czwartek, 19 stycznia 2012

K(a)tulu Copyright

Chcę ukraść Necronomicon, powiedział mężczyzna siedzący po przeciwnej stronie biurka. Dowiedziałem się, że pan może mi w tym pomóc.

Eubulaos splótł dłonie na brzuchu. To prawda, odparł.

Świetnie… - przez twarz mężczyzny przemknął wyraz zadowolenia, ale Eubulaos zmarszczył brwi i powiedział:

Pan naprawdę chce ukraść Necronomicon, Księgę Umarłych, napisaną w 730 roku naszej ery przez Abdula al-Hazreda. Księgę, w której szalony Abdul opisał rytuał przebudzenia Cthulhu, śpiącego na dnie oceanu w pradawnym mieście R’lyeh. Z powodu tajemnic zawartych w Necromoniconie wielu zacnych ludzi popadło w obłęd, a niektórzy stracili coś więcej niż zdrowie czy życie. Wessała ich bezdenna pustka między światami… Przykro mi, ale nie pomogę panu.

Mężczyzna błysnął białymi zębami. Dlaczego? – zapytał, nachyliwszy się ku rozpartemu na obrotowym krześle detektywowi.

Bo to niemożliwe, odpowiedział ze spokojem Eubulaos.

Eubulaos jak zwykle znajdował się w centrum wydarzeń. Ten fakt, jakkolwiek zaskakujący dla ludzi, którzy nie znali Eubulaosa, miał proste wyjaśnienie – jego biuro mieściło się na rogu dwóch cichych ulic, w wyremontowanej kamienicy, zamieszkiwanej, poza Eubulaosem, przez osoby z gatunku, do którego – chcąc nie chcąc – należał również sam Eubulaos. Kamienica była częścią Biblioteki, co oznaczało, że było nią też wspomniane biuro. Z racji tego, że świat kręcił się wokół Biblioteki, Eubulaos mógł tkwić w centrum wydarzeń, nie ruszając się zza biurka.

Dziesięć minut temu Eubulaos zajadał się oliwkami i przeglądał pobieżnie wczorajszą prasę. Był zajęty tym, co zwykle, gdy nie oddawał się dialektyce, literaturze i miłosnym igraszkom uskutecznianym poprzez internetowy komunikator – mianowicie, czekał na klienta. Przy okazji czekał też na koniec.

Może nawet na Koniec Końców.

Kiedy na schodach rozległy się kroki, Eubulaos zastygł za trzymaną przed nosem gazetą, otwartą na artykule o jakiejś aferze w ratuszu. Ciężkie, mocne tąpnięcia - na tle monotonnego szumu deszczu, szeleszczącej gazety i oliwek miażdżonych końskimi zębami - nagle ucichły. Ktoś zapukał do drzwi. Proszę! - krzyknął z głębi biura Eubulaos.

Mężczyzna nosił białą marynarkę, fioletową koszulę i białe spodnie. Kapelusz powiesił na wieszaku przy drzwiach. Dziesięć minut później, usłyszawszy odpowiedź Eubulaosa, przywołał na twarz uśmiech, z którego słynął wśród swoich wielbicielek, i zapytał: Dlaczego jest to niemożliwe?

Z powodu tutejszego prawa.

Klient uniósł brwi.

Proszę kontynuować
, rzekł.

Eubulaos zważył w dłoni oliwkę, a potem odłożył ją do miseczki. Westchnienie, któremu pozwolił się wyrwać ze swojej piersi, miało zasugerować rozmówcy, że sytuacja jest beznadziejna.

Dobrze, powiedział bez przekonania. Niech pan postawi sobie pytanie: czy na obszarze, jakim włada tutejszy system prawny, ten normatywny potwór o apetycie nie mniejszym niż apetyt Cthulhu i jego potomstwa, możliwe jest dokonanie kradzieży tekstu? Otóż nie.

Eubulaos zakasłał i mówił dalej:

Według rodzimego prawa karnego, kradzież polega na zaborze cudzej rzeczy ruchomej w celu przywłaszczenia. Wynika stąd, że w sensie prawnym można ukraść tylko i wyłącznie rzecz ruchomą. Prawne pojęcie rzeczy wyjaśnia kodeks cywilny. Haczyk, ten bękart diabła i prawdy, tkwi w tym, że według rodzimego prawa autorskiego, uregulowanego odrębną ustawą, utwór, czyli przedmiot praw autorskich, nie jest rzeczą w rozumieniu rodzimego kodeksu cywilnego¸ nie jest więc, w myśl tego kodeksu, również rzeczą ruchomą. Wynika stąd dalej, że w myśl rodzimego prawa karnego, prawa cywilnego i prawa autorskiego nie jest możliwe dokonanie kradzieży utworu. A skoro tekst jest utworem, to nie jest możliwe, na gruncie naszego prawa, dokonanie kradzieży tekstu. Nadąża pan?

Mężczyzna skinął głową. Krople mocniej bębniły o parapet. Ponad dachami kamienic skłębione chmury torowały drogę burzy.

Dobrze, powiedział Eubulaos. Wróćmy do Necronomiconu. Necronomicon jest tekstem. Bluźnierczym i pełnym złowrogich ludzkości tajemnic, ale mimo wszystko tylko tekstem. Tekstem utrwalonym w jakimś materialnym nośniku, w jakiejś książce, która, według rodzimego prawa, jest rzeczą ruchomą. Zatem, biorąc pod uwagę wszystko, co powiedziałem, należy stwierdzić, że nie jest możliwe dokonanie kradzieży Necronomiconu.

