czwartek, 9 lutego 2012

Człowiek, który czytał fikcję

(Opowiadanie zostało zainspirowane genialnym "Object of worship" autorstwa Claude'a Lalumiera)

Kiedy wszedłem do salonu, ze stronic otwartej książki, wciąż pachnącej niemowlęcą obietnicą frapującej lektury, wyfrunął smok, załopotał skrzydłami, niezdarnie, jakby robił to pierwszy raz, a potem zatoczył krąg nad stołem, pierwszy, drugi, trzeci, obniżył lot i zawisł tuż nad książką, nad stronami ogołoconymi z liter. Mały smok, smoczątko wręcz, rozmiarów mniej więcej dwóch moich pięści, w całości zbudowane z wersów i akapitów, uformowanych w uskrzydlone jaszczurcze ciało, zakończony rogiem ogon i podłużny łeb o wielkich nozdrzach – tam, gdzie powinny być oczy, pod powiekami utkanymi z liter, błyszczały dwa czerwone punkty. Smok otworzył paszczę, zaskrzeczał i znad stołu poszybował ku podłodze, musnął ją szponami tylnych łap, tuż przed fotelem wzbił się w górę, na wysokości okna skręcił gwałtownie w prawo, przemknął nad szafą, regałem z książkami, telewizorem, aż wreszcie, obrzuciwszy mnie obojętnym spojrzeniem, wylądował na stole, wśród obrastających kurzem artefaktów – nieopodal laptopa, iPada, telefonu komórkowego, otwartej paczki prezerwatyw, kubka z zimną kawą, stosu niedawno nabytych książek i papierowej teczki, z której wystawał plik artykułów poświęconych zagadnieniu epistemicznej kolistości.

Chrząknąłem i usiadłem za stołem. Smok nie zwrócił na mnie uwagi. Pochylił się nad iPadem, zamrugał powiekami i, jakby doznawszy olśnienia, popukał w błyszczący ekran literkowym pazurem – gdy pojawiły się kolorowe ikonki, cofnął się o krok, zakołysał na tylnych łapach, w końcu, dodawszy sobie odwagi rykiem przypominającym pianie koguta, zbliżył się do tabletu. Pazurki poszły w ruch. Smok zatopił się w lekturze. Postanowiłem mu nie przeszkadzać i zaczekać, aż wróci do książki, dzięki czemu tworzące jego ciało literki zajmą swoje poprzednie miejsce, a ja będę mógł doczytać do końca opowiadanie o artyście, który postanowił pomalować smoka. Tymczasem mogłem zająć się czymś innym – dokończyć artykuł, poczytać newsy ze świata, powalczyć ze smokami w konsolowej wersji Skyrim. Nie przypuszczałem, aby literkowy smok mógł mieć coś przeciwko temu ostatniemu, ale gdy po uruchomieniu gry, zaraz za miastem Winterun, natknąłem się na ziejącą ogniem bestię o rozmiarach piętrowego domku jednorodzinnego, mój niecodzienny gość oderwał ślepia od ekranu iPada i wylądował na moim prawym ramieniu. Poczułem zapach siarki i literkowe szpony przebijające koszulkę i skórę. Dał mi wyraźnie do zrozumienia, że powinienem oszczędzić jego digitalnego pobratymca. Wyszedłem więc z gry i odłożyłem pad. Smok polizał mnie za uchem – język miał szorstki jak kot – i wrócił na stół, gdzie znów pochylił się nad iPadem.

*

Zaczęło się niewinnie. Od konfuzji i namysłu. Jakąś rolę odegrała też chęć poznania prawdy, a przynajmniej zamiar zdobycia odpowiedzi na pytanie, od którego – mimo ponawianych wysiłków – nie potrafiłem się uwolnić. Zdobycie właściwej odpowiedzi nie okazało się trudne. Przyniosło jednak rozczarowanie, spotęgowało wątpliwości. Nie byłem w stanie ich powstrzymać. Z dnia na dzień przybierały na wadze, aż w końcu, po dwóch-trzech tygodniach wypełnionych szarymi dniami i z trudem przespanymi nocami, eksplodowały załamaniem nerwowym.

