środa, 29 lutego 2012

Za garść zbawienia

(Niniejsze opowiadanie zostało opublikowane w Nowej Fantastyce 11/2011).


Kiedy rudowłosy mężczyzna, dosiadający konia o tarantowatej maści, wjeżdża pomiędzy pierwsze zabudowania, główna ulica Miasteczka Wszystkich Miasteczek jest jeszcze opustoszała. Jeździec mija drukarnię, sklep narzędziowy, aptekę i dom pogrzebowy o nazwie „Wielka Cisza”. Przed domem w trumnie opartej o ścianę leżą zwłoki mężczyzny; w szerokim czole umarlaka widnieje niewielki otwór, zapewne ślad po kuli. Zawieszona na dłoniach zmarłego tabliczka informuje, że pogrzeb Stanleya Burrowsa, złodziejaszka i oszusta, odbędzie się jutro w samo południe.

Rudzielec uśmiecha się pod nosem i drapie po porośniętej kępkami rudych włosów wąskiej szczęce. Zsiada z konia przed narożnym budynkiem, w którym mieści się salon fryzjerski. Zamiast golibrody w drzwiach pojawia się dziewczyna. Na widok nieznajomego cofa się o krok, wyraźnie speszona. Ubrana jest w szarobrązową marynarkę i zbliżoną kolorem spódnicę.

– Zawołaj ojca – mówi rudzielec i wchodzi do środka.

Dziewczyna, rumieniąc się, biegnie na piętro. Obcasy jej trzewików stukają na drewnianych schodach.

Chwilę później schodzi na dół posiwiały mężczyzna. Jest wysoki, barki ma jednak wąskie, sylwetkę zgarbioną, a spojrzenie zmęczone.

Przybysz siada na krześle postawionym przed lustrem.

– Golenie – mówi.

W milczeniu obserwuje, jak ojciec piegowatej blondynki zamyka drzwi, spogląda przez okno na ulicę, mruczy coś pod nosem. W końcu jednak zabiera się za przygotowanie narzędzi. Dzierżąc brzytwę i namydlony pędzel, staje z posępnym wyrazem twarzy za oparciem krzesła. Otwiera usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie tylko potrząsa głową i bez słowa przystępuje do golenia.

Kwadrans później rudzielec wpatruje się w swoją bezwłosą, cofniętą i znienawidzoną dolną szczękę.

– Nadal wynajmuje pan pokój na piętrze?

Golibroda sięga po pas ze skóry i zaczyna ostrzyć brzytwę.

–To zależy, kto pyta – odpowiada.

Rudowłosy rozpina płaszcz, odsłaniając skrzyżowane na piersiach pasy z nabojami, a także pewną błyskotkę, którą nosi wpiętą w kamizelkę.

– Widziałem pana w Kansas – mówi ojciec pieguski. – Bodajże przed trzema laty. Zabił pan tam sześciu mężczyzn. W biały dzień. Z jednego rewolweru.

– W słusznej sprawie czy w złej sprawie?

Golibroda chowa pas i brzytwę do szuflady. Wyciera ręce w ręcznik.

– Golenie kosztuje dolara. Pokój pięć dolarów na tydzień.

Rudzielec wręcza gospodarzowi należną kwotę. Pokój jest mały. Przez jedyne okno, obok którego stoi wielka, dwudrzwiowa szafa, widać podwórko ze studnią i położonym nieco dalej wychodkiem. Córka golibrody wywiesza pranie.

–Proszę, oto klucze.

Rudowłosy odbiera żelazne kółko z dwoma kluczami i siada na łóżku.

– Prześpię się – mówi. – Gdyby ktoś o mnie pytał, proszę głośno zapukać. Na pewno się obudzę.

– Kto miałby o pana pytać, panie Betel?

Gość uśmiecha się lekko.

– Zapamiętał pan moje nazwisko.

– Nie zapomina się osób, które strzelają tak jak pan. Mieszkam tutaj razem z córką, Molly. Już się poznaliście. Mam nadzieję, że pańska obecność nie sprawi nam kłopotów.

– Nawet najmniejszych.

Golibroda zamyka za sobą drzwi. Robert Betel wiesza płaszcz w szafie. Pasy z bronią kładzie obok łóżka – woli mieć je w zasięgu ręki. Wygląda przez okno, chcąc ponownie ujrzeć córkę gospodarza, ale podwórze jest już puste. Rozwieszonym na sznurze praniem targa wiatr.

Robert kładzie się w ubraniu. Myślami wraca do 26 października 1881 roku. Do Tombstone. Jednak nie jest mu dane zasnąć. Ze wspomnień wyrywa go dobiegający z parteru hałas. Zakłada pasy z rewolwerami i uchyla powoli drzwi. Golibroda rozmawia z jakimś mężczyzną. Po chwili do rozmowy włącza się kolejny. Robert wychwytuje trzy obce męskie głosy. Wszystkie wzburzone, nie szczędzące gróźb. Należące do ludzi, którzy nawykli do rechotania z cierpień swoich ofiar.

– Pamiętaj, głupcze! – mówi jakby warczał grubas z gwiazdą szeryfa w klapie marynarki. – Masz czas do piątku. Albo podpiszesz ten dokument, albo stracisz wszystko.

– Wszystko – podkreśla stojący z tyłu brunet z nosem boksera.

Dłonie golibrody drżą starczo.

– Obserwujemy Molly – rzuca kolejny z mężczyzn, przeraźliwie chudy blondyn o zezowatym spojrzeniu.

– Ładniutka jest. – Szeryf uśmiecha się paskudnie. – Ludzie ją lubią. Źle by się stało, gdyby spotkało ją coś złego, prawda?

Golibroda zaciska szczęki. Robert zauważa, że w rysach mężczyzny zachodzi subtelna przemiana. Postanawia wkroczyć.

– Co złego miałoby spotkać córkę pana Johnsona?

Mężczyźni wlepiają zaskoczone spojrzenia w Roberta. Twarz rudowłosego nabrała ostrych, drapieżnych rysów, policzki żłobią pionowe bruzdy. W oczach płonie ogień.

– Coś ty za jeden? – pyta brunet.

Robert odchyla prawą klapę marynarki.

– Prawo – odpowiada zwięźle.

Szeryf rozdziawia usta. Pozostali cofają się o krok.

– Bezwzględne prawo o celnym oku – kontynuuje Robert. – Lubiące zabijać. I to prawo mówi, że kiedyś, zanim było prawem, zabijało wszystko, co się rusza i na drzewo nie ucieka, i że chętnie znów zacznie to robić. Oczywiście, o ile ktoś da mu dobry powód. Tym razem żaden sąd nie upomni się o zabitych.

W pomieszczeniu zapada cisza cięższa niż ołów.

– To fałszywka – cedzi grubas przez zaciśnięte zęby. Z jego przekrwionych oczu bije wściekłość.

– Chcesz się przekonać?

W tym pytaniu, podpartym bezdennie pogardliwym grymasem Roberta, rozbrzmiewa obietnica masakry.

Tłuścioch zerka za siebie, szukając wsparcia u swoich ludzi, oni jednak unikają jego wzroku.

– Jeszcze tutaj wrócimy – mamrocze. – A ty – zwraca się do Roberta – uważaj na siebie.

Kiedy mężczyźni wychodzą na zewnątrz, Johnson opada na krzesło.

– Zabiją mnie i moją córkę…

– Zanim stąd odjadę, pańscy prześladowcy będą martwi.

Starzec przełyka ślinę.

–Jest pan aniołem śmierci zesłanym przez Boga?

–Kimś znacznie gorszym, panie Johnson. Jestem zagładą.

– Nie rozumiem…

– Powiedzmy, że wynajęli mnie dobrzy ludzie z waszego miasta mający dość bezprawnych rządów Sullivana O’Reilly’ego i jego braci.

– Dobrzy ludzie?

– Tak się przedstawili.

– Mijają wieki, upadają imperia, powstają nowe, postęp galopuje ku przyszłości, ufny, że gdzieś w jej meandrach znajdzie swój kres, a dobrzy ludzie nadal nie są oni dość dobrzy, aby uporać się ze złem w praworządny sposób. Zamiast tego najmują rewolwerowca podającego się za federalnego szeryfa.

– Chyba nie chciałby pan, aby najęli federalnego szeryfa podającego za rewolwerowca, co?

– Więc to tylko kawał blachy?

Robert wzrusza ramionami.

– Nie chcę, aby panu lub Molly przytrafiło się coś złego. Dlatego jeszcze dzisiaj, zanim zapadnie zmierzch, wyjedziecie z miasteczka.

– Ale…

– Ta kwestia nie podlega dyskusji.

– Dobrze – odpowiada golibroda. – Powiem Molly, aby zaczęła się pakować.

Robert staje na pierwszym stopniu schodów.

– Idę do pokoju – mówi przez ramię. – Kiedy się obudzę, macie być daleko stąd.