Za oknem pociemniało, w biurze przygasło światło rzucane przez stojącą biurku lampę. Twarze rozmówców cofnęły się w mrok.

Owszem mógłby pan kopiować lub rozpowszechniać Necronomicon wbrew woli uprawnionego podmiotu, kontynuował detektyw. Takie działanie skutkowałoby naruszeniem chroniących to dzieło praw autorskich – gdyby oczywiście jakieś prawa je chroniły, a nie chronią. Necronomicon należy bowiem do domeny publicznej. Gdyby nawet było inaczej, to bezprawnie kopiując lub rozpowszechniając Necronomicon, dokonałby pan jedynie naruszenia praw autorskich, a nie kradzieży, o której jest mowa w artykule 278 rodzimego prawa karnego.

Niebiosa zamruczały donośnie, a potem splunęły błyskawicami. Eubulaos podszedł do okna i zapatrzył się na upstrzony rozbłyskami pejzaż sennej dzielnicy.

Kto wie? – powiedział, stojąc bokiem do swojego klienta. Może nie powinniśmy o tym rozmawiać. Przecież Cthulhu śni o każdym, kto choćby pomyśli jego imię, a więc również o nas, panie…

Mężczyzna w białej marynarce machnął lekceważąco ręką.

Nie boję się Władcy R’lyeh. Proszę mówić dalej.

Eubulaos wzruszył ramionami i przeniósł spojrzenie z błyszczących oczu klienta na pogodowy dramat zbawienia i potępienia.

Ktoś może rzec: złodziej to złodziej, a kradzież to kradzież. Po co dzielić włos na czworo? Cóż, zgadzam się – złodziej to złodziej. Kradzież to kradzież. A pytanie o dzielenie włosa jest spóźnione, gdyż włos został już podzielony przez ustawodawcę. Naruszenie praw autorskich nie jest kradzieżą. I nie ma w tym – uprzedzając ewentualny zarzut – żadnej zabawy w słówka, a jedynie baczne zwracanie uwagi na sens przypisywany słowom zarówno w języku potocznym, jak i w jego prawnym rozszerzeniu. Sednem naruszenia praw autorskich jest korzystanie z utworu w sposób niezgodny z wolą podmiotu praw autorskich, a polegający zasadniczo na kopiowaniu utworu i rozpowszechnianiu go na warunkach, na które nie zgodził się rzeczony podmiot. Tego typu działanie, rzekomo naganne, nie implikuje dokonania zaboru utworu w celu przywłaszczenia. A bez takiego zaboru nie ma mowy o kradzieży. Wychodzi więc na to, że z takich czy innych powodów nie mogę panu pomóc w kradzieży Necronomiconu.

Burza przybrała na sile. Błyskawice rozdzierały niebo, pioruny szturmowały ulice i budynki, w parku dla dzieci zapaliło się drzewo. A ziemia – ziemia drżała.

Rozumiem, powiedział mężczyzna. Jeśli ma pan rację, panie Eubulaos, to zmarnowałem jedynie czas, przygotowując się do kradzieży Księgi Umarłych. W Polsce, dzięki obowiązującemu prawu, nie jest możliwe dokonanie kradzieży tekstu. Mógłbym spróbować gdzie indziej, w innych krajach, ale pewnie tam rzeczy mają się podobnie. Coś nie daje mi jednak spokoju. Powiedział pan, że nośnik utworu jest rzeczą ruchomą, a więc czymś, co – dzięki tutejszemu prawu – da się ukraść. Mogę więc ukraść nośnik Necronomiconu, czyli książkę, w której to bluźniercze dzieło zostało utrwalone. Tym samym, w pewnym sensie, ukradnę również sam Necronomicon, prawda?

Eubulaos wrócił za biurko i zanurzył dłoń w misce z oliwkami. Dopiero po chwili zauważył, że oliwki skurczyły się i sczerniały. Odłożył je na stół i wyciągnął z szuflady paczkę higienicznych chusteczek.

Cthulhu czuwa, rzucił.

Klient uśmiechnął się smutno.

Najwyraźniej. Ale nie odpowiedział pan na moje pytanie.

Eubulaos poczuł pod stopami drżenie. Podłoga zdawała się wibrować. Drgnęło nawet wielkie, zabytkowe biurko.

Cóż, na pierwszy rzut oka można by pomyśleć, że pańskie rozumowanie jest trafne, ciągnął detektyw. Uważam je jednak za błędne. Sytuację można rozpatrzyć z dwóch punktów widzenia. Najpierw z perspektywy tutejszego prawa. Otóż utwór, a tekst jest niewątpliwie utworem, może istnieć w wielu egzemplarzach. Tutejszy system prawny utożsamia egzemplarz utworu z materialnym nośnikiem utworu, z jakąś ruchomą rzeczą, w której utwór został utrwalony. Pańskie rozumowanie byłoby trafne, gdyby istniał tylko jeden – tak właśnie rozumiany – egzemplarz Necronomiconu. Wtedy kradnąc komuś nośnik Necronomiconu, ukradłby pan w pewnym sensie sam Necronomicon. Byłby to jednak czyn jedynie analogiczny do kradzieży, której istotę określa miłościwie nam panujące prawo karne. Nic ponadto.

Eubulaos zgarnął oliwki ze stołu i wrzucił je do kosza. Podłoga nadal wibrowała. Regały drżały przy ścianach. Ale rozmówca Eubulaosa nic sobie z tego nie robił. Na jego twarzy malował się bezbrzeżny spokój.