Utraciłem wiarę.

Zanim nadszedł ten pamiętny poranek, kiedy w moje życie zakradła się kozacka pustka, której bała się nawet jej siostra bliźniaczka, Nicość, byłem czytelnikiem fikcji. Nie byle jakim czytelnikiem – wzorcowym! Czytałem więcej fikcji niż tekstów naukowych, filozoficznych, religijnych czy tzw. literatury faktu. Nie było dnia, abym nie przeczytał choćby strony zadrukowanej wersami jakiegoś opowiadania lub powieści. Czytałem przed pracą, w pracy i po pracy, podczas szkoleń, spotkań rodzinnych i rozmaitego sortu uroczystości, przed i po seksie (nie próbowałem jeszcze w trakcie, chociaż bywało i tak, że podczas igraszek z dziewczyną, pieszcząc językiem jej łechtaczkę, zaczynałem myśleć o przeczytanych niedawno opowiadaniach i powieściach, przywoływać z pamięci obrazy najsmakowitszych fragmentów, najzgrabniejszych zdań i innych tego rodzaju łakoci). Można chyba rzec, że fikcja odgrywała w moim życiu ogromną rolę. Większą niż bogowie, wartości, władza, pieniądze, związki, seks, używki i inne źródła treści, którymi zwierzęta z naszego gatunku meblują swoje życie.

Ale utraciłem wiarę, a z nią mą miłość do fikcji, do czerpanej z jej odmętów przyjemności.

Opowiedziałem o wszystkim przyjacielowi. Przyjaciel wysłuchał mnie cierpliwie – przy lampce wina, z fajką w ustach – i pokiwał głową. Ze zrozumieniem i współczuciem. Fachowo. Był w końcu detektywem. Od dwóch lat prywatnym. Pomagał mi w prowadzeniu spraw kilku moich klientów. Zbierał materiały mające świadczyć o ich – rzeczywistej lub tylko rzekomej – niewinności. Znał się na rzeczy. I był dyskretny oraz lojalny. Znajomość czysto zawodową przenieśliśmy po pewnym czasie na grunt towarzyski. Spotykaliśmy się dwa razy w miesiącu, zawsze w jakimś pubie, aby pogadać o różnych rzeczach, na ogół o tym, co nam aktualnie w duszy grało lub rzęziło. Tamtego wieczoru Eubulaosowi nic w duszy nie grało i nie rzęziło, za to w mojej – wręcz przeciwnie! – imprezowała Pustka Pustek.

Eubulaos przewrócił oczami, wyjął ustnik fajki z ust i powiedział: Pomogę ci. Znam odpowiednich ludzi. Możemy się z nimi spotkać jeszcze dzisiaj. Co ty na to? Zastanowiłem się nad tym, co mam do stracenia. Niewiele tego było. I chyba dlatego, wzruszywszy ramionami, przystałem na propozycję przyjaciela. Co to za ludzie? – zapytałem. Starzy znajomi, odparł, jeszcze z czasów, kiedy pracowałem w Bibliotece. Można na nich polegać. Pokiwałem głową. Znów ta Biblioteka, pomyślałem. Eubulaos twierdził, że zanim zaczął pracę w policji pracował jako bibliotekarz. W Bibliotece. Takiej przez duże „B”. Pewnego razu, gdy zdarzyło mu się wypić za dużo, napomknął, że wokół Biblioteki kręci się świat. Nie tylko ten jeden, nasz. Każdy świat. Próbowałem wówczas pomyśleć o implikacjach jego wyznania, ale byłem za bardzo pijany, aby dojść do jakichś sensownych wniosków. Później nie łamałem sobie nad tym głowy. Biblioteka, którą chełpił się Eubulaos, była jednym tych miejsc, które nie interesują się tobą, dopóki sam się nimi nie zainteresujesz, a jeśli to zrobisz, to, cóż, możesz być pewien, że w porównaniu z tym, co cię niebawem spotka, twoje dotychczasowe życie wyda ci się anielsko spokojne…

