czwartek, 19 stycznia 2012

K(a)tulu Copyright

Chcę ukraść Necronomicon, powiedział mężczyzna siedzący po przeciwnej stronie biurka. Dowiedziałem się, że pan może mi w tym pomóc.

Eubulaos splótł dłonie na brzuchu. To prawda, odparł.

Świetnie… - przez twarz mężczyzny przemknął wyraz zadowolenia, ale Eubulaos zmarszczył brwi i powiedział:

Pan naprawdę chce ukraść Necronomicon, Księgę Umarłych, napisaną w 730 roku naszej ery przez Abdula al-Hazreda. Księgę, w której szalony Abdul opisał rytuał przebudzenia Cthulhu, śpiącego na dnie oceanu w pradawnym mieście R’lyeh. Z powodu tajemnic zawartych w Necromoniconie wielu zacnych ludzi popadło w obłęd, a niektórzy stracili coś więcej niż zdrowie czy życie. Wessała ich bezdenna pustka między światami… Przykro mi, ale nie pomogę panu.

Mężczyzna błysnął białymi zębami. Dlaczego? – zapytał, nachyliwszy się ku rozpartemu na obrotowym krześle detektywowi.

Bo to niemożliwe, odpowiedział ze spokojem Eubulaos.

Eubulaos jak zwykle znajdował się w centrum wydarzeń. Ten fakt, jakkolwiek zaskakujący dla ludzi, którzy nie znali Eubulaosa, miał proste wyjaśnienie – jego biuro mieściło się na rogu dwóch cichych ulic, w wyremontowanej kamienicy, zamieszkiwanej, poza Eubulaosem, przez osoby z gatunku, do którego – chcąc nie chcąc – należał również sam Eubulaos. Kamienica była częścią Biblioteki, co oznaczało, że było nią też wspomniane biuro. Z racji tego, że świat kręcił się wokół Biblioteki, Eubulaos mógł tkwić w centrum wydarzeń, nie ruszając się zza biurka.

Dziesięć minut temu Eubulaos zajadał się oliwkami i przeglądał pobieżnie wczorajszą prasę. Był zajęty tym, co zwykle, gdy nie oddawał się dialektyce, literaturze i miłosnym igraszkom uskutecznianym poprzez internetowy komunikator – mianowicie, czekał na klienta. Przy okazji czekał też na koniec.

Może nawet na Koniec Końców.

Kiedy na schodach rozległy się kroki, Eubulaos zastygł za trzymaną przed nosem gazetą, otwartą na artykule o jakiejś aferze w ratuszu. Ciężkie, mocne tąpnięcia - na tle monotonnego szumu deszczu, szeleszczącej gazety i oliwek miażdżonych końskimi zębami - nagle ucichły. Ktoś zapukał do drzwi. Proszę! - krzyknął z głębi biura Eubulaos.

Mężczyzna nosił białą marynarkę, fioletową koszulę i białe spodnie. Kapelusz powiesił na wieszaku przy drzwiach. Dziesięć minut później, usłyszawszy odpowiedź Eubulaosa, przywołał na twarz uśmiech, z którego słynął wśród swoich wielbicielek, i zapytał: Dlaczego jest to niemożliwe?

Z powodu tutejszego prawa.

Klient uniósł brwi.

Proszę kontynuować
, rzekł.

Eubulaos zważył w dłoni oliwkę, a potem odłożył ją do miseczki. Westchnienie, któremu pozwolił się wyrwać ze swojej piersi, miało zasugerować rozmówcy, że sytuacja jest beznadziejna.

Dobrze, powiedział bez przekonania. Niech pan postawi sobie pytanie: czy na obszarze, jakim włada tutejszy system prawny, ten normatywny potwór o apetycie nie mniejszym niż apetyt Cthulhu i jego potomstwa, możliwe jest dokonanie kradzieży tekstu? Otóż nie.