Po drugie, wieloinstancyjność tekstu można rozumieć też nieco inaczej. Mianowicie tak, że każda kopia tekstu utrwalonego zrazu w jakimś nośniku jest tekstem mającym tę samą treść, co tekst, powiedzmy, wyjściowy. Kolejne kopie tekstu wyjściowego są tekstami numerycznie od niego różnymi, bo zlokalizowanymi w innych nośnikach. Mimo to przyjmujemy, że każda kopia wyjściowego tekstu daje nam dostęp do jego treści.

Zdarzają się wyjątki, wtrącił nagle klient.

Słucham?

„Don Kichot” autorstwa Pierre’a Menarda. Napisany na początku XX wieku, dzieło takożsame z „Don Kichotem” Cervantesa, jego literacki homonim, tekst tak samo wyglądający, różniący się jednak od tego drugiego znaczeniem. Nie czytał pan?

Eubulaos uśmiechnął się zdawkowo.

Cervantesa tak, Mennarda nie.

Jest jeszcze pewne opowiadanie Cortazara, a dokładniej jedna z kopii oryginalnego tekstu.

Chodzi panu o „Zajęty dom”? – upewnił się detektyw.

Tak, słyszałem, że pewna kopia tego opowiadania zyskała świadomość i zdolność reinterpretowania znaczeń przypisywanych jej przez czytelników….

Eubulaos z trudem powstrzymał się przez zerknięciem na regał, na którym stał tomik opowiadań Cortazara.

Obiło mi się o uszy, rzekł. Ale ma pan rację. Zdarzają się wyjątki. Możliwe są homonimiczne teksty. Wyglądają tak samo, brzmią tak samo, ale różnią się znaczeniem, mają bowiem odmienną historię interpretacji, a tym samym odmienną sekwencję wpisywanych w nie sensów...

Zgrabnie pan to ujął, panie Eubulaos.

Cóż, dziękuję. Tak czy inaczej, mógłby pan ukraść nośnik jednej z takich kopii, a tym samym, w pewnym sensie, utrwaloną w nim kopię tekstu wyjściowego. Byłoby to jednak, w świetle obowiązującego w Polsce prawa, coś tylko analogicznego do kradzieży.

Rozumiem, mężczyzna pokiwał głową. Wszystko rozbija się o definicję kradzieży.

Eubulaos rozłożył ręce.

Niestety.

Złodziej wstał z krzesła i zaczął się przechadzać po pokoju.

Pozwoli więc pan, że zadowolę się czynem alogicznym do kradzieży – powiedział, gdy doszedł do okna. Otóż zamierzam ukraść – w znaczeniu, którego nie uwzględnia tutejsze prawo – jedną z kopii Necronomiconu, tekst numerycznie różny od wyjściowego, mający jednak ten sam sens. Co więcej, uważam, że może mi pan pomóc. Kopia, o której mówię, znajduje się w pewnej bibliotece. Wokół tej biblioteki kręci się świat, więc każdy kto w niej przebywa, znajduje się w centrum wydarzeń. Prawda?

Tak. W pewnym sensie.

Pańskie biuro znajduje się na terenie Biblioteki, zatem my obaj…

…również, dokończył Eubulaos. A potem powiedział:

Biblioteka znajduje się w wielu miejscach Ziemi, ale jest większa niż to, co ludzie nazywają światem, a co, tak naprawdę, ogranicza się do jednej planety. Zawsze dziwiło mnie to, że Cthulhu i inni Wielcy Przedwieczni upodobali sobie nasz, w gruncie rzeczy prowincjonalny świat na tyle, by starać się nim zawładnąć, ale nigdy, nie licząc ich szurniętych wyznawców, nie zainteresowali się Biblioteką.

Zatem zna pan Bibliotekę, stwierdził z zadowoleniem złodziej. I najpewniej wie, gdzie spoczywa interesująca mnie kopia Necronomiconu.

Wiem.

Doskonale. Zatem gdzie?

Wiem, że nie ma już jej w Bibliotece.

Mężczyzna otworzył usta, ale nic nie powiedział.

Napije się pan czegoś mocniejszego? – zapytał Eubulaos.

Słucham?

Coś mocniejszego. Na drogę. Whisky? Brandy? Wódka? – wymieniał detektyw, idąc do kuchni. Mam też piwo.

Na drogę dokąd?

W najlepszym razie w otchłań między gwiazdami... w najgorszym w otchłań gardzieli potomstwa Cthulhu…

Eubulaos minął lodówkę i zatrzymał się tuż przed ścianą. Wymacał sprytnie ukryty przełącznik i otworzył nim niewidoczne dla niewprawnego obserwatora drzwi. Złodziej wpadł do kuchni z wyrazem obłędu na kredowej twarzy. Zdążył ujrzeć plecy detektywa znikające w prostokątnym, ciemnym portalu, zanim ogromna, śluzowata macka zacisnęła się wokół kamienicy.

Eubulaos odetchnął, poczuwszy za plecami chłód ściany. Wokół było ciemno, więc wymacał włącznik światła. Korytarz prowadził w dół, ku sześciobocznej galerii, z niskimi balustradami i studnią wentylacyjną w środku. Dawno tutaj nie byłem, pomyślał Eubulaos, a potem spojrzał za siebie, na ścianę, za którą pewne rzeczy kończyły się definitywnie. Przypomniały mu się słowa pewnego pisarza. Wyszczerzył końskie zęby.