Ok, powiedziałem, ja płacę. Ty łap taksówkę. I zawołałem kelnerkę. Wyciągając telefon komórkowy, Eubulaos uśmiechnął się przebiegle, jakby za jego propozycją kryła się niespodzianka.

Z pubu pojechaliśmy żółto-czerwoną taksówką za miasto. To nie daleko, wyjaśnił Eubulaos, ale dojedziemy tam szybciej, jeśli zaśniesz. Pokiwałem głową. Cały Eubulaos. Tajemnice i zagwozdki. Mimo wszystko ufałem draniowi, więc przysnąłem. Gorący posiłek i pół butelki wina też zrobiły swoje. Kiedy się obudziłem, samochód stał na skraju jakiejś mieściny. Księżyc wyjrzał zza chmur, a że był w pełni, więc w jego wylewnym blasku dość wyraźnie ujrzałem piaszczystą ulicę i usytuowane po obu stronach koślawe domki z drewna. Gdzie jesteśmy? – zapytałem. Eubulaos chwycił za klamkę, ale zanim otworzył drzwi, powiedział: To stary plan filmowy. Gdzieś… nie istotne, gdzie. Nie przejmuj się. Ważne, że blisko stąd do Biblioteki. Moi znajomi już czekają.

Było zimno. Wiatr targał moim zamszowym płaszczem. Postawiłem kołnierz na sztorc i nasunąłem czapkę na uszy. Eubulaos – w szarym trenczu, przytrzymując kapelusz prawą ręką – pchnął mnie na tylne siedzenie. Zostań w samochodzie, powiedział. Wierz mi, że nie chcesz, aby Biblioteka okazała ci zainteresowanie. Ok., mruknąłem i zatrzasnąłem drzwi.

Taksówkarz włączył ogrzewanie i radio. Z głośników popłynęła jazzowa improwizacja. Trochę trwało, zanim Eubulaos stanął przed wejściem do jedynego budynku, z którego okien padało na zewnątrz światło. Zupełnie, jakby wiatr próbował uniemożliwić mu dojście do celu. Przed drzwiami czekało trzech mężczyzn. Wszyscy nosili kapelusze i długie płaszcze. Jeden z nich trzymał karabin maszynowy Thompsona. Eubulaos zdjął swój kapelusz i nachylił się ku najniższemu z nich, facetowi w beżowym płaszczu. Facet wyciągnął spod pachy jakąś książkę i wręczył ją detektywowi. Rozmawiali przez dwie-trzy minuty. Potem Eubulaos założył kapelusz, skinął głową i, odwróciwszy się na pięcie, pomaszerował do taksówki. Ruszyliśmy, gdy zajął miejsce obok kierowcy. Kiedy samochód zawracał, przednie światła omiotły przyglądających się nam gangsterów, a ja ujrzałem ich twarze jakby wyciosane z kamienia, szerokie, toporne, niezdolne do wyrażania innych emocji niż zadowolenie płynące z cudzego cierpienia.

Jezu, kim oni są? – zapytałem. To Bibliotekarze. Ich wygląd… - Eubulaos zawahał się - … jest wyglądem czasów wojny. Zmarszczyłem brwi. W Bibliotece toczy się wojna, wyjaśnił. O nic więcej pytaj, dobrze? Nie odpowiedziałem. Z głosu przyjaciela przebijała podszyta strachem troska.