Johnson zostaje sam. Przeciera oczy. Wywiesza w oknie tabliczkę z napisem „ZAMKNIĘTE”. Następnie z karafką whisky i pustą szklanką wychodzi na podwórze. Z głośnym sapnięciem zalega w bujanym fotelu. Czuje, że musi się napić. Tak, to na pewno uspokoi moje nerwy, myśli. Po paru głębszych powtarza sobie pod nosem:

– Wszystko będzie dobrze…

Tymczasem Robert śni.

W jego śnie Doc Holliday – niegdyś nowojorski dentysta, później umierający na gruźlicę szybkostrzelny hazardzista, który swoje sumienie wypluł razem z płucami – klepie go po plecach, śmiejąc się gardłowo, a potem błyskawicznie sięga po rewolwer i strzela w głowę rozdygotanemu mężczyźnie, z którego twarzy nieco wcześniej zrobił krwawą miazgę.

– Oszczędzaj kule, Doc – mówi Wyatt Earp, stojący gdzieś z tyłu. – To jeszcze nie wszyscy.

Z oczu Roberta ciekną łzy.

Próbuje śnić o swojej córce. Przypomnieć sobie jej twarz. Śmiech.

Daremnie.

Śni jedynie o zabijaniu.


*

Do salonu „Eldorado” można dojść szeroką, piaszczystą drogą, pnącą się po łagodnie opadającym stoku albo przez most łączący wzgórze z głównym placem, przy którym stoją ratusz, sąd i publiczna łaźnia. Przed gmachem sądu ustawiono drewnianą scenę z szubienicą.

Robert Betel wybiera drogę przez most. Idzie powoli, stukając ostrogami. Z wnętrza salonu dobiega skoczna muzyka i rubaszny śpiew. Przed budynkiem kręci się kilku pijanych mężczyzn, wykrzykujących sprośności do stojących na balkonie prostytutek. Dziewczęta są ubrane w gorsety odsłaniające wszystko od sutków w górę. W blasku księżyca ich mocno umalowane twarze wyglądają jak oblicza podstarzałych lalek.

Właścicielem „Eldorado” jest Sullivan O’Reilly, żylasty Irlandczyk o niejednoznacznej reputacji. Robert zna jego historię. Marzenia, lęki. Atuty i słabości. I zamierza wykorzystać je wszystkie, aby tylko osiągnąć swój cel. Ten ostateczny, po którym żaden inny nie będzie miał racji bytu.

Robert wie, że gdy Sullivan przybył do Miasteczka Wszystkich Miasteczek, było ono kwitnącą siedzibą wszelkiego możliwego bezprawia. Podobno ten wysoki Irlandczyk o przeraźliwie bladej skórze dość rychło dał się poznać jako człowiek nieskory do zawierania kompromisów, odważny, potrafiący bez słowa skargi znosić porażki, a sukcesy, w odróżnieniu od rozwiązłych krewnych, świętujący z Biblią w dłoni, nie w burdelu. W Miasteczku Wszystkich Miasteczek otworzył sklep z narzędziami. Interes szedł dobrze, Sullivan jednak doszedł do wniosku, że pójdzie jeszcze lepiej, jeśli ktoś zlikwiduje utrudniające prowadzenie interesów bandy rzezimieszków i awanturników.

Odznaka szeryfa leżała na ziemi, każdy mógł ją podnieść i przypiąć, niewielu jednak chciało – dwóch poprzednich szeryfów zaraz po objęciu urzędu przyjęło śmiertelną dawkę ołowiu. Sullivanowi to nie przeszkadzało. Pierwszego człowieka zabił w wieku trzynastu lat, broniąc domu przed bandytami. Odtąd zabijanie nie sprawiało mu żadnych problemów. Strzelał szybko i celnie, sumienie kojąc wiarą w to, że kładzie trupem tylko tych grzeszników, którzy w oczach Pana zasłużyli na śmierć.

Sullivan pozostał szeryfem przez rok. Potem, za zgodą mieszkańców, powierzył tę funkcję najstarszemu z braci – Jackowi. Sam wrócił do prowadzenia sklepu z narzędziami, otworzył jeszcze firmę pocztową i niewielką, acz rozbudowywaną z roku na rok publiczną łaźnię. Po dwóch latach kupił ranczo, na którym rozpoczął bardzo dochodową, jak się wnet okazało, hodowlę lucerny, a także, do czego usilnie namawiali go przyjaciele i wspólnicy, zainwestował w kopalnię złota – najbardziej intratny interes w Miasteczku Wszystkich Miasteczek. Pieniądze zarobione na wydobyciu złota przeznaczył na budowę luksusowego hotelu.

Po upływie pięciu lat Sullivan O’Reilly był lokalną szarą eminencją, z której pozycją, siłą i zdaniem liczyły się wszystkie osoby sprawujące w okolicy jakąś władzę. Z burmistrzem na czele.

Tego wszystkiego Robert dowiedział się od swojego pracodawcy.

Natomiast od pana Johnsona usłyszał, że kiedyś – przed śmiercią ukochanego syna – żylasty Irlandczyk nie zgodziłby się na czerpanie dochodów z nierządu i hazardu, nie pozwoliłby również na przejmowanie przemocą działek innych poszukiwaczy złota oraz okolicznych farm, leżących na terenach, przez które miała przebiegać linia kolejowa. Niestety, stwierdził z żalem golibroda, niegdysiejszy kręgosłup moralny społeczności Miasteczka Wszystkich Miasteczek przemienił się w źródło zła. Zła, które kontrolował, na którym się bogacił, i w którym coraz bardziej się zakochiwał. Przestało mieć dla niego znaczenie to, kogo i dlaczego zabija, i o co tym sądzi Bóg.

Miało jednak dla pracodawcy Roberta.

O framugę dwuskrzydłowych drzwi opiera się żujący słomkę chudzielec. Wbija w Roberta zezowate spojrzenie i chrząka znacząco. Robert rozpoznaje w nim jednego z pomocników tłustego szeryfa, których widział przed południem w domu golibrody. Posyła mu paskudny uśmiech i wchodzi do środka.

Wewnątrz, pomiędzy długim kontuarem z ciemnego drewna a oknami stoją trzy rzędy okrągłych stolików, przy których w asyście roznegliżowanych dziewcząt siedzą rozmiłowani w tytoniu, alkoholu i hazardzie mężczyźni. Wśród podchmielonych samców o twarzach nabiegłych krwią przeważają właściciele i pracownicy pobliskich kopalni. Jest też dwóch rajców miejskich, w tym jeden niedawno owdowiały; tutejszy kowal, w alkoholu szukający schronienia przed wierzycielami; i pastor, na którego kościstych kolanach siedzi blondynek o buźce niedorozwiniętego cherubina. Na ścianach wiszą obrazy przedstawiające sceny z polowania na bizony oraz trzy okazałe jelenie poroża. Po lewej stronie kontuaru zaczynają się wiodące na piętro schody, pilnowane przez niedźwiedzich rozmiarów bruneta z płaską twarzą o szerokim, źle zrośniętym po złamaniu nosie. Ochroniarz łypie ponuro na gości.

– Sprawdzam! – wykrzykuje elegant siedzący obok kominka i odkrywa karty.

– Ty sukinsynu! – Zwalisty brodacz w mgnieniu oka zrywa się z krzesła z nożem wyjętym spod pazuchy.

Rozlega się wystrzał. Sekundę później mały dwulufowy pistolet znika w rękawie bordowej marynarki. Brodacz upada na blat sąsiedniego stolika, wokół którego stoją puste krzesła. Na podłogę lecą brudne szklanki i opróżniona butelka.

– To była samoobrona – stwierdza strojniś. – Wszyscy widzieli.

Nikt nie protestuje

– Zabiję cię! – cedzi olbrzym. Spod palców, którymi ściska prawe ramię, wypływa krew.

– Możliwe. Ale nie tutaj – odpowiada elegant. – Wyrzuć to bydlę – zwraca się do ochroniarza.

Brunet podnosi z podłogi nóż i wyrzuca awanturnika na zewnątrz.

– Muzyka – krzyczy podchmielony pianista i zaczyna grać. Na scenę wbiegają trzy dziewczyny – każda ubrana w obcisły gorset o barwie krwi, luźną, i pofalowaną sukienkę, czarne, siatkowane pończochy i sięgające za kostki trzewiki. Dwie zaczynają tańczyć, a najniższa, blondynka z mocno zaróżowionymi policzkami, śpiewać.

Robert podchodzi do kontuaru i woła barmana.

Kiedy ponownie spogląda na salę, zauważa, że zezowaty blondyn i ochroniarz wymieniają spojrzenia, po czym ten drugi podchodzi do mężczyzn grających w karty. Wyglądają na oprychów.

– Co podać? – pyta barman.

– Chcę wynająć pokój – odpowiada Robert.

– Dwa dolary za dobę.

– Dobrze.

Barman chowa pieniądze i wręcza mu klucz.

– Pierwsze piętro. Pokój na końcu korytarza.

Oprychy przyglądają się Robertowi. Szepczą między sobą. Jeden z nich wybucha śmiechem. Ochroniarz również się uśmiecha. Zezowaty blondyn wychodzi z salonu.