Cóż, to tylko kolejny koniec świata. Za tą myślą zszedł w głąb Biblioteki.

sobota, 7 stycznia 2012

Saul

To, co ujrzał było wspólne dla snu i jawy. Konwój wielkich, czarnych ciężarówek wjeżdżających do lasu. Śnił o nich po raz pierwszy w dniu, w którym dobiegający z piwnicy hałas wywabił go z wygodnego fotela. Dwa dni później śnił o nich ponownie, ale tym razem w ogromnym domu znajdował się ktoś jeszcze – w pokoju gościnnym, na wielkim, skrzypiącym łożu leżała pod czerwoną kołdrą dziewczyna, którą ostatni raz widział, gdy był o dwadzieścia pięć lat młodszy. Wyglądał wtedy tak samo jak teraz, ona zaś była dzieckiem.

*

Saul mieszkał nad jeziorem, pod lasem, w domu przeznaczonym dla wieloosobowej rodziny. Budynek był stary i zaniedbany. Rozpadał się od wielu lat, czasami dość spektakularnie, raz na jakiś czas wielkim hukiem wypłaszając na zewnątrz zamieszkujące poddasze ptactwo. Na ogół jednak konał po cichu, w samotności podsycanej obojętnym skrzypieniem desek podłogowych. Obecny właściciel nie przejmował się pękającymi ścianami, łuszczącą się farbą i tynkiem sypiącym się z sufitu. Zajmowały go inne sprawy.

Tamtego dnia – zanim z niesmakiem położył na stoliku gazetę i zszedł do piwnicy, aby przekonać się, że ma niezapowiedzianego gościa – Saul rozmyślał nad swoją przeszłością. Rozmyślał też nad swoim obecnym imieniem. Przez moment zastanawiał się nawet nad powrotem do jednego ze starych, symbolizujących odwieszone na kołek tożsamości. Odłożył jednak ten pomysł na później i dziarskim krokiem ruszył do piwnicy, zaniepokojony podziemną eksplozją, od której dom zatrząsł się jak osika.

Dziewczyna, którą Saul zastał na dole, na tle dziury ziejącej w ścianie z czerwonych cegieł, wymówiła jedno z jego najstarszych imion. Uśmiechnął się ciepło. I pomyślał o… – sam nie był pewien, o czym pomyślał. Dziewczyna, widząc jego uśmiech, też się uśmiechnęła i zaczęła mówić. Wręcz wyrzucać z siebie słowa i zdania, jakby były one brzemieniem, z którym przebyła bardzo długą drogę, rozpoczętą po przeciwnej stronie lustra. Mówiła i mówiła. Trochę w języku Saula, a trochę w swoim, którego nie znał. Słuchał jej w milczeniu, uśmiechając się w sposób, w jaki kiedyś – w czasach, o których chciał zawsze pamiętać – uśmiechał się do swojej jedynej córki.

W pewnej chwili zemdlała.

Saul położył ją na łóżku w pokoju gościnnym i nakrył kołdrą. Na moment otworzyła oczy i rozejrzała się dookoła. Drżała. Perliste krople lśniły na jej czole.

Śpij, powiedział.

Skinęła głową i przytuliła policzek do miękkiej poduszki. Saul wrócił do przerwanej lektury. Zasnął w fotelu. We śnie – gdzieś około piątej nad ranem, gdy samotność domu wypełniały jęki, jakie wydawała dziewczyna, przewracając się z boku na bok – wyszedł na ganek, gdzie ujrzał wyłaniającą się zza zakrętu wielką, czarną ciężarówkę o ciemnych szybach, a po niej kolejną, jeszcze większą i ciemniejszą, i trzecią, i czwartą, i… ósmą, wszystkie ryczące, kołyszące się na nierównej nawierzchni, rozbijające pasma porannej mgły w drodze ku ścianie strzelistych drzew, za którymi nie było żadnej szosy zdolnej przyjąć te wielokołowe potwory. Gdy ostatni pojazd zniknął w leśnym mroku, a Saul otworzył oczy i stwierdził, że siedzi w fotelu, z gazetą rozłożoną na udach. Wyjrzał przez okno. Mlecznobiałe pasma unosiły się nad podjazdem. Z powodu mgły droga była ledwo widoczna, ale las… las znajdował się na swoim miejscu, górując nad okolicą, wręcz przytłaczając ją swoją obecnością. Saul wyszedł przed dom, ale nie zauważył śladów opon. Pokręcił się przez chwilę w miejscu, po czym wrócił do środka, spoglądając ukradkiem na drzewa, pomiędzy którymi wiły się wężowe sploty mgły.

Las milczał.

*

Śniadanie zjedli na tarasie z widokiem na zapuszczony ogród. Francuskie tosty z dżemem i bitą śmietaną. Specjalność Saula. Potem poszli na spacer. Było słonecznie i ciepło. Delikatny wiatr kołysał złotawymi koronami drzew. Na początku szli w milczeniu, które ku ich obopólnemu, choć przeżywanemu z osobna zadowoleniu wcale nie było krępujące. W pewnej chwili Saul poznał jej imię. Astiala-Wegna. Skrócił do je do „Astia”. Brzmiało dziwnie w jego ustach. Dziewczyna chichrała się, jak próbował wymówić je poprawnie. Dał sobie spokój.