Pojechaliśmy do mnie, na przedmieścia. Eubulaos rozgościł się w salonie. Znając alkoholową topografię mojego mieszkania, raz-dwa przygotował nam po drinku. Usiedliśmy w fotelach. Więc? – zapytałem. Eubulaos położył na kolanach książkę, którą wręczył mu gangster w beżowym płaszczu. Była ogromna, miała grube okładki, wykonane z marszczonej skóry, całe czarne. Wyglądała na starą. Powiedziałeś, że utraciłeś wiarę, zaczął Eubulaos. W jakim sensie? Łyknąłem drinka i odpowiedziałem:

Z ogromną jasnością ujrzałem, że pozostając czytelnikiem fikcji stoję przed niezbyt przyjemną alternatywą: zdania tworzące literackie teksty są albo prawdziwe, albo nieprawdziwe; jeśli nie są prawdziwe, to albo są fałszywe albo pozbawione wartości logicznej; jeśli są pozbawione logicznej wartości, to albo są sensowne, albo pozbawione sensu. Przemyślałem sprawę i dokonałem wyboru w zgodzie z moimi intuicjami i przekonaniami. W rezultacie przestałem wierzyć, że czytanie fikcji ma jakikolwiek sens. Na początku nie było mi z tym tak źle, jak teraz. Nie wierzyłem bowiem, że czytanie fikcji jest pozbawione sensu. Byłem sceptykiem. Później zacząłem jednak skłaniać się do tezy, że czytanie fikcji nie ma sensu. Żadnego. Dlatego przestałem ją czytać
.

Eubulaos podrapał się po skroni. Rozumiem, rzekł. Problem wydaje się jasny. Jeśli chcesz uwolnić się od Pustki Pustek, tej suki, przed którą drży ze strachu potężna Nicość, musisz odzyskać wiarę. A ta księga, popukał palcem w jej okładkę, może ci w tym pomóc.

Eubulaos mówił dalej. Słuchałem go w skupieniu, kiwając od czasu do czasu głową. Kiedy skończył, wiedziałem już, co powinienem zrobić, aby odzyskać dawne życie. Podziękowałem mu za pomoc i odprowadziłem do drzwi. Musiałem to zrobić sam. Wróciłem do salonu i spojrzałem na leżącą na stoliku książkę. Otworzyłem ją na właściwej stronie, przestudiowałem rysunki i zabrałem się do pracy. Godzinę później na środku pokoju wznosił się ołtarz. Położyłem na nim najcenniejsze książki z mojej kolekcji, oblałem je benzyną i podpaliłem. A potem padłem na kolana i zacząłem się modlić.

Nigdy nie uważałem się za człowieka religijnego. Prawdę mówiąc, bogowie nie obchodzili mnie zanadto. Nawet ci najpopularniejsi, jak niezliczone mutacje Boga, Allacha, Jehowy, Matki Natury, Gai, Wisznu, Brahmy i Siwy. Koło pióra latał mi nawet ten nieśmiały bóg, do którego modliły się osoby przekonane, że nazwy „Bóg”, „Allach”, „Jehowa" i im podobne odnoszą się, wbrew intencjom ich użytkowników, do jednego i tego samego indywiduum – do Złodzieja Mitów. Z mojej perspektywy byłem wzorcowym ateistą. Bogowie chadzali swoimi ścieżkami, niegdyś dość krwawymi, obecnie, od dwóch wieków, funkcjonowali ekumenicznie, na ogół nie wyściubiając nosa ze strefy swoich wpływów, chuchając i dmuchając na wyznawców, którzy praktykowali wiarę w warunkach bezprecedensowej wolności religijnej. Wolność religijna sprzyjała herezjom, herezje zaś owocowały kolejnymi mutacjami bogów. Zmultiplikowani bogowie byli słabi. Bardzo mi ten stan rzeczy odpowiadał.