Robert wypija jeden kieliszek whisky. I czeka. Jego uwagę przykuwa starzec w koloratce, trzymający na kolanach chłopca.

– Co to za jeden? – zwraca się do barmana.

– Nasz pastor – odpowiada mężczyzna. – Oślepł w zeszłym roku.

– A ten dzieciak?

– To jego siostrzeniec. Sierota. Przychodzą tutaj codziennie, zawsze po zapadnięciu zmierzchu, aby modlić się do północy za dusze grzeszników.

Robert opróżnia jeszcze dwa kieliszki i postanawia się przejść.

Niebawem stwierdza, że ma towarzystwo. Oprychy z salonu idą za nim w pośpiechu. Domyśla się, że inni, razem z zezowatym blondynem, czekają na drugim wzgórzu, ukryci w krzakach. Zatrzymuje się w połowie mostu. Rozpina płaszcz, luzuje rewolwery w olstrach, nie po nie jednak sięga – jego dłoń zaciska się na zimnej rękojeści noża, którego ostrze ma dwanaście cali długości i półtora szerokości.

Potem znika prześladowcom z oczu.

Mężczyźni stają jak wryci.

– Do diabła… – syczy jeden z nich. Dostrzega, że deski mostu uginają się pod niewidzialnym ciężarem. Wyszarpuje rewolwer. I zgina się w pół pod wpływem silnego uderzenia w brzuch. Kolejny ze zbirów – krępy Meksykanin z blizną przecinająca wargi – strzela na oślep. Kula trafia wymiotującego bandytę w skroń. Gardło Meksykanina eksploduje krwią. Trzeci oprych rzuca się do ucieczki, jednak po przebiegnięciu pięciu metrów przewraca się o kamień. Zimne ostrze otwiera w jego szyi kanion.

Odgłosy walki podrywają mężczyzn czekających w krzakach na sąsiednim wzgórzu. Wbiegają na most. Na widok kamratów zabijanych przez niewidzialnego napastnika zaczynają strzelać. Chmura pocisków z sześciostrzałowców mknie w kierunku salonu. Niektóre przechodzą na wylot, kończąc swój lot w kontuarze, wśród butelek z alkoholem, w głowie chłopca siedzącego na kolanach rozmodlonego pastora, między bujnymi piersiami śpiewaczki, w plecach pianisty i w czole elegancika w bordowej marynarce.

– Kurwa! – krzyczy ochroniarz – Nie strzelajcie!

Kolty oprychów milkną. Wtedy pieśń o umieraniu z bronią w ręku podejmują inne rewolwery, też wyprodukowane w jednej z fabryk Samuela Colta. Dzierżone pewnie w zakrwawionych dłoniach wypluwają po cztery scalone naboje ze swych długich na trzysta pięć milimetrów luf. Po upiornym tańcu na moście zalega pięć ciał.

Robert wraca do salonu. Czuje na sobie przerażone spojrzenia.

– Gdyby ktoś o mnie pytał – mówi do bladego jak ściana ochroniarza – jestem na górze.

Deski schodów skrzypią mu pod butami.

– I pozostanę tam do końca – dodaje.

*

Pokój jest duży i pełen kurzu. Kurz jest wszędzie. Na podłodze, meblach i pościeli. Na ciężkich zasłonach, zwisających po obu stronach okna, z którego widać główną ulicę Miasteczka Wszystkich Miasteczek. Drobiny kurzu wirują w powietrzu, tuż nad twarzą Roberta leżącego w przestronnym łożu. Osiadają mu na ustach i dłoniach.

Nie zaryglował drzwi. Nie zasłonił okna. Po przekroczeniu progu płaszcz wrzucił do szafy, pasy z rewolwerami położył na szafce, zdjął buty, umył twarz w misce z wodą, ręce wytarł w dziurawy ręcznik i pogwizdując wesoło wyjrzał przez okno. Na zewnątrz trwało zamieszanie. Zbierali się mężczyźni. W większości uzbrojeni. Niektórzy wzięli ze sobą płonące pochodnie. Jakby był jakimś potworem.

Położył się i zaczął nasłuchiwać.

Biegali od drzwi do drzwi. Klnąc. Dysząc. Chichocząc nerwowo. Wielokrotnie sprawdzali wszystkie pokoje. Wszystkie z wyjątkiem tego, w którym się schronił. Błądzili, mimo że korytarz nie był długi. Po prawej i po lewej stronie miał po dwie pary drzwi. Niektórzy wchodzili do sąsiedniego pokoju, a wychodzili w zupełnie innym budynku. Pewien nieszczęśnik nakrył w ten sposób małżonkę na miłosnych igraszkach ze stolarzem. Wstrząśnięty widokiem ukochanej kobiety podrygującej pod bladym ciałem młodzieńca, u którego w zeszłym tygodniu zamówił stół do jadalni, pociągnął za spust.

Dwa razy.

Robert, ignorując panujący na zewnątrz chaos, gapi się w sufit i próbuje przypomnieć sobie twarz córki. Daremnie.

Zaciska pięści.

I siada na łóżku.

W oknie widzi swoje odbicie.

Brzydka gęba na tle turkusowego nieba. Oblicze mordercy i rozpustnika.

Może wydać się to dziwne, ale kiedyś był żonaty. Pomimo parszywej gęby i jeszcze gorszej przeszłości. Ewa w swojej podszytej miłością naiwności wierzyła, że małżeństwo i dziecko wyplenią z niego nawyki zabijaki. Myliła się okrutnie. Nawet miłość do córki, ogromna skądinąd, nie zmieniła Roberta na tyle, aby poczuł się dobrze w gęstwinie rodzinnych zobowiązań, z dala od traktu, salonu, kieliszka i ud sprzedajnej tancerki.

Wszystko zmieniło się, kiedy Alicja zachorowała. Zaprzyjaźniony lekarz powiedział, że to nieuleczalna choroba. Od następnych Robert usłyszał to samo. I stracił wszelką nadzieję. W jednej chwili, patrząc na zmagającą się z gorączką córkę, zrozumiał, że w obliczu cierpienia najbliższej mu osoby cała jego śmiercionośna tożsamość, zbudowana na koncepcie bezwzględnego człowieka od brudnej roboty, nie ma żadnego znaczenia.

Tylko Alicja nie straciła wiary. Pewnego wieczoru zawołała go do swojego pokoju. Kazała milczeć i słuchać. Więc milczał i słuchał. Kiedy skończyła mówić, w głowie Roberta kołatało się jedno pytanie. Zgodził się. Wbrew swoim wątpliwościom. Nie wiedział, że Alicja powiedziała mu najszczerszą prawdę.

Nazajutrz pojawił się on.

Drań.

Promieniał entuzjazmem i sypał obietnicami. Uwodził i miłował. Pod postacią drobnego mężczyzny o szarych oczach i mysich rysach twarzy.

Robert przystał na jego propozycję. Oczywiście, pod kilkoma warunkami. Drań tylko się uśmiechnął i dotrzymał słowa. Jak to Drań. I za to Robert, który Drania przecież nie kocha, jest mu wdzięczny.

Za nic więcej.

Wzdycha ciężko. Znów jest zmęczony. Najchętniej zamknąłby oczy i nigdy więcej się nie obudził. Ma jednak zobowiązania, od spełnienia których zależy los bliskich mu osób. Nie chce ich skrzywdzić. Nie tym razem. I dlatego nie może się wycofać.

Podchodzi do okna.

Turkusowe niebo nie jest ziemskie.

W ogóle nie jest.

Nie istnieje.

Mimo to Robert widzi je równie dobrze jak swoje dłonie. Ewie i Alicji spodobałyby się te kolory, myśli, i te ogromne stworzenia, szybujące pod zielono–fioletowymi chmurami, podobne do wielorybów. Wie, że znikające za horyzontem słońce zgasło dawno temu. Przed świtem ludzkości.

W czasach, kiedy Drań miał jeszcze jakiś wybór.

Następnego dnia Robert przystępuje do zabijania. Nie od razu jednak, dopiero po śniadaniu. Lista nazwisk jest bowiem długa, a on nie lubi zabijać o pustym brzuchu. Wybiera się do miasteczka. Nie przez salon. Chociaż mógłby. Wybiera inną drogę, mniej oczywistą. Przez korytarze na zapleczu dziejów. Kilka nieoczekiwanych zakrętów. I pojawia się w jadalni. Jest pusta. Głosy domowników dobiegają z innych pomieszczeń. Kobieta krząta się w kuchni. Woła dzieci. Robert nie zwleka. Zgarnia ze stołu miskę z gorącą kaszą. Trzy pajdy świeżego chleba. Dzban z wodą. I wraca tam, skąd przyszedł. Do krainy kurzu.

Zjada śniadanie. Potem czyści rewolwery. Sprawdza stan amunicji. Kiedy wyrusza na łowy, zegar wiszący na wieży ratusza wskazuje dziesiątą.