Skręcili właśnie w polną dróżkę wiodącą do pobliskiego miasteczka, gdy Astia, mimowolnie kalecząc ojczysty język Saula, zaczęła wyjaśniać powody swojej wizyty. Był trochę zaskoczony, bo w swej opowieści sięgnęła głęboko w przeszłość obcego mu świata. Nie kojarzył miejsc, osób i wydarzeń. Ale słuchał życzliwie. Kiedy zamilkła, usiadła na szerokim pniu, który stał na rozstaju dróg. Odgarnęła z czoła grzywkę rudych włosów i popatrzyła badawczo na Saula. Saul stał z rękoma splecionymi za plecami, zastanawiając nad odpowiedzią. Pytanie wciąż wisiało w powietrzu. Astia spoglądała wyczekująco. Saul marszczył brwi. W nozdrzach buzowało mu rześkie powietrze. W oddali, bliżej miasteczka, rozległ się dźwięk klaksonu.

Saul wiedział teraz więcej. Przynajmniej tak mu się wydawało. Nęciła go opowieść dziewczyny. Wypowiedziane przez nią krajobrazy. Odmalowane w namiętnych barwach krainy. Pradawne, pełne niebezpiecznych tajemnic i geopolitycznych problemów rozwiązywanych za pomocą mieczy i zaklęć. Przez moment chciał, aby Astia walczyła po właściwej stronie. Potem uznał, że nie ma to żadnego znaczenia. Nie tutaj, nie dla niego. Może nawet nigdzie. Nie zwerbalizował tych myśli. Wciąż uparcie milczał, smakując wspomnienie słonecznej doliny i majaczących u jej kresu górskich szczytów oraz wież roztaczających karmazynową poświatę. Ujrzał to wszystko po drugiej stronie dziury w piwnicznej ścianie. Przez kilka rozkosznie długich chwil oddychał obcym powietrzem. Potem…

Polną drogą nadjechał czerwony samochód. Saul rozpoznał kierowcę. Linda zwolniła i zaczęła opuszczać szybę. Saul, uśmiechając się, uniósł dłoń, aby pomachać, ale jego ręka zamarła w połowie ruchu. Linda wcisnęła hamulec. Samochód gwałtownie stanął. Trzasnęły drzwi.

Co się jej stało? – zapytała Linda, nachylając się nad Saulem klęczącym obok Astii, która ni stąd ni zowąd osunęła się na ziemię. Znowu straciła przytomność, odparł Saul.

Zawieźli ją do domu. Astia ocknęła się, gdy samochód zatrzymał się na podjeździe. Rzuciła spłoszone spojrzenie Lindzie. Spokojnie, Astia. To przyjaciółka, wyjaśnił Saul.

Dziewczyna skinęła głową. Pozwoliła się zaprowadzić do sypialni i rozebrać. Linda nakryła ją kołdrą, pogłaskała po czole i zeszła do kuchni.

Saul rozlewał herbatę do filiżanek. Linda usiadła przy stoliku i sięgnęła po cukierniczkę. Zaczęli rozmawiać. Rozmowa dość szybko zeszła na temat Astii. Saul wymamrotał, że to córka przyjaciela. Poznał ją, gdy miała trzy lata. Była uroczym dzieckiem. Bardziej podobnym do matki niż ojca. Linda zmarszczyła brwi. Tak, przyjaciela, kontynuował Saul, stare dzieje. Wspólne przygody. I tak dalej. Sama wiesz co. Brwi Lindy pozostawały nieruchome. Jej rodzice nie żyją. Matka została skrytobójczo zabita. Ojciec zmarł dzień później. Chyba na raka. Chorował od kilku lat. Na barki Astii spadło królestwo. Wielka odpowiedzialność…

Saul zamilkł i upił łyk herbaty. Okna kuchni wychodziły na taras, na którym dziś rano zjadł z Astią śniadanie. W pamięci mężczyzny odżył smak francuskich tostów. Poczuł ssanie w żołądku. Spojrzał na Lindę i powiedział, dziwnie zasmucony: Jej ojciec był wojownikiem, największym, jakiego znałem. Przez wiele lat nasze ścieżki krzyżowały się. Głównie na polach bitew. Mawiał, że nie ma niczego lepszego w życiu mężczyzny niż zmiażdżenie wroga, zniewolenie jego najbliższych i napawanie się ich lamentem. Parafrazował Temudżyna. Potem, co jest dość zabawne, bo mój przyjaciel znał Roberta Erwina Howarda, cytował go ten austriacki aktor… Saul uśmiechnął się do swoich wspomnień. Tak było, Lindo, zapewnił. Wierzę ci, odparła kobieta. Mężczyzna odchrząknął i odstawił pusty kubek do zlewu. Mój przyjaciel, w odróżnieniu ode mnie, pozostał wojownikiem. Ja wybrałem naukę. Porzuciłem ostrze na rzecz księgi. Zostałem Rene. Linda dopiła herbatę. Wiem, rzekła. Wiem, kim byłeś. Wyjawiłeś mi to tamtej nocy, kiedy… Zagryzła wargi. Proszę, odparł Saul, nie wracajmy do tego. Przyjaciółka pokręciła głową. Mogę ci pomóc, powiedziała, uśmiechając się zachęcająco. W samotności nie znajdziesz ratunku. Ja również. We dwoje mamy szansę. Saul uśmiechnął się półgębkiem. Szansę na co? – zapytał. Na to – odparła Linda i wstała z krzesła. Usta przyjaciół spotkały się nad stolikiem, w słodko-gorzkim pocałunku.