Nie miałem jednak pojęcia, że byłem wyznawcą jednego z nich, że dzień w dzień oddawałem mu cześć, że go wielbiłem – przed pracą, w pracy i po pracy, podczas szkoleń, spotkań rodzinnych i rozmaitego sortu uroczystości, przed i po seksie, zawsze, gdy czytałem jakąś fikcję, a także podczas igraszek z dziewczyną, pieszcząc językiem jej łechtaczkę, gdy zaczynałem myśleć o przeczytanych niedawno opowiadaniach i powieściach, przywoływać z pamięci obrazy najsmakowitszych fragmentów, najzgrabniejszych zdań i innych tego rodzaju łakoci.

Byłem cichym kultystą.

Języki ognia strzelały pod sufit, salon wypełniał się szarym dymem, a ja się modliłem. Szczerze, chcąc uwolnić się od Pustki Pustek, największej suki wśród egzystencjalnych czarnych dziur. W końcu z moich oczu popłynęły łzy. Serce zabiło mocniej. Ogień zgasł. Z kłębów dymu wyłoniła się humanoidalna postać. Bez rysów, bez płci, cała szara. Zbliżyła się do mnie i ujęła mą twarz w dłonie pachnące spalonym papierem. Poczułem ciepło. Potem ulgę. Pustka Pustek czmychnęła, skowycząc. Ktoś zaśmiał się gardłowo. Może to jej siostra, Nicość, pomyślałem. Nieważne. Byłem uzdrowiony. Napełniony nowiutką wiarą. Wersją de luxe. Bóg Pustych Nazw i Niespełnionych Predykatów dał mi drugą szansę. W jego gładkiej twarzy pojawiły się usta. Dotknął nimi moich ust, wsunął między nie język i pocałował. Delikatnie, z wprawą, doskonale, jak przystało na boga. Napełniony tworzącym jego ciało dymem, padłem na kolana, otworzyłem na pierwszej stronie przygotowaną na tę okazję książkę i zacząłem czytać. To była moja modlitwa. Mój sposób na oddanie bogu tego, co boskie. Na nakarmienie go czcią.

Potem było już tylko lepiej.

*

Literkowy smok zasnął pomiędzy iPadem a stosem nowiutkich książek. Ściszyłem muzykę. Nie chciałem, aby ze snu wyrwał go gitarowy łomot. Usiadłem przed laptopem i napisałem pierwszy akapit:

„Kiedy wszedłem do salonu, ze stronic otwartej książki, wciąż pachnącej niemowlęcą obietnicą frapującej lektury, wyfrunął smok, załopotał skrzydłami, niezdarnie, jakby robił to pierwszy raz, a potem zatoczył krąg nad stołem, pierwszy, drugi, trzeci, obniżył lot i zawisł tuż nad książką, nad stronami ogołoconymi z liter”.

Po postawieniu kropki podreptałem do kuchni, z której wróciłem po pięciu minutach z kubkiem świeżej kawy. Smok wciąż spał. Uroczy maluch. Nie był pierwszym darem od Boga Pustych Nazw i Niespełnionych Predykatów.

W zeszłym tygodniu zostawiłem na stole plik kartek z opowiadaniem „Maltanek”. Gdy wróciłem z łazienki, zrelaksowany prysznicem, kartki były puste. Literki uformowały dwie kobiece sylwetki, każda wielkości mniej więcej mojej pięści. Matka i córka – domyśliłem się, znając treść „Maltanka”. Matka była brunetką, córka rudowłosa. Obie – piękne, seksowne i śmiertelnie niebezpieczne – parały się czarnoksięstwem. Czarowały oczami, dłońmi i zgrabnymi pupami. Nie miały w zwyczaju przegrywać. Wieczorem, gdy położyłem się do łóżka, literkowe wiedźmy wskoczyły na moją pierś i zaczęły między sobą szeptać. Nie podobało mi się to. Wiedziałem na co je stać. Nie chciałem skończyć tak jak Dashiell, protagonista „Maltanka”. Oczy – przysięgam! – zamknąłem tylko na moment. Obudził mnie pocałunek. I czyjaś dłoń wsunięta w moje bokserki. Uniosłem niemrawo powieki. Po lewej tuliła się do mnie brunetka, po prawej jej córka – rudowłosa Nancy. Wyglądały zwyczajnie, jak samice z naszego gatunku, z tą różnicą, że u każdej pod skórą przesuwały się korowody literek. Zadrżałem ze strachu i rozkoszy. Zręcznymi pieszczotami wciągały mnie w otchłań. Nie stawiałem oporu, nie licząc erekcji. Nancy pieprzyła się wybornie. Do ostatniej kropli potu – tak, jak napisałem w „Maltanku”. Jej bezimienna matka nie była gorsza. Nad ranem pościel pachniała ich potem i perfumami. Zerwałem się z łóżka i podszedłem do stołu – literki były na swoim miejscu, wersy i akapity również. Z porozrzucanych kartek spozierało na mnie opowiadanie.