Odwiedza kolejno drukarnię, sklep narzędziowy, aptekę i dom pogrzebowy. W samo południe skreśla z listy, którą otrzymał od Drania, cztery nazwiska.

Godzinę później ktoś znajduje ciało drukarza. Potem kolejne. Miejscowy lekarz stwierdza, że każdą z ofiar zabito ostrym narzędziem, najprawdopodobniej nożem, i to tym samym, od którego zginęli wczoraj wieczorem trzej kowboje. Szeryf Jack klnie szpetnie i spluwa na podłogę. Wyraźnie zdenerwowany, przygląda się zwłokom leżącym na stole w gabinecie lekarza. Nie wie, że jest obserwowany przez Roberta, który stoi tuż za nim, na wyciągnięcie ręki, w sekretnym korytarzu biegnącym pod skórą tutejszej rzeczywistości.

– Musimy znaleźć tego sukinsyna! – krzyczy szeryf. – Bez względu na cenę!

– Ale nie mamy pewności, że to on… – wtrąca niepewnie jeden z jego zastępców. Łysy drągal ze szramą na czole.

– To on. Na pewno – odpowiada szeryf. – Czuję to.

Drągal spogląda na lekarza, drapie się po szyi i chrząka.

– Co znowu? – Jack posyła mu wrogie spojrzenie.

– Ludzie mówią, że to diabeł.

– Ludzie gówno wiedzą, głupcze.

– Zabici nie byli aniołami, szeryfie – nie ustępuje drągal.

– Wiem o tym lepiej niż ty. Co więcej, pracowali dla nas, i dlatego sądzę, że jesteśmy następni.

Drągal mruga raptownie powiekami.

– Jak to?

– Dwunastu zabitych w ciągu dwóch dni – stwierdza lekarz. – Wszyscy na garnuszku Sullivana. Mało prawdopodobne, aby to był przypadek.

Mężczyźni milczą.

– Przeszukaliście „Eldorado”? – pyta szeryf.

– Tak – odpowiada drągal. – Sprawdziliśmy wszystkie pomieszczenia. Bez skutku.

– Na pewno wszystkie?

Kiedy łysy zastępca marszczy brwi, szrama na jego czole układa się w błyskawicę.

– Wydaje mi się, że…

– Właśnie – przerywa mu szeryf. – Wydaje ci się. I mnie również. I ty, i ja, i pozostali, czujemy, że coś przeoczyliśmy. Że ten sukinsyn jest blisko, absurdalnie blisko, w miejscu, do którego nie możemy z jakiegoś powodu zajrzeć.

Robert chichocze po drugiej stronie lustra.

Tombstone.
Appaloosa.
Big Whiskey.
Harmonville.
Armadillo.
Deadwood.

W każdym miasteczku jest podobnie. Pierwszego dnia popisowa strzelanina. Nocleg w hotelu. Potem kilka dni poświęconych na wykreślenie wszystkich nazwisk. Wisienką na torcie jest zabicie osoby odpowiedzialnej za rozkręcenie spirali zła. W Miasteczku Wszystkich Miasteczek rola wisienki przypadła Sullivanowi.

Robert nie martwi się o swoje sumienie. Działa z polecenia Drania, więc żadne z dokonanych przez niego zabójstw nie jest morderstwem.

Wycofuje się do salonu. Przez resztę dnia drzemie w łóżku.

Wieczorem ulice Miasteczka Wszystkich Miasteczek są opustoszałe. W niewielu budynkach pali się światło. Można natknąć się na liczne dwuosobowe patrole. Ludzie szeryfa są nerwowi. W przewrażliwiony sposób reagują na wszystko, co wyda im się podejrzane. Obcy zostają zatrzymani, rozbrojeni i osadzeni w przepełnionym areszcie. Pajęczyna wzajemnych oskarżeń o współpracę z tajemniczym zabójcą oplata całą mieścinę.

Robert idzie przez zaplecze głównej ulicy. Skręca w prawo, w jeden z licznych zaułków i, nie opuszczając miejsca za kurtynami, zagłębia się w plątaninę drobnych uliczek, śmierdzących szczynami, śmieciami i psami. W pewnej chwili wychodzi na podwórze, otoczone zewsząd ciasno zbitymi domkami. Nieopodal studni jakiś mężczyzna szarpie się z kobietą. Robert mruży oczy i opuszcza zaplecze. Jego buty zapadają się w błotnistym podłożu.

– Ty suko! – krzyczy pijany drab i wznosi rękę, aby spoliczkować kobietę. Robert chwyta go za nadgarstek, odwraca twarzą do siebie i uderza czołem w nos. Krew zalewa brodę napastnika. Szybki prawy sierpowy rzuca go do tyłu, pijak przewraca się o zardzewiałe wiadro i zalega bez ruchu.

– Wszystko w porządku?

Kobieta, w której Robert rozpoznaje jedną z tancerek występujących ubiegłego wieczoru w „Eldorado”, spluwa na nieprzytomnego mężczyznę.

– Dziękuję – odpowiada.

– Czego on chciał?

– Tego, czego zwykle chcą tacy jak on od kobiet takich jak ja – Robertowi podoba się jej harde spojrzenie. – Tylko nie zamierzał za to zapłacić.

– Ja zapłacę – Robert wyjmuje z kieszeni zwitek banknotów. – Mam pieniądze.

Brunetka zagryza wargi. Chciwość walczy w niej z rozwagą.

– To ciebie szukają – stwierdza.

– Tak.

Przełyka ślinę.

– Podobno zabiłeś dzisiaj cztery osoby.

– To byli źli ludzie.

– Zabijasz też kobiety?

– Jeśli muszę. Nie bój się jednak. Twojego nazwiska nie ma na liście.

– Może być na niej nazwisko bliskiej mi osoby.

– Naprawdę?

– Nie – kobieta kręci głową. – Raczej nie. Jestem tutaj dopiero od trzech dni. Przejazdem.

Uśmiecha się promiennie.

– Gdzie to zrobimy? – pyta.

– Pójdziemy do mnie – odpowiada Robert i bierze ją pod ramię.

Kilka chwil później są już w jego pokoju. Prostytutka w osłupieniu spogląda na okno, za którym nie widzi Miasteczka Wszystkich Miasteczek, lecz fioletowe chmury żeglujące po turkusowym niebie. Między chmurami szybują gigantyczne stworzenia.

– Nie bój się – uspokaja ją Robert. – Tego świata już dawno nie ma. Patrzysz na wspomnienia Drania. Jak masz na imię?

– Denver.

– Ładnie.

– Kim jest Drań?

–To mój pracodawca.

– To on cię tutaj przysłał?

– Tak.

– Po co?

– Abym zakończył Grę.

– Jaką grę?

– Nie grę, lecz Grę. Drań w nią gra. I bardzo chce wygrać.

– Co się stanie, jeśli wygra?

– Wtedy dowie się, dlaczego został Draniem.

– Wybacz, ale nic z tego nie rozumiem.

Robert chwyta palcami brodę kobiety.

– Ja również – odpowiada i całuje ją w usta.

Pięć minut później Denver spogląda na niego z pogardą. Robert przywykł do takich spojrzeń.

– Masz rację, Denver, nie jestem ogierem.

Prostytutka marszczy brwi.

– Mam potwierdzić? – pyta. – Abyś mógł mnie spoliczkować?

– Nie. Po prostu zgadzam się z tym, co wyczytałem w twoich oczach. Cenię sobie szczerość.

– Odpoczniesz chwilę, a potem powtórzymy…

– Mam lepszy pomysł – odpowiada Robert i nurkuje między jej uda.

Wargi sromowe Denver są nabrzmiałe, wściekle różowe, długie. Robert wodzi wzdłuż nich językiem, muskając czubkiem stwardniałą łechtaczkę. Liże, ssie i przygryza. Nie przeszkadza mu dość przykry zapach. Sam przecież nie pachnie lepiej. Doprowadza Denver do orgazmu językiem i dwoma palcami. Uwielbia patrzeć na kobiece ciało przeszywane spazmami rozkoszy.

Przez resztę nocy głównie rozmawiają i piją wino, które Robert zabrał z apteki. Denver opowiada o sobie, swoim dzieciństwie w Montanie, surowych rodzicach, od których uciekła, gdy skończyła piętnaście lat. Snuje wspomnienia. Sypie anegdotami o byłych klientach. Nieśmiało napomyka o marzeniach. Rudzielec zatraca się w jej słowach. Na kilka godzin zapomina o Draniu i jego Grze.

Kochają się jeszcze dwa razy. Za każdym razem krótko. Ale język Roberta nie próżnuje. Przez moment Denver myśli, że mogłaby się zakochać w tym brzydkim, rudym mężczyźnie, tak bardzo zdystansowanym wobec swojej osoby i tożsamości zbudowanej na dziesiątkach nagrobków. Rychło jednak porzuca tę myśl jako złudną.

Żegnają się przed świtem.