Na to… – powtórzył z wahaniem Saul, a w jego głosie zamiast nadziei pobrzmiewało zwątpienie. Wtedy w Lindzie coś pękło. Wciąż śnisz moje sny? – zapytała. Mężczyzna przełknął ślinę. Tak, odpowiedział, tym razem unikając wzroku przyjaciółki. Wczoraj śniłem ten o ciężarówkach. Linda pokręciła głową. One są moje, powiedziała. Tylko moje. I wyszła z domu. Saul siedział bez ruchu, wpatrzony w niedomknięte drzwi. Zakasłał silnik samochodu. Spod kół trysnęły kamyczki. Linda odjechała, ale ciepło jej ciała, skupione chwilę temu w czerwonych wargach, pozostało na ustach Saula.

*

Do pokoju wtargnął intensywny słoneczny blask. Zapowiadał się kolejny ciepły dzień wiosny. Gorąca woda, skraplająca się na ścianach kabiny prysznicowej, otrzeźwiła Saula. Kiedy zszedł na dół, kuchnię wypełniał zapach spieczonego pieczywa. Astia nakładała na poczerniałe tosty dżem ze słoika. Kiwnęła głową na powitanie. Saul podrapał się po ogolonych policzkach i zaparzył kawę w ekspresie ciśnieniowym. Dla siebie po irlandzku – uwielbiał tę elektryzującą mieszankę mocnej kawy, whiskey i brązowego cukru, ukoronowaną spiralą z bitej śmietany. Astia dostała cappuccino. Wypiła dwie filiżanki, zanim Saul poinformował ją, że pojadą dzisiaj do lekarza. W kilku zdaniach wyjaśnił dlaczego. Dziewczyna najwyraźniej zrozumiała jego obawy, gdyż powiedziawszy cicho „tak”, zapatrzyła się ponad trzymaną przy ustach filiżanką na zachwaszczony ogród. W jej spojrzeniu było coś niepokojącego. Poza garścią żalu, złości i niedowierzania. Coś złowieszczego – coś, czego Saul nie potrafił zidentyfikować, a tym samym wpleść w sieć swoich przekonań, w jakąś potencjalną przesłankę możliwego rozumowania, którego wniosek mógł mieć posmak świtu bądź zmierzchu.

W klinice spędzili całe popołudnie. Zaprzyjaźniony lekarz poddał dziewczynę badaniom radiologicznym. Tomografia i rezonans magnetyczny czaszki. Dla pewności powinno się wykonać jeszcze badanie hispatologiczne, dodał, gapiąc się na monitor. Nie dzisiaj, odparł Saul. Lekarz złożył usta w dziobek i cmoknął. Ekran wypełniało zdjęcie mózgu Astii. Niedobrze, mruknął. Saul podążył za jego spojrzeniem. Ta ciemna plama, onkolog popukał palcem w ekran, tłumaczy objawy: zawroty głowy, intensywny ból, nudności, pogorszenie ostrości widzenia, drętwienie kończyn. Rozumiesz, co to oznacza? W pomieszczeniu zrobiło się cicho. Słychać było tykanie zadanego przez lekarza pytania. Saul pomyślał o karmazynowych wieżach wyrastających spomiędzy górskich szczytów. To ku nim wiodła twierdząca odpowiedź na ponowioną przy śniadaniu prośbę. Westchnął i zapytał: Jakie ma szanse? Lekarz splótł dłonie. Znamy się nie od dziś, Saul. Mam być szczery? Saul wyprostował się na krześle i odparł: Jak zawsze, stary.

Tykanie pytania ucichło.

Później Saul i Astia pojechali na zakupy. Saul powiedział, że przygotuje na kolację coś przepysznego. Wracając ze sklepu, mijali dom Lindy. Było już późno. Noc kończyła otwierać przepastnie ciemne ślepia. Saul odruchowo zwolnił. Zerknął na patio skąpane w świetle wylewającym się z holu. W pokoju na piętrze blask monitora oświetlał kocią twarz Lindy. Jej zielone oczy śledziły wpisy na Twitterze. Czas się pożegnać, pomyślała i sięgnęła po myszkę. Gdy rozległo się pierwsze kliknięcie, Saul dodał gazu. Wkrótce terenowy samochód zniknął za zakrętem. Kilkadziesiąt wpisów później Linda przeciągnęła się i ruszyła po skrzypiących schodach na górę. W sypialni, na równo zaścielonym łóżku leżał cały jej rynsztunek. Przymierzając kolejne stroje, myślała o Saulu. Każde z nas ma własną historię, uznała w końcu i zważyła w dłoni niewinnie wyglądającą armatę.

Saul był wtedy w kuchni, zajęty krojeniem składników na zupę dyniową. Astia tańczyła w salonie. Z głośników dolatywały takty „Rolling in the deep” – Adele snuła z przytupem historię miłosną. Biodra Astii kołysały się łagodnie. Nawet Saul podśpiewywał pod nosem. Bulion bulgotał na kuchence. Potem wino. I zupa. Przepyszna. Gęsta, kremowa, z dodatkiem żółtego sera. Wznieśli toast za jutro – Saul obiecał, że wyruszą zaraz po śniadaniu. Astia rzuciła mu się na szyję i wycałowała go. Więcej zupy, wina i muzyki. Lichymi fundamentami domu wstrząsnęło „Highway to hell”. Saul nie tłumaczył Astii tej ani innych piosenek. Dziewczyna chłonęła jego świat na swój sposób, mając w pamięci opowieści ojca.