Bogowie nagradzają swoich wyznawców. Nie mają dużych wymagań. W zamian za opiekę, błogosławieństwa i dary żądają jedynie czci. Żywią się nią. Tak jak psy karmą. Psy, skoro już o nich wspomniałem, lubią być drapane – za uszami, po karku, grzbiecie i brzuchu. Pies, którego drapie się tam, gdzie go swędzi, zacznie w końcu machać łapą. Bogowie na okazywaną im cześć reagują podobnie. W zamian sypią z rękawa darami. Może więc jutro, gdy się obudzę, przekonam się, że mój smoczy gość, osiągnąwszy odpowiednie rozmiary, czeka na mnie w ogrodzie, przygotowany do lotu, prężąc w blasku wschodzącego słońca srebrzyste skrzydła.

Teraz, kiedy siedzę przed laptopem z kubkiem stygnącej kawy w dłoniach, jedno jest pewne: nadal sypiam z wiedźmami. I jestem dłużnikiem Eubulaosa.




Obrazek z pierwszego akapitu należy do Domeny Publicznej i pochodzi stąd:

Sylwetka kolorowy dym przez Lebin Yuriy

4 komentarze:

M.Bizzare pisze...

Najbardziej mi się podoba początek i koniec, to ze smokiem i postaciami z literek. Środek jest fajny, nawiązanie do poprzedniego tekstu z Biblioteką fajne, ale trochę się dłuży, może przez wzniosłość tematyczno-filozoficzną.

A propos Biblioteki - wzmianki o wojnie zaciekawiły, będzie coś o tym jeszcze?

Dobre, podkreślające tematykę typu self-referential, użycie powtórzeń pewnych partii tekstu - naprawdę niezłe.

Bartek (BD) pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Bartek (BD) pisze...

Dzięki. Początek i koniec napisałem bez trudu, nad środkiem praca szła mi opornie, ciągle coś zmieniałem, to konkretne zdania i słowa, to koncepcję, wzniosłość nie była zamierzona. Pomysł na bóstwo jako coś o naturze domowego zwierzaka, np. psa, wziąłem od Claude Lalumiera, z jego opowiadania "Object of worship". Znajdziesz je tutaj:

http://chizinepub.com/media/objects/ObjectsOfWorship-Preview.pdf

O Bibliotece pewnie coś napiszę, o ile rozkminię, czy Biblioteka i Sierociniec (o poszukiwaniach którego opowiada "Sierociniec") są tym samym. :)

BTW, gratuluję publikacji w Niedobrych literkach. Niebawem przeczytam i dam w komentarzach znać, co i jak.

M.Bizzare pisze...

Przeczytałem "Objects of Worship" i wow... nic dziwnego, że cię zainspirowało, to naprawdę, naprawdę mocny tekst. Niby pomysł tak prosty, że każdy powinien na niego wpaść, a jakoś nikt w taki sposób nie wpadł. I bardzo ładnie --> w sumie dość szokująco podany.

Muszę wziąć autora na radar, zdecydowanie ;)