Robert siada przy stole i rozmasowuje skronie. Twarz Alicji wciąż ukrywa się przed jego pamięcią. Kiedyś miał jej zdjęcie. Stracił je, gdy jeździł razem z Earpami. Podczas jednej ze strzelanin z ludźmi Clantonów, zasłonił Wyatta własną piersią. Kula nie tylko połamała mu żebra. Zniszczyła również czarnobiałe zdjęcie przedstawiające Alicję siedzącą na kucyku. Wyatt przeżył i pomścił śmierć swojego najmłodszego brata. Drań stwierdził, że dzięki temu zdobył miażdżącą przewagę w Grze. Nie chciał jednak odtworzyć zniszczonego zdjęcia. Zamiast tego powiedział:

– We właściwej chwili przypomnisz sobie twarz Alicji.

Jasne, myśli Robert, przypomnę sobie. Akurat. Dupek.

Wyciąga listę nazwisk. I porównuje postawione przy nich numery z tymi naniesionymi na mapkę Miasteczka Wszystkich Miasteczek. Ostatnie sześć pozycji z ponad trzydziestu: Fajardo i Bodalo Scarchilli, Baltazar Leone, Sergio Corbucci, Jack O’Reilly, Sullivan O’Reilly. Kolejność ma znaczenie. Nie tylko symboliczne. Musi się jej trzymać, jeśli Drań ma wygrać.

Po sutym śniadaniu – tym razem ukradł talerz jajecznicy na boczku – zabiera się za to, w czym jest najlepszy.

*

Następnego dnia John Lancaster budzi się pomiędzy dwoma Chinkami. Obie są bardzo młode albo tylko na takie wyglądają. Lilia, ta z dwoma pieprzykami na prawej piersi, ciut większej od niezbyt obfitej sąsiadki, mruczy przez sen. John nie wie, czy jego kochanki mają po czternaście lat czy też, wbrew temu co stwierdziła opiekująca się nimi burdelmama, tylko udają lolitki. Wczoraj wieczorem uznał, że nie potrafi tego rozstrzygnąć, zajął więc postawę sceptyczną wobec obu członów rozważanej przy kartach alternatywy, a po skończonej grze, dzięki której wzbogacił się o dwieście dolarów, szepnął zielonookiej burdelmamie, aby jeszcze dzisiaj sprowadziła mu obie dziewczyny. Dodał, że cena nie gra roli.

Nigdy nie grała.

Rozlega się pukanie do drzwi.

John uwalnia się z objęć śpiących dziewczyn i zdejmuje rygiel. Siada przy stole i, odciągnąwszy kurek rewolweru, mówi:

– Wejść!

Posłańca zbija z tropu jego nagość. Chudy wyrostek przestępuje z nogi na nogę. Wyraźnie widać, że nie może uwolnić spojrzenia od kolorowych tatuaży pokrywających ramiona, piersi i brzuch mężczyzny. Zaczyna coś mówić, ale jąka się, więc poirytowany John przerywa mu groźnym grymasem.

– Połóż telegram na stole i zmykaj – mówi.

Chłopak wykonuje jego polecenie i wychodzi, zamykając za sobą drzwi. John odkłada na bok broń i wyjmuje z koperty złożoną na pół kartę. Wiadomość jest krótka i klarowna. Jego twarz rozjaśnia szeroki uśmiech. Nareszcie, myśli i, nie budząc prostytutek, zaczyna się ubierać.

Wychodząc, obrzuca je nostalgicznym spojrzeniem. Kiedy się obudzą, zobaczą na stole zwitek banknotów. Dobrze się spisały.

Po śniadaniu John Lancaster kieruje swe kroki na dworzec. Idzie środkiem głównej ulicy, po błotnistym podłożu, mijając liczne kałuże, jednak dziwnym trafem jego elegancki strój pozostaje niezabrudzony. Mieszkańcy oglądają się za nim w milczeniu. W sercach kobiet pojawia się tęsknota, mężczyzn zaś przepełnia błoga ulga. Tylko jeden z nich staje mu na drodze.

– Szeryf Altman.

– John Lancaster.

– Wyjeżdżam szeryfie. Armadillo może odetchnąć.

– Aresztuję cię, Johnie Lancaster, za zabójstwo.

– To była samoobrona, szeryfie. Perkins wyzwał mnie na pojedynek.

– A ty go zastrzeliłeś. Zgodnie z prawem. Potem jednak zabiłeś jego żonę, syna i brata. Mam na to świadków.

Mieszkańcy spoglądają to na szeryfa, to znów na znacznie od niego młodszego Lancastera. Szeryf jest wysoki i szczupły. Nosi czarny garnitur i kapelusz. Podczas wojny służył w wojsku. Zna się na zabijaniu. I nie boi się śmierci. W porównaniu z nim Lancaster, ubrany w fioletowy garnitur, wygląda lalusiowato. W mankietach jego białej koszuli można dojrzeć złote spinki ozdobione maleńkimi diamencikami.

– Proszę to przemyśleć, szeryfie.

– Dlaczego to zrobiłeś, John? – szeryf kręci przecząco głową. – Dlaczego ich zabiłeś?

– Cóż, oni albo ja, szeryfie.

– Nie rozumiem.

– Żyję już bardzo długo. I nie zamierzam umierać.

– O czym ty mówisz, John?! Do diabła, zabiłeś niewinnych ludzi.

Szeryf Altman nie jest głupcem. Zna Johna Lancastera i zdaje sobie sprawę, że nie strzela ani celniej, ani szybciej niż ten nowojorski prawnik, który zwyciężył w dwunastu rewolwerowych pojedynkach. Żaden z jego przeciwników nie przeżył. Szeryf nie chce dołączyć do ich grona. Dlatego mówi:

– Wyzywam cię, Johnie Lancaster.

W anielsko niebieskich oczach rewolwerowca pojawia się nutka zainteresowania.

– Jak chcesz, szeryfie.

Huk wystrzału przetacza się nad główną ulicą Armadillo.

Szeryf podchodzi do Lancastera, który upadł na plecy. Z przestrzelonej szyi bawidamka tryska krew.

Niebawem do szeryfa dołącza jego zastępca, Bart, dotychczas ukrywający się na dachu pobliskiego sklepu. Bart przeładowuje strzelbę.

– Załatwiliśmy go! – krzyczy.

Lancaster z trudem łapie oddech. Próbuje coś powiedzieć, ale wydaje z siebie jedynie charkot.

– Dobić sukinsyna, szeryfie?

– Nie, Bart, niech cierpi.

Pięć minut później pociąg do Miasteczka Wszystkich Miasteczek odjeżdża bez Johna Lancastera. Rewolwerowiec zostaje pochowany jeszcze tego samego dnia na położonym za Armadillo cmentarzu. Ceremonia jest krótka. Biorą w niej udział cztery osoby – pastor, grabarz, szeryf Altman i jego zastępca. Wieczorem w salonach Armadillo świętują sami mężczyźni. Kobiety – za wyjątkiem prostytutek obsługujących świętujących mężczyzn – popłakują w domach.

Lilia i Róża, dwie szesnastoletnie Chinki, ocierają łzy i wznawiają kopanie. Noc jest bezksiężycowa. Zielonooka burdelmama, znana jako Madame Smith, stoi obok, opierając się o nagrobek. Blask bijący z trzymanej przez nią lampy naftowej omiata świeży grób. Dziewczyny pracują wytrwale. Bez słowa skargi. Może dlatego, że obie kochają Johna Lancastera. Ale jest coś jeszcze, coś, z czego Lancaster zdaje sobie sprawę dopiero w wagonie nocnego pociągu odjeżdżającego do Miasteczka Wszystkich Miasteczek. Gdy patrzy przez okno na obie prostytutki i Madame Smith, stojące na peronie i machające mu na pożegnanie. Gramy w tę samą grę, myśli John, i to po tej samej stronie. Rana na szyi zabliźniła się. Ból zelżał. Pozostał tylko słodkawy zapach rozkładu, ale i on wnet zniknie, pociesza się zabójca. Kochane dziewczyny. Jest im wdzięczny. Wciąż czuje smak wątroby, którą mu przyniosły. Jest pewien, że Bart, zastępca szeryfa, boleśnie odczuł jej brak.

Zamyka oczy. Musi odpocząć.

Rozlega się gwizd i pociąg rusza z miejsca.

*

– Ilu ich dzisiaj zabiłeś?

– Dwóch.

– Była wśród nich kobieta?

– Nie, Denver. Nie było.

Siedzą na plaży, nad brzegiem zielonkawego morza, pod turkusowym niebem. Na skraju wspomnień Drania. Oboje są nadzy. Oblepieni drobnym, brązowym piaskiem. Robert ukląkł za Denver i masuje jej ramiona. Plecy dziewczyny szpecą biegnące pod łopatkami blizny. Jest ich sześć, każda szeroka na dwa palce. Wyglądają na ślady po ranach zadanych pasem lub biczem.