Eubulaos zakasłał i mówił dalej:

Według rodzimego prawa karnego, kradzież polega na zaborze cudzej rzeczy ruchomej w celu przywłaszczenia. Wynika stąd, że w sensie prawnym można ukraść tylko i wyłącznie rzecz ruchomą. Prawne pojęcie rzeczy wyjaśnia kodeks cywilny. Haczyk, ten bękart diabła i prawdy, tkwi w tym, że według rodzimego prawa autorskiego, uregulowanego odrębną ustawą, utwór, czyli przedmiot praw autorskich, nie jest rzeczą w rozumieniu rodzimego kodeksu cywilnego¸ nie jest więc, w myśl tego kodeksu, również rzeczą ruchomą. Wynika stąd dalej, że w myśl rodzimego prawa karnego, prawa cywilnego i prawa autorskiego nie jest możliwe dokonanie kradzieży utworu. A skoro tekst jest utworem, to nie jest możliwe, na gruncie naszego prawa, dokonanie kradzieży tekstu. Nadąża pan?

Mężczyzna skinął głową. Krople mocniej bębniły o parapet. Ponad dachami kamienic skłębione chmury torowały drogę burzy.

Dobrze, powiedział Eubulaos. Wróćmy do Necronomiconu. Necronomicon jest tekstem. Bluźnierczym i pełnym złowrogich ludzkości tajemnic, ale mimo wszystko tylko tekstem. Tekstem utrwalonym w jakimś materialnym nośniku, w jakiejś książce, która, według rodzimego prawa, jest rzeczą ruchomą. Zatem, biorąc pod uwagę wszystko, co powiedziałem, należy stwierdzić, że nie jest możliwe dokonanie kradzieży Necronomiconu.

Za oknem pociemniało, w biurze przygasło światło rzucane przez stojącą biurku lampę. Twarze rozmówców cofnęły się w mrok.

Owszem mógłby pan kopiować lub rozpowszechniać Necronomicon wbrew woli uprawnionego podmiotu, kontynuował detektyw. Takie działanie skutkowałoby naruszeniem chroniących to dzieło praw autorskich – gdyby oczywiście jakieś prawa je chroniły, a nie chronią. Necronomicon należy bowiem do domeny publicznej. Gdyby nawet było inaczej, to bezprawnie kopiując lub rozpowszechniając Necronomicon, dokonałby pan jedynie naruszenia praw autorskich, a nie kradzieży, o której jest mowa w artykule 278 rodzimego prawa karnego.

Niebiosa zamruczały donośnie, a potem splunęły błyskawicami. Eubulaos podszedł do okna i zapatrzył się na upstrzony rozbłyskami pejzaż sennej dzielnicy.

Kto wie? – powiedział, stojąc bokiem do swojego klienta. Może nie powinniśmy o tym rozmawiać. Przecież Cthulhu śni o każdym, kto choćby pomyśli jego imię, a więc również o nas, panie…

Mężczyzna w białej marynarce machnął lekceważąco ręką.

Nie boję się Władcy R’lyeh. Proszę mówić dalej.

Eubulaos wzruszył ramionami i przeniósł spojrzenie z błyszczących oczu klienta na pogodowy dramat zbawienia i potępienia.

Ktoś może rzec: złodziej to złodziej, a kradzież to kradzież. Po co dzielić włos na czworo? Cóż, zgadzam się – złodziej to złodziej. Kradzież to kradzież. A pytanie o dzielenie włosa jest spóźnione, gdyż włos został już podzielony przez ustawodawcę. Naruszenie praw autorskich nie jest kradzieżą. I nie ma w tym – uprzedzając ewentualny zarzut – żadnej zabawy w słówka, a jedynie baczne zwracanie uwagi na sens przypisywany słowom zarówno w języku potocznym, jak i w jego prawnym rozszerzeniu. Sednem naruszenia praw autorskich jest korzystanie z utworu w sposób niezgodny z wolą podmiotu praw autorskich, a polegający zasadniczo na kopiowaniu utworu i rozpowszechnianiu go na warunkach, na które nie zgodził się rzeczony podmiot. Tego typu działanie, rzekomo naganne, nie implikuje dokonania zaboru utworu w celu przywłaszczenia. A bez takiego zaboru nie ma mowy o kradzieży. Wychodzi więc na to, że z takich czy innych powodów nie mogę panu pomóc w kradzieży Necronomiconu.

Burza przybrała na sile. Błyskawice rozdzierały niebo, pioruny szturmowały ulice i budynki, w parku dla dzieci zapaliło się drzewo. A ziemia – ziemia drżała.

