałem "Mnicha" ponownie, ponieważ omyłkowo usunąłem poprzednią wersję.)

W 1545 roku mnich Alden nie spłonął na stosie. Nie dlatego, że został uniewinniony bądź uciekł. Powód tej swoistej porażki jest bardziej prozaiczny. Nie było bowiem wówczas żadnego Aldena, który byłby mnichem. Nie było i już. Rzeczywistość trzymała się mocno.

Wszystko zmieniło się czterysta pięćdziesiąt sześć lat później.

W 2001 roku heavymetalowy Mystic Prophecy nagrywa debiutancki album pt. „Vengeance”. Dziesięć hałaśliwych utworów opowiada o mnichu Aldenie, którego w 1545 roku oskarżono o czczenie diabła, a następnie skazano na karę śmierci przez spalenie na stosie. Płyta trafia do sklepów. Sprzedaje się nieźle. Mimo że zawiera niszową muzykę.

Wskazane fakty nie przeszkadzają Pascalowi napomknąć w rozmowie z Arnauldem, uczonym z opactwa Port-Royal, o mnichu straconym w 1545 roku za czarnoksięstwo. Pascal rozmawia z przyjacielem w 1646 roku, na dziesięć lat przed napisaniem listów, które złożą się na Prowincjałki. Mnich Alden nie żyje od stu jeden lat. Tak utrzymuje Arnauld, niezbyt zresztą zainteresowany tematem podjętym przez genialnego matematyka (Arnaulda, gorliwego jansenistę - a zarazem nie mniej gorliwego logika - zaprząta teologiczny konflikt z jezuitami; stawką jest władza). Pascal powołuje się na relację anonimowego mnicha, który był świadkiem śmierci Aldena. Wynika z niej, że Alden, przekląwszy oprawców, zaprzedał swą duszę czterem diablętom albo aniołom. Świadek nie ma pewności. Pewne jest za to coś innego: stos zapłonął. Alden wrzeszczał. Nie odwołał swoich zeznań. Do końca twierdził, że jest niewinny. Umierając, przeklął swych oprawców. Do tego momentu relacja świadka zgadza się z „Vengeance”. Anonimowy mnich nie wspomina jednak o tym, że śmierć nie powstrzymała Aldena przed dokonaniem zemsty.

W 2003 wychodzi „Regressus”. Alden otwiera oczy w 1555 roku. Znów jest żywy. I znów myśli tylko o jednym. Mści się przez dwanaście utworów. W przeszłości zajmuje mu to kilka lat. Alden ma czas. Mnóstwo czasu. Morduje winnych swej śmierci bez litości. Na zimno. Nie stroniąc od teatralnych gestów i gotyckiej scenerii. Przeszłość stopniowo dopasowuje się do przyszłości. Do nadchodzących z niej zmian.

Na wydanym rok później „Never Ending” okazuje się, że Bóg podarował Aldenowi nieśmiertelność. Jest rok 1610. Alden siedzi w zamtuzie, na krawędzi łóżka, rudowłosa prostytutka masuje mu ramiona, a on, zmęczony, tak bardzo zmęczony, spogląda w lustro i rozpoznaje w swoim odbiciu twarz legionisty, który przebił włócznią bok mesjasza. Nie może pozbyć się wrażenia, że odzyskał zapomnianą tożsamość. Z rozbawieniem stwierdza, że nie ma dla niego odkupienia. Nigdy nie było. I nie będzie. Alden zamyka oczy i zbliża usta do piersi rudowłosej.

Przeszłość dogania przyszłość. Z ksiąg znikają informacje o nawróceniu Longinusa. Wkrótce Kościół traci jednego ze swoich świętych. Wszystko odbywa się w sekrecie.

Pomiędzy czerwcem a listopadem 1711 roku Malebranche zanotuje na marginesie jednej ze swoich notatek (zawierających w zamyśle coraz doskonalsze argumenty na rzecz okazjonalizmu), że gdy Alden odkrył swoją tożsamość, prawdopodobnie nie było z nim żadnej prostytutki. Wiele lat później Schopenhauer zauważy z przekąsem, iż Malebranche nie mógł pogodzić się z wizją Boga całującego cudzymi ustami kobiecą pierś, wizją tak oczywistą w okazjonalistycznym modelu świata, jak wizja Boga przybijającego cudzymi rękami swojego Syna do krzyża.