Tańczyli do północy. Gdy się rozchmurzyło, a gwiazdy wykwitły na granatowym niebie, padli wyczerpani na fotele. Wybrzmiewał śpiew Dani Klein w „Don’t cry for Louie”. Astia roześmiała się i powiedziała: Ojciec nigdy nie wspomniał, że jesteś kucharzem. Kucharz-wojownik. Dziwne. Wręcz niespotykane tam, skąd pochodzę. Saul podszedł do wieży i nastawił „Rumour has it”. Głos Adele zaiskrzył na tle perkusji wybijającej zawadiacki rytm. Kiedyś byłem też uczonym, odparł. Filozofem, matematykiem i fizykiem zarazem. Jednym z największych w dziejach tutejszej ludzkości. Ale minęły stulecia, a moje teorie, choć wciąż eleganckie, okazały się fałszywe. Rzeczywistość rozbiła je w pył, oszczędzając szczegóły. Dające się ocalić fragmenty, osadzone na rozumowaniach oszlifowanych jak diamenty. Ale są i pozytywy. Znajdziesz mnie w Internecie. Chociażby w Stanfordzkiej Encyklopedii… Saul zauważył, że Astia nie słucha. Dziwny grymas wpełzł na jej twarz. Dziewczyna zgięła się w pół. I zwymiotowała. Zupą. Winem. Resztkami zadowolenia. Może nawet szczęścia. Nic nie mówiąc, zaprowadził ją do sypialni. Przebrał i położył do łóżka. Zasnęła, zwinąwszy się w kłębek. Gdy wychodził, skrzypnęły nienaoliwione zawiasy. Astia drgnęła, przekręciła się na lewy bok i zanurkowała głębiej, bliżej sennego dna, gdzie drzemały koszmary.

*

Saul ściszył muzykę. I usiadł w fotelu, z lampką brandy w dłoni. Siedział tak i siedział, starając się nie myśleć. Czas wlókł się jak okulawiony osioł. W pewnej chwili Saul zrobił się głodny. Poszedł do kuchni, aby podgrzać zupę dyniową, a gdy wrócił do salonu, usłyszał hałas na schodach wiodących do piwnicy. Dobiegał zza uchylonych drzwi. Trzeszczały deski. Ktoś oddychał. Dźwięczało jakieś żelastwo. Saul odstawił talerz z zupą na stół i wyciągnął z szafy pas z bronią. Następnie zgasił światło. Drzwi uchyliły się szerzej. W korytarz wkroczyła jakaś postać. I następna. Poruszały się ostrożnie. Kiedy weszły do salonu, z głośników buchnęła perkusja. Potem głos Adele. Pogrzebacz wyłonił się z mroku niczym błyskawica. Pękła czaszka. Zatańcowały kawałeczki mózgu. Saul wyszarpnął miecz z dłoni osuwającego się mężczyzny. Ciął przez szyję kolejnego. Skoczył w bok. Uderzył na odlew. Poczuł na twarzy krople krwi. Zakrzywione ostrza spotkały się w ciemnościach. Trysnęły iskrami. Saul walczył w skupieniu. Ze spokojem. Zgrabnie przeskakując nad zalegającymi na podłodze ciałami. Napędzany elektryzującym głosem Adele. Do czasu, gdy utwór zwolnił. Ostatni przeciwnik okazał się kobietą. Srebrzyste światło, którym rozbłysła jej dłoń, rozpędziło mrok, ukazując zaokrągloną buźkę w aurze ciemnych włosów. Nieznajoma była ciemnoskóra. Skąpo odziana. Na jej nadgarstkach i kostkach pobrzękiwały bransolety. Recytowała coś zawzięcie. Długim palcem wskazywała Saula. Mężczyzna nie czekał, aż uderzy w niego zaklęcie. Sięgnął do olstra, odciągnął kurek i wypalił z rewolweru. Czarodziejka osunęła się po ścianie. Adele śpiewała:

All of these words whispered in my ear, Tell a story that I cannot bear to hear Just 'cause I said it, it don't mean that I meant it, People say crazy things

Zaiste, mruknął Saul i zapalił światło, aby policzyć zabitych. Następnie pozbierał broń i zszedł do piwnicy. Był pewien, że zamachowcy przyszli przez dziurę w ścianie. Wyjrzał na drugą stronę. Tam też była noc. Odległe wieże lśniły karmazynową łuną. Cofnął się do domu. Wbiegł na piętro. Astia leżała na plecach. Oczy miała otwarte. Nie spała. Nie spoglądała jednak na sufit. Na nic nie patrzyła. Saul zbadał jej puls.

Potem zabrał z komórki z narzędziami łopatę i wykopał po drugiej stronie lustra ogromny dół. Wrzucił do niego ciała. W sumie – siedmiu zabitych. Po zasypaniu dołu, nalał sobie kieliszek brandy i spoczął w fotelu. Był przepocony i zmęczony. Ciążyły mu powieki. Co chwilę otwierał oczy i rozgrzewał gardło bursztynowym trunkiem. W końcu zasnął. Śnił o konwoju wielkich, czarnych ciężarówek znikających w lesie. Spomiędzy drzew przezierała gigantyczna twarz Lindy. Śnisz moje sny, powtarzała oskarżycielsko przyjaciółka.