Rozumiem, powiedział mężczyzna. Jeśli ma pan rację, panie Eubulaos, to zmarnowałem jedynie czas, przygotowując się do kradzieży Księgi Umarłych. W Polsce, dzięki obowiązującemu prawu, nie jest możliwe dokonanie kradzieży tekstu. Mógłbym spróbować gdzie indziej, w innych krajach, ale pewnie tam rzeczy mają się podobnie. Coś nie daje mi jednak spokoju. Powiedział pan, że nośnik utworu jest rzeczą ruchomą, a więc czymś, co – dzięki tutejszemu prawu – da się ukraść. Mogę więc ukraść nośnik Necronomiconu, czyli książkę, w której to bluźniercze dzieło zostało utrwalone. Tym samym, w pewnym sensie, ukradnę również sam Necronomicon, prawda?

Eubulaos wrócił za biurko i zanurzył dłoń w misce z oliwkami. Dopiero po chwili zauważył, że oliwki skurczyły się i sczerniały. Odłożył je na stół i wyciągnął z szuflady paczkę higienicznych chusteczek.

Cthulhu czuwa, rzucił.

Klient uśmiechnął się smutno.

Najwyraźniej. Ale nie odpowiedział pan na moje pytanie.

Eubulaos poczuł pod stopami drżenie. Podłoga zdawała się wibrować. Drgnęło nawet wielkie, zabytkowe biurko.

Cóż, na pierwszy rzut oka można by pomyśleć, że pańskie rozumowanie jest trafne, ciągnął detektyw. Uważam je jednak za błędne. Sytuację można rozpatrzyć z dwóch punktów widzenia. Najpierw z perspektywy tutejszego prawa. Otóż utwór, a tekst jest niewątpliwie utworem, może istnieć w wielu egzemplarzach. Tutejszy system prawny utożsamia egzemplarz utworu z materialnym nośnikiem utworu, z jakąś ruchomą rzeczą, w której utwór został utrwalony. Pańskie rozumowanie byłoby trafne, gdyby istniał tylko jeden – tak właśnie rozumiany – egzemplarz Necronomiconu. Wtedy kradnąc komuś nośnik Necronomiconu, ukradłby pan w pewnym sensie sam Necronomicon. Byłby to jednak czyn jedynie analogiczny do kradzieży, której istotę określa miłościwie nam panujące prawo karne. Nic ponadto.

Eubulaos zgarnął oliwki ze stołu i wrzucił je do kosza. Podłoga nadal wibrowała. Regały drżały przy ścianach. Ale rozmówca Eubulaosa nic sobie z tego nie robił. Na jego twarzy malował się bezbrzeżny spokój.

Po drugie, wieloinstancyjność tekstu można rozumieć też nieco inaczej. Mianowicie tak, że każda kopia tekstu utrwalonego zrazu w jakimś nośniku jest tekstem mającym tę samą treść, co tekst, powiedzmy, wyjściowy. Kolejne kopie tekstu wyjściowego są tekstami numerycznie od niego różnymi, bo zlokalizowanymi w innych nośnikach. Mimo to przyjmujemy, że każda kopia wyjściowego tekstu daje nam dostęp do jego treści.

Zdarzają się wyjątki, wtrącił nagle klient.

Słucham?

„Don Kichot” autorstwa Pierre’a Menarda. Napisany na początku XX wieku, dzieło takożsame z „Don Kichotem” Cervantesa, jego literacki homonim, tekst tak samo wyglądający, różniący się jednak od tego drugiego znaczeniem. Nie czytał pan?

Eubulaos uśmiechnął się zdawkowo.

Cervantesa tak, Mennarda nie.

Jest jeszcze pewne opowiadanie Cortazara, a dokładniej jedna z kopii oryginalnego tekstu.

Chodzi panu o „Zajęty dom”? – upewnił się detektyw.

Tak, słyszałem, że pewna kopia tego opowiadania zyskała świadomość i zdolność reinterpretowania znaczeń przypisywanych jej przez czytelników….

Eubulaos z trudem powstrzymał się przez zerknięciem na regał, na którym stał tomik opowiadań Cortazara.

Obiło mi się o uszy, rzekł. Ale ma pan rację. Zdarzają się wyjątki. Możliwe są homonimiczne teksty. Wyglądają tak samo, brzmią tak samo, ale różnią się znaczeniem, mają bowiem odmienną historię interpretacji, a tym samym odmienną sekwencję wpisywanych w nie sensów...