Mystic Prophecy, pomimo zawieruch ze składem, wydaje kolejne albumy. „Savage Souls” w 2006, „Satanic Curses” rok później. W 2009 ukazuje się „Fireangel”. Alden pojawia się i znika. Jest upadłym alefem. Czymś w rodzaju soczewki skupiającej wszelkie oblicza piekła, w którym – dzięki takim a nie innym tekstom zespołu – bywa dość często. Alden poznaje Kartezjusza. Razem siedzą przy kominku. Wymieniają się wątpliwościami. Mnich podsuwa filozofowi koncept złośliwego demona. Kartezjusz jest zachwycony. W opactwie Port-Royal Alden mija się z Pascalem. Matematyk rozmawia z Arnauldem. Napomyka o mnichu straconym w 1545 za czarnoksięstwo. Aldenowi wydaje się, że słyszy swoje imię. Potrząsa jednak głową i idzie dalej, zostawiając uczonych mężów własnemu losowi.

Alden wędruje poprzez dzieje. Pod prąd rzeki czasu. W XIX wieku ktoś opowiada mu o Malebranche’u. Mnich czyta dzieła okazjonalistów i odkrywa, że generowanie myśli o treściach zakładających okazjonalizm przychodzi mu z łatwością. Razem z Schopenhauerem rozmyśla o Bogu obejmującym męskimi ustami kobiecy sutek. O Bogu przebijającym włócznią bok Chrystusa. O Bogu, dla którego jest tylko bądź aż (nie ma pewności, co właściwsze) marionetką. Przeraża go ta metafizyka. Więc zapomina o niej, a Schopenhauerowi, który nazywa ten gest tchórzliwym, rozbija nos. Schopenhauer nie wspomina odtąd o Aldenie i Malebranche’u. Rzuca się w wir pracy nad swoim opus magnum.

Alden otwiera oczy w 2011 roku. Wciąż jest nieśmiertelny. Uczy się nowego świata. Ma doskonałą pamięć. Kataloguje w niej zmarłe światy. I duchy ludzi, który kochał albo nienawidził. Pewnej nocy, w jednym z barów wielkiego miasta, opowiada rudowłosej barmance o człowieku, którym był w XVI wieku, zanim wrogowie oskarżyli go o czarnoksięstwo.

– To zabawne – mówi dziewczyna i podaje mu czytnik. – Nosisz takie samo imię, jak ten mnich.

Alden zerka na tytuł i pierwszy akapit.

„W 1545 roku mnich Alden nie spłonął na stosie”.

Alden czyta o sobie. Aż do słów dziewczyny: „To zabawne”. Tak, myśli Alden. To zabawne. I zatrzymuje wzrok na zdaniu „Tak, myśli Alden”. Oddaje tablet dziewczynie. Nie chce wiedzieć, co będzie dalej. Wraca do domu i przeczesuje Internet w poszukiwaniu informacji o Mystic Prophecy. W ten sposób dowiaduje się o istnieniu demiurga. Demiurg nazywa się Lia i sprawia wrażenie człowieka. Jest wokalistą i tekściarzem. Na zdjęciach nie wygląda na boskiego rzemieślnika. To on mnie wymyślił, stwierdza bezgłośnie Alden. To on sprawił, że w 1545 roku ocknąłem się na stosie płonącego drewna, a później podarował mi cudzą tożsamość. Uczynił mnie Longinusem, wymazując pierwszego Longinusa z dziejów. Zmieniając świętego w potępieńca. Ale autor tamtego tekstu nie zapomniał o nawróconym setniku.

Wzburzone myśli Aldena uspokajają się, zaczynają płynąć zwartym nurtem. Alden myśli teraz o mnie. Zastanawia się nad tym, kim jestem. Jaką rolę odgrywam? Co zamierzam? W jakim związku z jego myślami i działaniami pozostają napisane przeze mnie zdania? Rozważając możliwe odpowiedzi na ostatnie z tych pytań, Alden wyciąga z pamięci zakurzone dzieła Kartezjusza, Spinozy i Leibniza. W końcu sięga po pisma Malebranche’a. Myśli o Bogu-lalkarzu, który stworzony przez Siebie świat zaludnił istotami mającymi złudne poczucie sprawstwa. Też o Nim myślę. Ale nie jestem Nim ani demiurgiem Lia. Siedzę w miejscu, które nie bez racji można uznać za bibliotekę, i dbam o to, aby nieskończona rzeczywistość przyjmowała więcej niż papier, który jest w stanie przyjąć wszystko. I choć nie jestem Bogiem-lalkarzem, to każdego dnia i każdej nocy cudzymi ustami całuję usta tysięcy mężczyzn i kobiet.