Robert dotyka blizny nad pośladkami. Denver zaczyna drżeć. Jakby sam jego dotyk obudził w niej nieprzyjemne wspomnienia. Po plaży przesuwa się cień skrzydlatego wieloryba. Robert cofa palce. I całuje dziewczynę w szyję. Potem między łopatkami. Schodzi niżej. Jego usta skaczą z blizny na bliznę. Osiadają na nich równie delikatnie jak motyl na kwiatach. Denver zagryza usta. Opuszcza powieki, zatrzymując pod nimi obraz obcego nieba. Pozwala przewrócić się na plecy, rozszerzyć sobie uda. Wypina łono. Stopy przesuwa po piasku. Dłońmi przyciska głowę Roberta. Czuje jego język głęboko w sobie.

– Mogłabym zostać tutaj na zawsze – szepcze dziewczyna, a po jej twarzy przemyka cień skrzydlatej bestii.

Język Roberta zamiera na łechtaczce.

– Mogłabyś, Denver, ale nie zostaniesz.

– Dlaczego?

Rudzielec drapie się po nosie. Siada między nogami Denver i zwilża gardło wodą z manierki.

– Zaschło mi w gardle – wyjaśnia i podaje manierkę dziewczynie.

– Nie odpowiedziałeś na moje pytanie.

– To wszystko – Robert wskazuje dookoła ręką – jest tylko urzeczywistnionym fragmentem wspomnień Drania. Kopią miejsca, które przestało istnieć na długo przed naszymi narodzinami. Gdybyś popłynęła na północ, dotarłabyś na wyspę, na której znajduje się kopia rodzinnego miasta Drania. Obawiam się, że jego kompletnie nieludzka geometria doprowadziłaby cię do utraty zmysłów.

– Dobrze go znasz?

– Drania? – wzrok Roberta błądzi po horyzoncie. – Nie. Szczerze mówiąc, nie przepadam za nim. Jestem mu wdzięczny za to, co zrobił dla mojej rodziny. Ale to wszystko. Nie kocham go.

Denver opiera się na łokciach.

– Nie kochasz go? – pyta.

– Odpuść, Denver.

– Dokładnie to samo mówiła mi matka, gdy pytałam ją, czy możliwe jest inne życie niż to, które dla mnie wybrała.

– W końcu sama odpowiedziałaś sobie na to pytanie.

– To prawda. Później jednak niejeden raz tego żałowałam.

– Kiedy byłaś chłostana, też żałowałaś, że nie zostałaś w Montanie, nie wyszłaś za mąż i nie urodziłaś dzieci jakiemuś bogobojnemu farmerowi?

– Wtedy? – Denver uśmiecha się, marszcząc nosek. – Wyłam z bólu i bluźniłam. Później leżałam w malignie. Nie miałam czasu na myślenie.

– Za co cię ukarano?

– Za karciane oszustwa.

– Jesteś szulerką?

– Nie lubię takich pytań. Jesteś prostytutką? Szulerką? Złodziejką? Te słowa, ludzie zamykają cię w nich, jak zwierzę w klatce. Zakładają ogromną kłódkę, a kluczyk wyrzucają do morza. Jestem kimś więcej. Zawsze i wszędzie. Bez względu na to, co robię. Kiedyś, przez ponad dwa lata, żyłam z pewnym hazardzistą. Nauczył mnie swojego fachu. Razem ogrywaliśmy frajerów na szlaku wiodącym z Nevady do Utah. Potem Jim został zastrzelony przez pijanego kowboja. Zaczęłam działać na własną rękę. Na ogół grałam o pieniądze. Czasami jednak stawką była ciepła strawa lub dach nad głową. Bywało i tak, że zastawiałam swoje ciało i przegrywałam.

– W drodze na Zachód.

– Po marzenia.

– Dokąd teraz zmierzasz?

– Do Deadwood.

– Dlaczego tam?

– W Deadwood mieszka siostra Jima. Poza tym chcę zobaczyć grób Dzikiego Billa.

– Powinnaś wyjechać z Miasteczka Wszystkich Miasteczek jeszcze dzisiaj.

– Coś mi grozi?

– Niedługo zabiję Sullivana O’Reilly’ego. I jeśli wszystko pójdzie po myśli Drania, wtedy stanę przed dokonaniem wyboru. Nie chcę wskazać na ciebie. Nie zasługujesz na to. Nikt nie zasługuje. Wiąże się z tym niewyobrażalnie wiele cierpienia. Dlatego wyjedziesz. Dzisiaj. Gdy tylko wrócimy do „Eldorado”. Najpierw jednak…

– Co?

Robert klęka przy Denver i bierze ją na ręce.

– Zaufaj mi – mówi.

Morskie fale omywają nogi rudzielca. Palce dziewczyny wpijają się w jego ramiona. Na twarzy Denver pojawia się grymas bólu, gdy jej plecy zanurzają się w zimnej wodzie. Chwilę później ból ustępuje miejsca uldze. Denver czuje mrowienie w bliznach. Intensywna pieszczota zalewa od środka jej odmłodzone, pozbawione niedoskonałości ciało.

– Dlaczego to zrobiłeś, Robercie?

Mężczyzna wzrusza ramionami.

– Nie wiem – odpowiada.

Nic już więcej nie mówią. Wracają do „Eldorado”. Denver ubiera się w milczeniu, obserwowana przez Roberta. Za gorset wsuwa zwitek banknotów. Potem zakłada niebieską suknię.

– Dziękuję za wszystko – mówi.

Robert tylko się uśmiecha.

Żegnają się pocałunkiem.

Rudzielec zamyka za nią drzwi i wyjmuje listę nazwisk.

– Członkowie rady miejskiej – mruczy pod nosem. I zaczyna czyścić rewolwery.

*

W gabinecie Sullivana O’Reilly’ego trwa rozmowa.

Sullivan siedzi za biurkiem, na wygodnym fotelu, obitym ciemną skórą, i masuje skronie. Skórę na chudej twarzy o orlim nosie ma niemalże przeźroczystą, podszytą mrowiem powiększonych naczyń włosowatych. Siwe włosy zaczesał do tyłu i upiął w kucyk. Na długich i kościstych palcach nosi złote, wysadzane kolorowymi klejnotami pierścienie, kontrastujące mocno z pokrywającymi jego dłonie plamami wątrobowymi.

Baltazar Leone i Sergio Corbucci, najbardziej zaufani podwładni Sullivana, usiedli na fotelach rozstawionych po obu stronach biurka. Bracia Scarchilli spoczęli na krzesłach stojących obok kominka. Jack O’Reilly stanął za starszym bratem.

– …trzeciego dnia zabił Bregę, Elama, Strode’a i Mullocka, wszystkich moich zastępców. W czwartek przyszła kolej na Daniela i Johna O’Reillych, naszych braci. W piątek uśmiercił lekarza, burmistrza i połowę rady miejskiej. W sobotę wykończył wszystkich barmanów i pianistę. Sędziego zabił w niedzielę. Rezultat? Miasteczko Wszystkich Miasteczek opustoszało. Mieszkańcy spakowali swój dobytek i uciekli. Zostali tylko pijacy i żebracy.

– No, i my – dodaje po chwili Jack. – Już dawno zabilibyśmy sukinsyna, ale…

– Facet jest nieuchwytny – dopowiada Corbucci.

John Lancaster spogląda na ćmiącego cygaro mordercę, za którego głowę władze Salt Lake City zaoferowały dziesięć tysięcy dolarów. Corbucci jest łysiejącym tłuściochem, a John nie lubi tłuściochów. I myśli sobie, że dziesięć tysięcy dolarów to spora sumka. Zwłaszcza dla niedoszłego umrzyka. Uśmiecha się do Corbucciego. Znajdzie na to czas. Później.

–Wywróciliśmy miasto do góry nogami – dodaje grubas. – Ale nie znaleźliśmy skurczybyka.

– Ludzie plotkowali, że zabójcą jest sam diabeł – mówi Leone, niedźwiedzich rozmiarów brodacz, który w rodzimym Virginia City zasłynął z tego, że posługując się jedynie siekierą odesłał w zaświaty szeryfa i jego trzech zastępców. Później twierdził, iż zrobił to za garść dolarów uzbieranych przez prostytutki, których koleżankę zgwałcił i okaleczył szeryf.

– Bzdura – odzywa się John Lancaster. – Zabójcą jest człowiek, ale nie do końca taki, jak panowie. Bardziej taki jak ja.

– Co to ma znaczyć? – Jack marszczy brwi.

– Chociażby to, że znam zabójcę. Nazywa się Betel. Robert Betel. Jest rewolwerowcem. Całkiem dobrym.

– Nigdy o nim nie słyszałem – mówi Jack.

– Jeździł razem z Earpami. Już po strzelaninie w O.K. Corall. Rozstał się z nimi, kiedy bracia postanowili opuścić Arizonę.

– Domyśla się pan, dlaczego zaczął na nas polować? Chodzi mu o pieniądze? Zemstę? Interesy? Władzę? Prawo? – dopytuje się zniecierpliwiony szeryf.