Zgrabnie pan to ujął, panie Eubulaos.

Cóż, dziękuję. Tak czy inaczej, mógłby pan ukraść nośnik jednej z takich kopii, a tym samym, w pewnym sensie, utrwaloną w nim kopię tekstu wyjściowego. Byłoby to jednak, w świetle obowiązującego w Polsce prawa, coś tylko analogicznego do kradzieży.

Rozumiem, mężczyzna pokiwał głową. Wszystko rozbija się o definicję kradzieży.

Eubulaos rozłożył ręce.

Niestety.

Złodziej wstał z krzesła i zaczął się przechadzać po pokoju.

Pozwoli więc pan, że zadowolę się czynem alogicznym do kradzieży – powiedział, gdy doszedł do okna. Otóż zamierzam ukraść – w znaczeniu, którego nie uwzględnia tutejsze prawo – jedną z kopii Necronomiconu, tekst numerycznie różny od wyjściowego, mający jednak ten sam sens. Co więcej, uważam, że może mi pan pomóc. Kopia, o której mówię, znajduje się w pewnej bibliotece. Wokół tej biblioteki kręci się świat, więc każdy kto w niej przebywa, znajduje się w centrum wydarzeń. Prawda?

Tak. W pewnym sensie.

Pańskie biuro znajduje się na terenie Biblioteki, zatem my obaj…

…również, dokończył Eubulaos. A potem powiedział:

Biblioteka znajduje się w wielu miejscach Ziemi, ale jest większa niż to, co ludzie nazywają światem, a co, tak naprawdę, ogranicza się do jednej planety. Zawsze dziwiło mnie to, że Cthulhu i inni Wielcy Przedwieczni upodobali sobie nasz, w gruncie rzeczy prowincjonalny świat na tyle, by starać się nim zawładnąć, ale nigdy, nie licząc ich szurniętych wyznawców, nie zainteresowali się Biblioteką.

Zatem zna pan Bibliotekę, stwierdził z zadowoleniem złodziej. I najpewniej wie, gdzie spoczywa interesująca mnie kopia Necronomiconu.

Wiem.

Doskonale. Zatem gdzie?

Wiem, że nie ma już jej w Bibliotece.

Mężczyzna otworzył usta, ale nic nie powiedział.

Napije się pan czegoś mocniejszego? – zapytał Eubulaos.

Słucham?

Coś mocniejszego. Na drogę. Whisky? Brandy? Wódka? – wymieniał detektyw, idąc do kuchni. Mam też piwo.

Na drogę dokąd?

W najlepszym razie w otchłań między gwiazdami... w najgorszym w otchłań gardzieli potomstwa Cthulhu…

Eubulaos minął lodówkę i zatrzymał się tuż przed ścianą. Wymacał sprytnie ukryty przełącznik i otworzył nim niewidoczne dla niewprawnego obserwatora drzwi. Złodziej wpadł do kuchni z wyrazem obłędu na kredowej twarzy. Zdążył ujrzeć plecy detektywa znikające w prostokątnym, ciemnym portalu, zanim ogromna, śluzowata macka zacisnęła się wokół kamienicy.

Eubulaos odetchnął, poczuwszy za plecami chłód ściany. Wokół było ciemno, więc wymacał włącznik światła. Korytarz prowadził w dół, ku sześciobocznej galerii, z niskimi balustradami i studnią wentylacyjną w środku. Dawno tutaj nie byłem, pomyślał Eubulaos, a potem spojrzał za siebie, na ścianę, za którą pewne rzeczy kończyły się definitywnie. Przypomniały mu się słowa pewnego pisarza. Wyszczerzył końskie zęby.

Cóż, to tylko kolejny koniec świata. Za tą myślą zszedł w głąb Biblioteki.

2 komentarze:

nameste pisze...

Co najmniej dwukrotnie w ostatnich tekstach użyłeś słowa "tańcować", wydaje mi się ono trochę niewłaściwe. (Samo dzisiejsze opowiadanie jak zwykle umyka mi w labiryntach znaczeń.)

Bartek (BD) pisze...

Faktycznie. Nie zauważyłem. Hm, może to archaizm. Dla mnie brzmiało ok, ale teraz, gdy zwróciłeś na to uwagę, brzmi nieco gorzej... :)