Wracam myślami i piórem do Aldena. Lada dzień ukaże się kolejny album Mystic Prophecy. Alden składa zamówienie w sklepie internetowym i odlicza dni do premiery. Próbuje odgadnąć, jaką przyszłość przyniesie mu zawartość "Ravenlord".

środa, 28 marca 2012

Exodus

Opustoszałymi uliczkami miasteczka, tonącymi w namolnie lepkim upale, przetoczył się ryk przywodzący na myśl huk wodospadu i grzmot pioruna. Dziewczynka przemknęła między dwoma samochodami o otwartych drzwiach, zaparkowanymi w poprzek jezdni, kierując się ku uliczce ocienionej palmami.

Uciekaj mała, pomyślał Trevor, a jego ponure oblicze rozjaśnił paskudny uśmiech. Spojrzał na klęczących przed nim młodzieńców.

Spodnie bruneta były opuszczone poniżej kolan. Jego rudowłosy kompan zerkał nerwowo za kontuar o orzechowej barwie. Dochodził stamtąd przybierający na sile pomruk. Na twarzach chłopców królował strach. Zaledwie kilkanaście sekund temu byli panami sytuacji. Pryszczatymi szafarzami życia i śmierci. Ale teraz tonęli we własnym gównie. Nie wątpił, że zamierzali ją zgwałcić.

– Straciłem samochód – powiedział.

Mruczenie narastało niczym stopniowo artykułowana groźba.

– Silnik zgasł przed drewnianym mostem. W leśnej głuszy. Za sobą miałem drogę okupioną potem i łzami obcych mi ludzi. Przed sobą ten cholerny most, szeroki na trzy, może cztery metry, długi na pięćdziesiąt, tak z grubsza, oczywiście. Spinał ze sobą poszarpane krawędzie ciągnącej się ze wschodu na zachód rozpadliny. Jej dno spowijała ciemność. Przypominała rzekę. Może to była rzeka?

Wzruszył ramionami.

– Widzieliście ten most?

Brunet i rudzielec wymienili spojrzenia. Żaden nie odpowiedział. Więc Trevor strzelił. Kula wyżłobiła w czole rudzielca maleńką dziurkę, chwilę później zaś, rozorawszy mu mózg, roztrzaskała tył czaszki, kończąc swój krótki lot w ścianie. Trevor wykrzywił usta. W taki sam sposób zabił kiedyś innego człowieka, tamten też klęczał, ale – w odróżnieniu od nastolatka – był bardziej rozmowny. Nieustannie błagał o litość.

– Kurwa mać! – krzyknął brunet i rzucił się na Trevora, w czym przeszkodziły mu opuszczone poniżej kolan spodnie. Mężczyzna kopnął go w twarz. Obszedł z prawej strony i szarpnął za włosy.

– Porzuciliście samochód przed mostem, prawda?

– Tak...

– Znakomicie. Kłamstwo ma krótkie nogi. Zatem gdzie jest Cahill?

Brunet przełknął ślinę.

– Przyjechaliście tutaj z Cahillem. Gdzie go znajdę?

– W hotelu… na wzgórzu… – wyjąkał chłopak.

Dobiegający spod ziemi pomruk przerodził się w ryk czegoś dużego i z całą pewnością rozjuszonego. Ulicami miasteczka ponownie przetoczył się huk wodospadów.

Niewielką przestrzeń kawiarenki wypełnił gryzący aromat moczu. Brunet cichutko zaklął i zaczął płakać. Trevor poklepał go po ramieniu, a potem ujrzał kroplę krwi, która oddzieliła się od czerwonej strugi spływającej po brodzie nastolatka. Kropla – po przelocie przez piekło czasu zamienionego w szlam – rozprysła się na podłodze, dzieląc się na kilkanaście mniejszych, które zniknęły w podobnych do ust zmarszczkach na kamiennej powierzchni.

Podłoga lokalu eksplodowała odłamkami o ostrych krawędziach.

Czas znów był rwącą rzeką.

Trevor strzelił i skoczył za kontuar. Zamknął oczy, odliczył do trzech i pocałował srebrzystą lufę pistoletu Desert Eagle. Potem wyjrzał znad blatu. Wymierzył. I zamarł z palcem na spuście.