– Raczej nie – odpowiada ostrożnie rewolwerowiec. – Robert Betel pracuje dla osoby, którą nazywa Draniem. Drań jest zaangażowany w tzw. Grę, w którą wciąga osoby nieświadome jej istnienia. Można powiedzieć, że dla Drania świat jest czymś w rodzaju szachownicy, a my, ludzie, pionkami.

– Co to za gra? – Sullivan odzywa się po raz pierwszy, odkąd Lancaster wszedł do jego gabinetu.

– Co ja mam z nią wspólnego?

– Cóż, po pierwsze, nie gra, lecz Gra – wyjaśnia Lancaster. – Po drugie, Gra toczy się na wszystkich kontynentach. I to od bardzo dawna. Nawet w tej chwili gdzieś ktoś w nią gra. Dla Drania. Bądź przeciw niemu. Nie znam jej zasad. Wiem jednak, że niedawno szala zwycięstwa przechyliła się na stronę Drania, w związku z czym jeśli Robert Betel zabije was wszystkich, i to w odpowiedniej kolejności, wtedy jego pracodawca wygra coś wyjątkowo cennego. Tak to mniej więcej działa.

– To bardzo ciekawe, panie Lancaster – mówi Sullivan bez cienia uśmiechu. – Wie pan, dlaczego rozmawiamy?

– Domyślam się.

– Rozmawiamy, gdyż Madame Smith, nasza wspólna znajoma, poinformowała mnie telegraficznie, iż jest pan w stanie zaradzić moim problemom. Znam Madame Smith dość długo, aby móc bez strachu zaufać jej zdaniu. Niestety, usłyszałem od pana przeuroczą historyjkę o Draniu i Grze, której wiarygodność w podłym świetle stawia moją dotychczasową opinię o Madame Smith. Wystawił pan złe świadectwo mojej przyjaciółce. Jestem z tego powodu bardzo smutny. Dlatego zadam panu jedno pytanie. Proszę dobrze się zastanowić nad odpowiedzią.

Sullivan milknie, wpatruje się przez chwilę w anielsko niebieskie oczy Lancastera, po czym mówi:

– Na co pan liczył, sprzedając nam bajeczkę o Draniu i Grze?

– Na to, że mi pan uwierzy i pozwoli działać – odpowiada bez wahania Lancaster.

– Naprawdę?

Bracia Scarchilli, jak zwykle milczący i posępni, stają za krzesłem, na którym siedzi Lancaster. Rewolwerowiec przełyka ślinę.

– Panie Sullivan – odpowiada, starając się zapomnieć o cuchnącej trupami reputacji obu braci. – Mogłem pana okłamać. Mogłem powiedzieć, że Robert Betel pracuje dla jednego z pańskich wrogów. Wtedy by pan uwierzył? Oczywiście, że nie. Zastanawiałby się pan, jaki mam interes w tym, że chcę panu pomóc.

Śmiech braci Scarchilli jest gardłowy. Leone i Corbucci wymieniają rozbawione spojrzenia.

Sullivan unosi brwi.

– Więc Drań nie jest moim wrogiem? – pyta.

– Drań chadza swoimi ścieżkami.

Sullivan uśmiecha się, odsłaniając pożółkłe, krzywe zęby.

– Wymijająca odpowiedź, panie Lancaster. Dlaczego chce pan mi pomóc?

John Lancaster rozpiera się na krześle.

– Chcę żyć, panie Sullivan. Tylko i aż tyle.

Jack O’Reilly wybucha gromkim śmiechem. Po chwili dołączają do niego bracia Scarchilli. Leone, chichocząc jak małe dziecko, ociera z twarzy łzy. Nawet Sullivan wydaje się być autentycznie rozbawiony.

– My również, panie Lancaster – odpowiada, zagłębiając się w fotelu. – My również.

Sullivan wyjmuje z drewnianego pudełka czarne cygaro, obcina jego końcówkę i zbliża do niej płonącą zapałkę. Zaciąga się dwa razy i wydmuchuje dym.

– Dobrze. Skorzystamy z pańskiej pomocy. Podobno ma pan dla nas niespodziankę.

– Zostawiłem ją na zewnątrz.

– Zatem chodźmy.

Mężczyźni wychodzą przed dom. Leone i Corbucci pierwsi. Potem Lancaster i bracia Scarchilli. Jack i Sullivan obserwują ich z balkonu.

– Spotkał się pan z naszym człowiekiem w pociągu? – pyta Leone.

– Tak – odpowiada Lancaster. – Wysiedliśmy w Providence. Po wszystkim Nero powiedział, abym na niego nie czekał. Był dość mocno wystraszony. Wygląda na to, że zdezerterował.

– Naprawdę? – Leone spluwa na ziemię.

Rewolwerowiec wzrusza ramionami.

Na podwórzu stoi wóz zaprzężony w dwa konie. Jego ładunek jest przykryty szarą płachtą. Lancaster chce podejść, aby ją zerwać, ale zostaje przytrzymany przez braci Scarchilli. Corbucci wsuwa pod płachtę lufę strzelby i unosi ją na tyle, że może zajrzeć pod spód. Płachta ląduje na ziemi. Dziewczyna i mężczyzna mają zakneblowane usta, ich ręce i nogi zostały skrępowane grubym sznurem.

Sullivan przechyla się przez barierkę i woła do Lancastera:

– Brawo! Jestem pod wrażeniem. Dla kogo pan pracuje?

Lancaster wsuwa do ust wyjętego ze srebrnej papierośnicy skręta.

– Dla Innego – odpowiada i przypomina sobie smak wątroby Nero.

*

Salon „Eldorado” płonie.

Robert siedzi na stołku, nad szklanką wypełnioną alkoholem o miedzianej barwie. Odbija się w szerokim lustrze wiszącym za barem. Za tło ma opustoszałą salę, której ściany trawią płomienie, i podwórze, na którym bracia Scarchilli wykrzykują jego imię. Ogień zmierza powoli w stronę kontuaru.

Robert kładzie na blacie kapelusz i ściera z czoła pot. Wypija whisky i odwraca się ku płomieniom. W powietrzu otwiera się przejście na zaplecze rzeczywistości. Rudzielec znika w pionowym rozcięciu o poszarpanych brzegach. Biegnie korytarzem, którego przeźroczyste ściany zasłaniają czerwone kurtyny, targane podmuchami wiatru wiejącego znad zielonkawego morza. Drzwi na końcu korytarza otwierają się na podwórze. Robert wyłania się za plecami Fajardo i Bodalo. Unosi rewolwery i strzela.

Potem cofa się w głąb korytarza, zatrzaskując za sobą drzwi. Przebiega pod jedną z kurtyn. W ścianie otwiera się kolejny korytarz. Nagle Robert przystaje. Nasłuchuje. Przez świst wiatru przebija się znajomy głos. Rewolwerowiec klnie. W korytarzu pojawia się Sergio Corbucci. Tłuścioch idzie powoli, rechocząc głośno. W dłoniach trzyma dwururkę.

– Nie możesz mnie zabić – ryczy. – Nie teraz.

Robert rzuca się na podłogę. Pociski przebijają powiewającą nad jego głową kurtynę. Rewolwerowiec zrywa się z miejsca i skręca w następny korytarz, ścigany śmiechem grubasa. Z naprzeciwka nadchodzi niedźwiedziej postury brodacz, wywijający nad głową ogromną siekierą.

– Z przyjemnością odrąbię ci łeb, Robercie Betel – krzyczy Baltazar Leone.

Robert nurkuje pod kolejną kurtyną. Tym razem przebija znajdującą się za nią ścianę i spada na plac przed ratuszem. Lądowanie jest twarde i bolesne. Robert siada, ciężko dysząc. Rozgląda się dookoła.

Przed drewnianym podium z szubienicą stoi jakiś mężczyzna. Ubrany jest w skórzaną kurtkę z frędzlami, niebieską koszulę, brązowe spodnie i wyszywane paciorkami mokasyny. Z jego ust zwisa fajka o wygiętym ustniku.

Robert wstaje chwiejnie. Mruży powieki. Za elegancko ubranym mężczyzną dostrzega Sullivana O’Reilly’ego. Stary Irlandczyk trzyma przed sobą zakneblowaną Molly. Ręce dziewczyny krępuje gruby sznur. Obok stoi szeryf Jack.

– Robert Betel – odzywa się elegancik.

– John Lancaster – odpowiada Robert.

– Pewnie sądziłeś, że to będzie prostsze.

– Gdzie jest pan Johnson?

Lancaster rzuca pod nogi Roberta szary worek przewiązany sznurkiem.

– Przekonałem go – mówi, chowając fajkę do kieszeni – aby podpisał umowę sprzedaży kopalni.

W anielskich oczach Lancastera pojawia się złowieszczy błysk.

Rudowłosy rewolwerowiec zerka na worek. Podnosi go ostrożnie na wysokość swoich oczu.

– Słyszałem, że świetnie strzelasz, Robercie – odzywa się Lancaster.

Robert rozplątuje sznurek. Bez słowa wpatruje się w głowę Johnsona.

– Szkopuł w tym, Robercie, że strzelam szybciej i celniej.