Po przebudzeniu Saul wziął prysznic. Zjadł śniadanie. Wyciągnął z szafy zakurzony rynsztunek. Oczyścił broń, wypolerował ostrza, skompletował amunicję. Działał jak automat, nie myśląc wiele. Potem pozmywał naczynia i wsadził do lodówki zupę dyniową. Z kubkiem gorącej kawy wyszedł na ganek. Poranek był rześki. Słońce przygrzewało zza szarych chmur. Na drodze pojawiła się pierwsza ciężarówka. Jej silnik warczał złowrogo. Za nią toczyły się następne. W sumie osiem – ryczące, kołyszące się na nierównej nawierzchni, rozbijające pasma porannej mgły w drodze ku ścianie strzelistych drzew, za którymi nie było żadnej szosy zdolnej przyjąć te wielokołowe potwory. Na razie wszystko się zgadzało. Saul oparł się o belkę podtrzymującą zadaszenie i upił łyk kawy. Gdy ostatnia ciężarówka zniknęła za drzewami, nadjechała Linda. Niebezpieczna i uzbrojona. Wciśnięta w obcisły pancerz, podkreślający apetyczne krzywizny jej ciała. Ujrzawszy przyjaciela, pomyślała, że Saul wygląda jak muszkieter, który spędził trochę czasu na planie filmowym jakiegoś niskobudżetowego westernu o życiu w postnuklearnej przyszłości. Przyśpieszyła. Drzewa zasunęły się za jej furgonetką. To twoje sny, Lindo, powiedział Saul. Tylko twoje. Poza tym… Każde z nas ma własną historię. Z tą myślą wszedł do domu i z plecakiem przerzuconym przez ramię pomaszerował do piwnicy, a stamtąd do świata Astii. Minął świeży grób i ruszył ku zielonym łąkom doliny, nad którą górowały karmazynowe wieże.

Tak mogłoby być, pomyślał. Mogłoby…

Zamrugał powiekami. Nadal siedział w fotelu. Kieliszek wypadł mu z dłoni. Brandy zdążyła wsiąknąć w podłogę. Woń potu i śmierci wypełniała pokój. Zgadzało się kilka faktów. Ciał już nie było; spoczywały w grobie. Astia leżała na plecach. Oczy miała otwarte. Nie spała. Saul pogładził zimny policzek dziewczyny i odgrzał zupę. Wciąż miał czas. Śmierć zbliżała się powoli. Zjadł więc bez pośpiechu posiłek. Przygotował rynsztunek i prowiant na drogę. Do kompletu dołożył broń. Potem wyszedł przed dom, odprowadził wzrokiem czarne ciężarówki, pomachał przyjaciółce na pożegnanie i wypił w salonie strzemiennego. Przez cały ten czas myślał o tym, kim niegdyś był. I kim, pomimo stuleci metamorfoz, pozostał. A potem – po wypiciu z ulubionego kubka ulubionej kawy – umarł w fotelu, wolny od jakichkolwiek wątpliwości.

Astia zamrugała powiekami.

*

Szła dziarskim krokiem. Wyspana, wypoczęta, zdrowa. Dookoła falowały zielone łąki. Niebo raziło błękitem, a odległe wieże błyszczały krwistą czerwienią. Wracała po swoje królestwo. Dla zemsty i sprawiedliwości. A także po wiedzę, której zazdrośnie strzegli nieludzcy mieszkańcy wież. Pradawni czarnoksiężnicy o zmumifikowanych ciałach i duszach głębszych niż bezdenna otchłań między gwiazdami. Znów była silna, pewna swej mocy i umiejętności. Z daleka – za sprawą ponczo, kapelusza i olstrów z rewolwerami, które zostawił jej Saul – wyglądała na rewolwerowca. Pod ponczo kryła się jednak misternie wykonana kolczuga, a w pochwie przewieszonej przez plecy tkwił ojcowski miecz.

Saul zadowoliło to, że zabrała jego ulubiony strój z czasów Dzikiego Zachodu. Cieszył się również nowym światem. Bogactwem dostrzeganych szczegółów. Saul bowiem, jak każdy nieśmiertelny, nawykowo skupiał uwagę na szczegółach i różnicach. Na tych wszystkich drobnostkach, które pod warstwą gatunków i rodzajów składały się na nieskończenie różnorodną rzeczywistość. Z powodu jej nieprzebranych bogactw nigdy nie odczuwał znużenia swoim życiem. A już niedługo będzie radował się życiem Astii. Bo będzie nią. Tak jak kiedyś był Rene. I innymi śmiertelnikami, których wyrwał z objęć śmierci.

Na razie spoglądał oczami Astii na karmazynowe wieże. I czekał. 

środa, 4 stycznia 2012

"Maltanek" w Niedobrych Literkach

"Dashiell odkłada gazetę na stół i dopija zimną kawę. Za kilka minut wsiądzie do samochodu i przekręci kluczyk. Ryk potężnego silnika zleje się z hałaśliwą codziennością wielkiego miasta. Za kilka minut Dashiell rozpocznie ucieczkę. Minie rogatki, zjedzie na autostradę, przepadnie w głębinach biegnącej nad pustynią estakady. Za kilka minut Dashiell znów będzie głównym bohaterem swojego życia. Na razie jednak mężczyzna czuje się tak, jakby został wyrzucony z pędzącego samochodu prosto na kamieniste pobocze".

Moje pierwsze wejście smoka w konwencję bizarro. I kolejny opublikowany tekst. Tym razem na łamach Niedobrych Literek, rodzimego centrum bizarro. Więcej na temat literatury bizarro można przeczytać w anglojęzycznej Wikipedii.