Stworzenie było duże, dwunożne, czterorękie i karykaturalnie umięśnione. Łypało przekrwionymi ślepiami tkwiącymi pomiędzy sutkami w kolorze hebanu. Parowało diabelskim testosteronem. Pachniało podnieceniem i żądzą. I z pewnością nie słyszało o braniu jeńców.

Uniosło nad bezgłowy tors ciało bruneta i rozerwało je strzępy. Krew i bebechy chlusnęły na kontuar.

Trevor jednym susem znalazł się przy uchylonych drzwiach, prowadzących na zaplecze. Chwilę później ściana za jego plecami eksplodowała.

Przebiegł przez kuchnię. Minął pomieszczenia gospodarcze i wypadł przez otwarte drzwi w skwarny odmęt ślepej uliczki. Skręcił w prawo, wyskoczył na jezdnię i minął róg walącej się kawiarenki. Zagryzając zęby, przeskoczył nad kamienną ławeczką, stratowaną niebawem przez stwora, po czym pognał uliczką, którą pobiegła dziewczynka.

Do hotelu prowadził wyłożony żwirem podjazd, wzdłuż którego przed wieloma laty posadzono palmy, puszczono białe chodniki, wykopano wodne oczka i postawiono fontanny z marmurowymi posążkami groteskowych stworzeń. Od migoczącej w słonecznym blasku bramy nadjeżdżał biały krążownik szos. Cadillac Eldorado przyspieszył, a po drobnym czary-mary wykonanym przez kierowcę hamulcem ręcznym zatrzymał się zwrócony prawym bokiem do Trevora, na którego spod biało-czarnych opon posypały się szare kamyczki.

– Wskakuj – powiedział kierowca. Miejsce pasażera zajmowała dziewczynka z kawiarenki.

Trevor posłuchał i wskoczył na tylne siedzenie, wyszarpując zza paska pistolet. Nie zdążył strzelić. Samochód popędził w kierunku bramy. Bestia wylądowała z hukiem na ziemi, przekoziołkowała kilka razy i – niezarażona niepowodzeniem – pobiegła za niedoszłą ofiarą.

– Ostrzelaj go – rzucił kierowca.

– Co?

Do bagażnika Cadillaca był przymocowany metalowy stojak, na którym chybotał się karabin maszynowy z czasów wojny secesyjnej.

– Wymierz i zacznij kręcić korbą.

Trevor chwycił za korbę. Naboje zaczęły wpadać do podajnika. Siedem luf zawirowało ze śmiercionośnym wdziękiem. W ciele monstrum wykwitły czerwone kwiaty.

Kiedy przejechali przez otwartą na oścież bramę, stwór wyhamował w obłoku piachu. Zaryczał ze złości i wypiął potężną klatkę piersiową, która przypominała płaczące krwią sitko.

– Dlaczego to bydle wciąż żyje? – spytał Trevor.

Kierowca wzruszył ramionami. Ubrany był w białą koszulkę z logo AC/DC, niebieskie dżinsy i sportowe buty. Twarz miał pobrużdżoną, oczy zielone, głęboko osadzone. Siwe włosy zaczesał do tyłu i upiął w koński ogon.

– Organizm Cieniora traktuje pociski jak pożywienie – wyjaśnił.

Stwór zerkał podejrzliwie na otwarte wrota. Węszył sutkami. I mruczał złowrogo. W końcu zaczął się wycofywać.

– Zastawiłeś na niego pułapkę – stwierdził Trevor.

– Gdyby w nią wpadł, już byłby martwy. Cóż, trudno, nie teraz, to później. Grunt, że nie może wejść na teren hotelu.

Kierowca zamknął bramę i wskoczył za kierownicę. Samochód ruszył w stronę głównego budynku.

Dziewczynka była drobna, piegowata. Rzucała Trevorowi zaciekawione spojrzenia. Siwowłosy mężczyzna mógł być jej ojcem albo dziadkiem.

– Jestem Rene – przedstawił się. – A to jest Srebrzynka.

Dziewczynka, słysząc swoje imię, uśmiechnęła się nieśmiało.

– Trevor.

Rene skinął głową.

– Zapewne masz wiele pytań, Trevorze. Ale nagli nas czas, więc mogę odpowiedzieć najwyżej na kilka.

– Co się tutaj dzieje?

– Wczoraj wieczorem rozpoczęliśmy ewakuację – odparł Rene. – Uciekamy.

– Przed kim?

– Znaleźli nas… starzy wrogowie.

– Kim oni są?

– Aniołami.

Trevor spojrzał w przednie lusterko, w którym odbijała się twarz siwowłosego. Mężczyzna był śmiertelnie poważny.

– Jeśli waszymi wrogami są anioły, to kim jesteście wy?

Srebrzynka zachichotała. Spod jej zmrużonych powiek bił srebrzysty blask. Rene nie odpowiedział.

Zatrzymali się przed recepcją.

– Nie widzę żadnych samochodów ani innych pojazdów, którymi moglibyście uciec…

– Są z drugiej strony, Trevorze. Gotowe do drogi.

– Ewakuowaliście wszystkich mieszkańców?

– Tak. Wszystkich moich podopiecznych.

– Przyjaciół – odezwała się Srebrzynka.

Rene pokiwał głową.

– Masz rację, Srebrzynko. Przyjaciół.

– Nadal nie wiem, kim jesteście.

– W chwili obecnej nie ma to dla ciebie żadnego znaczenia, Trevorze. Lepiej mi powiedz, czego szukasz w naszym… miasteczku.

Po namyśle Trevor uznał, że siwowłosy ma rację.

– Mężczyzny o imieniu Cahill. Przyjechał tutaj z nastolatkami, którzy chcieli skrzywdzić twoją podopieczną.

– Nie podziękowałem ci za uratowanie Srebrzynki. Dziękuję.

– Jesteśmy kwita.

– W rzeczy samej. Kim jest Cahill?

– Moim dłużnikiem.

– Rozumiem. Znajdziesz go w moim biurze na piątym piętrze. Zdaje się, że chce otworzyć mój sejf.

Trevor zmarszczył brwi.

– Zaskoczony? – uśmiechnął się Rene.

– Odrobinę – odparł Trevor, wymieniając magazynek w swoim pistolecie. – Słyszałem, że Cahill dostał zlecenie na prowincji. Ale nie przypuszczałem, że chodzi o obrabowanie kierownika… właściciela…

– …właściciela…

– …luksusowego hotelu.

– Cóż, twój dłużnik będzie bardzo zdziwiony, gdy otworzy sejf.

Trevor wysiadł, odbezpieczył broń i spojrzał na rząd okien na piątym piętrze.

– Powodzenia – rzucił Rene i uruchomił samochód. Po chwili biały Cadillac Eldorado zniknął za zakrętem.

W budynku panowała cisza.

Na piąte piętro dotarł windą. Drzwi na końcu korytarza były uchylone. Podszedł do nich i oparł się plecami o framugę. W pokoju trwała głośna rozmowa. Męskie głosy. Jeden należał do Cahilla. Pozostałe dwa chyba do jego ochroniarzy. Nie miał pewności. Poczuł suchość w gardle. Przełknął ślinę. I zaczął odliczać…

Wspomnienie uderzyło znienacka. Przekłuło membranę świadomości i serią obrazów zalało jej pole. Trevor ujrzał klęczącą kobietę. Płakała. Krzyczała. Pieprzona pani prokurator. Zdradziecka suka. Powiedziała, że jeśli ją zabije, będzie taki sam jak ona. Będzie mordercą. Wzruszył wtedy ramionami i powiedział:

– Może mi się poszczęści.

Pocisk wyżłobił w czole kobiety maleńką dziurkę, rozorał jej mózg i roztrzaskał tył czaszki, kończąc swój krótki lot w ścianie.

Cholerna suka zleciła zabójstwo jego partnera.

Trevor otworzył oczy. Skończył odliczać i chwycił za klamkę.

Było ich tylko trzech.

Kompletnie zaskoczonych.

Nie dał im żadnych szans.

Desert Eagle pluł łuskami.

Ochroniarze zginęli pierwsi.

Cahill dostał trzy razy – dwa pociski trafiły go w brzuch, ostatni w bark. Trevor przestrzelił mu obie nogi, chwycił za kołnierz skórzanej kurtki i wyciągnął na balkon. Cahill próbował coś powiedzieć, ale z jego ust dobywał się jedynie bełkot umierającego człowieka. Trevor wsunął broń za pasek, podniósł mężczyznę i położył na poręczy balkonu. Potem pchnął lekko do przodu. Cahill wrzasnął.

Pięć pięter w dół.

Trevor odetchnął i wrócił do gabinetu. Zobaczył papierosa wysuniętego do połowy ze zmiętej paczki, niezaścielone łóżko, nieodpakowane prezerwatywy, niezamkniętą książkę o pożółkłych stronach, pończochę przerzuconą przez oparcie antycznego krzesła, szminkę leżąca w zlewie, pomadkę nieodłożoną na półkę z lustrem, i wiele innych przedmiotów porzuconych na początku, w trakcie lub pod koniec czynności, których sensu mógł się jedynie domyślać.

Sejf był otwarty.

I pusty.

Trevor wsunął do ust papierosa i wygrzebał z kieszeni pudełko zapałek.

Głupcy przyjechali po złoto.

Nawet nie wrócili z niczym.

Kiedy wyszedł z budynku, przekonał się, że Cahill wciąż żyje. Ulgę zastąpił gniew. Na szczęście z gniewem pojawił się diabelski pomysł.

Dziesięć minut później – po krótkiej wizycie w hotelowej kuchni – Trevor skończył polewać zmasakrowanego gangstera rozpałką do grilla.

Pusta butelka poleciała w krzaki, a na stercie ludzkiego niegdyś mięsa wylądowała zapałka.

Płomienie strzeliły ku niebiosom, wyprzedzone wkrótce przez skowyt bandyty.

– Teraz jesteście kwita?

Rene stał z tyłu, oparty o maskę Cadillaca. Spoglądał wyczekująco. Po dłuższej chwili Trevor zapytał:

– Chcesz poznać moją historię?

– Tak.

Mężczyzna wziął głęboki wdech i powiedział:

-Mike był policjantem. Wpadł na trop wielkiej korupcyjnej afery w prokuraturze. Dysponował mocnymi dowodami, ale miał przeciwko sobie grupę skorumpowanych pracowników wymiaru sprawiedliwości i opłacających ich gangsterów. Nie dał rady im wszystkim.

– Byliście partnerami?

Trevor uśmiechnął się pod nosem i spojrzał na Rene.

– Zabili również naszego syna, Roberta. Ale najpierw połamali mu nogi i ręce, potem zgwałcili… brzytwą. Kilka razy. Na koniec oblali benzyną i podpalili. Wszystko na oczach Mike’a. Mnie również chcieli załatwić. Zapadłem się jednak pod ziemię i wróciłem dopiero po czterech latach z nową twarzą i tożsamością. Zacząłem na nich polować. Nikomu nie odpuściłem. Zabijałem sędziów, prokuratorów, policjantów i gangsterów. Ten tutaj był ostatni…

– Zatem jesteście kwita – stwierdził Rene.

– Spłacili dług z nawiązką.

– Ok., powiem ci jak ja to widzę. Masz dwie możliwości. Możesz zostać albo pojechać z nami. Jeśli zostaniesz, prawdopodobnie zginiesz z rąk naszych wrogów. Jeśli pojedziesz z nami, zyskasz szansę na rozpoczęcie nowego życia.

– Propozycja nie do odrzucenia, co?

– Udajemy się w długą i niebezpieczną podróż. Byłbyś cennym kompanem…

– …bo umiem zabijać?

– …bo umiesz zabijać.

Trevor zaciągnął się papierosem i podrapał po karku. Facet nie owija w bawełnę, pomyślał.

– Ile mam czasu do namysłu?

– Mało – odparł Rene i wskazał na bramę hotelu.

Przed bramą kręcił się Cienior. Ale tym razem nie był sam. Od strony miasteczka nadbiegała kawaleria. Kilkudziesięciu pobratymców Cieniora w żelaznym repertuarze. Bestie parowały diabelskim testosteronem. Pachniały podnieceniem i żądzą. I z pewnością nie słyszały o braniu jeńców.

Nad pędzącym stadem Cieniorów szybowały srebrzyste istoty o ostrych kształtach.

– Anioły – mruknął Rene i wsiadł do samochodu.

Promienie słońca tańczyły na szerokich ostrzach bułatów wyrastających z kończyn anielskich stworzeń.

Rene zatrąbił klaksonem.

Tymczasem za hotelem, na końcu drogi biegnącej między kwiecistymi ogrodami, wielokołowe ciężarówki wjeżdżały na most wznoszący się ku fioletowo-zielonym niebiosom, które migotały za przeźroczystą membraną. Tętniące elektrycznymi wyładowaniami chmury sunęły leniwie na tle dwóch gigantycznych księżyców. Most opadał pod obcym niebem ku plątaninie wielopoziomowych autostrad przecinających pustynną powierzchnię planety. Na horyzoncie lśniła srebrzysta kopuła pradawnego miasta.

Trevor wciąż się zastanawiał.


*Obrazek pochodzi ze strony www.dphclub.com.