– Tak, to faktycznie problem – odpowiada ze spokojem Robert.

– Pojedynkuję się tylko z najlepszymi. Dbam o reputację. Ale najbardziej cenię sobie swoje życie.

Robert spluwa na ziemię.

– Tracimy czas – mówi. – Zaczynajmy.

Lancaster mruży oczy. Oblizuje wargi. Uśmiecha się lekko. Myśli o tym, co Róża i Lilia mają do całowania, ssania i lizania.

Robert strzepuje z policzka muchę. Zaciska szczęki.

Mężczyźni sięgają po rewolwery niemalże jednocześnie. W ich fachu istotne jest to „niemalże”. Pada strzał. Za chwilę drugi – spóźniony.

Robert zatacza się do tyłu. Czuje ogromny ból w brzuchu. Oczy zachodzą mu mgłą. Lancaster ponownie unosi rewolwer, odciąga kurek, celuje. Ale rudzielec nie słyszy już kolejnego wystrzału. Znika w utworzonym za plecami przejściu. Nie jest jednak bezpieczny. W Miasteczku Wszystkich Miasteczek otwierają się wszystkie portale wiodące na zaplecze rzeczywistości. Sullivan O’Reilly i jego zbiry ruszają w pościg, prowadzeni przez Johna Lancastera. Tupot ich nóg niesie się korytarzami.

Robert zaczyna kaszleć. Przewraca się na brzuch i omalże nie traci przytomności. Podnosi się z podłogi i, mimo bólu, biegnie dalej, odbijając się od ścian przesłoniętych miękkimi kurtynami. Zapach morskiej bryzy uderza w jego nozdrza. Srebrzysta błyskawica przeszywa turkusowe niebo, przesłonięte zielono–fioletowymi chmurami. Ciężkie krople uderzają o ramiona Roberta. Jego buty zanurzają się w brązowym piasku.

Robert spogląda za siebie i widzi ludzkie sylwetki. Coś uderza go w lewę ramię. Traci równowagę i upada na plecy. Padają kolejne strzały. Wokół jego nóg eksploduje piasek. Ostatkiem sił wczołguje się do wody. Zamyka oczy i poddaje się falom. Nagle robi się bardzo cicho. Jakby coś zassało powietrze. To już koniec, myśli. I wtedy przypomina sobie twarz córki.

*

Kiedy przedstawiła ich sobie Alicja, Drań wbił w Roberta nie znające wątpliwości spojrzenie. Nic nie powiedział, jedynie potrząsnął energicznie dłonią rewolwerowca, który nabrał pewności, że drobny, szarowłosy mężczyzna o eterycznych rysach twarzy taszczy w bebechach Stworzyciela.

– Nie wierzysz we mnie – oznajmił Drań i dodał: – Nic nie szkodzi. Mam to gdzieś.

– I dobrze – odparł Robert.

Rozmawiali na balkonie, spoglądając na śpiące w dolinie miasto. Alicja obserwowała ich z wnętrza pokoju.

– Znam takich jak ty, Robercie – powiedział Drań. – Nie wierzycie we mnie. Odmawiacie udziału w dramacie zbawienia i potępienia. Chcecie mieć po śmierci spokój. Rozumiem. I mogę wam ten upragniony spokój zapewnić. Jednak nie za darmo.

Robert wysłuchał propozycji Drania.

– Więc mam dla ciebie zabijać? – zapytał.

– Cóż, tak. To wszak robisz najlepiej.

– Z tym się zgodzę. Co do reszty…

– Zaczekaj. Wiem, co cię boli. Rozumiem. Naprawdę. Racja, jestem podmiotem wszechprzymiotników, tych możliwie największych superlatywów. Jestem jednak czymś więcej. Mianowicie, Tajemnicą. Dla was, oczywiście. Dobro zlecające zabójstwo? Miłość inicjująca ludobójstwo? Sprawiedliwość pozwalająca na niesprawiedliwą śmierć milionów? Czujesz ciarki na plecach? Mrowienie w brzuchu? Zapewniam cię, że nie ma w tym żadnej sprzeczności, żadnego paradoksu, tylko Tajemnica, największa z możliwych. Zagwozdka, jakich mało. Za krótcy jesteście, aby ją rozwikłać. Dam ci jednak małą podpowiedź, chociaż i na nią za krótki jesteś.

– Słucham.

– Pamiętam pewną amalekicką rodzinę. Zostali zabici w czasach Jozuego przez czterech wiernych mi Hebrajczyków. Mężczyźnie poderżnęli gardło. Jego córce rozbili głowę kamiennym młotem. Żonie, która zdołała wybiec przed dom, wbili w brzuch nóż. Ostrze przebiło macicę i rozcięło pępowinę. Minęło twarz sześciomiesięcznego płodu o cal. Zabili tych ludzi nie z nienawiści, nie dla korzyści własnej, ale po to, aby wypełnić mój rozkaz. Zabijając tę rodzinę w tym właśnie celu, nie uczynili niczego złego. Wręcz przeciwnie. Człowiek zlecający zabójstwo nie może być dobry. Ja przeciwnie. Bo ludzka dobroć jest tylko cieniem mojej dobroci. Oto cały ja, Robercie, twój nowy pracodawca.

– Rozumiem.

– Nie, nie rozumiesz.

– Nie zgodziłem się jeszcze na współpracę.

– Ależ tak, zgodziłeś się, jak najbardziej, i to przed chwilą... w myślach.

Drań zaproponował cud. Robert postanowił wynegocjować coś więcej.

– Alicja ma nie tylko wyzdrowieć – powiedział. – Niech przeżyje swoje życie szczęśliwie, tak po ludzku szczęśliwie, nie pamiętając, że to ty ją uleczyłeś. Ma mieć dobrego męża, wspaniałe dzieci i lekką śmierć, a po niej zostać zbawiona.

– A twoja żona?

– Ewa pozna innego mężczyznę, dobrego, takiego, który ją pokocha i będzie jej wierny aż po grób. Niech żyją szczęśliwie do końca swych dni. W dostatku. Kochani przez dzieci. Szanowani przez sąsiadów. Zbawienie dorzuć gratisowo.

– Załatwione. Jeśli kiedykolwiek wycofasz się z naszej umowy, urządzę twojej rodzinie piekło. Zgadzasz się?

– Nie wycofam się.

Po rozmowie z Draniem Robert wrócił do Alicji. Córka już spała. Nakrył ją kołdrą i pocałował w czoło. Potem zszedł na dół i powiedział żonie, że odchodzi.

*

Ból minął. Wysoko, ponad grubą otuliną z morskiej wody, tańcują błyskawice, zalewając turkusowe niebo srebrzystym blaskiem. Robert unosi powieki. Sól szczypie go w gałki. Usta ma zaciśnięte. W płucach zapas powietrza. Zaciska palce na kolbach rewolwerów. Słyszy jakieś przytłumione głosy. Wie, że ma tylko jedną szansę. Liczy do trzech i wyłania się z wody, unosząc ręce.

Strzela raz za razem.

W powietrzu wykwitają obłoczki włosów, skóry i kawałków czaszki. Jedna z kul trafia Lancastera w mostek. Siła uderzenia jest tak duża, że rewolwerowiec ląduje na plecach. Próbuje się podźwignąć, ale eksplozja bólu przyszpila go do ziemi.

Leone, Corbucci, Jack i Sullivan umierają we właściwej kolejności.

Zapada cisza.

Robert podchodzi do Molly i wyjmuje z jej ust knebel. Nożem przecina więzy.

– Gdzie my jesteśmy? – pyta dziewczyna, rozmasowując nadgarstki.

– We wspomnieniach Drania.

– Kim jest Drań?

– Dawno temu, w zupełnie innym świecie, zanim został bogiem, należał do gatunku istot tyleż cudownych, co, w swej cudowności, przerażających. Istoty te potrafiły przekształcać sny w rzeczywistość, a rzeczywistość w sny. Pewnego dnia Drań obudził się tylko po to, by stwierdzić, że jest jedyną osobą, która przetrwała apokalipsę. Jego ludu nie uratowały ani sny, ani wieloosobowe bóstwo, któremu oddawali cześć. Pojawił się Inny – istota stworzona przez Boga Wszystkich Bogów, najuczciwszy sukinsyn, jakiego kiedykolwiek Drań spotkał. Wyjaśnił mu, co się stało i przygotował na to, co miało nastąpić. Następnie zmienił Drania w jednego z wielu możliwych bogów, przedstawił mu reguły Gry i warunki zwycięstwa.

– Gry?

– Założenia Gry są proste, a przynajmniej na takie wyglądają: projektujesz historiozofię zbawienia, a potem stwarzasz świat i gatunek wybrańców, rozpoczynając tym samym rozgrywkę, w której twoim przeciwnikiem jest Inny. Grasz o zbawienie – istot z gatunku wybrańców. Nade wszystko jednak o zbawienie samego siebie. O wyrwanie się z granic świata – więzienia, w którym zostałeś zamknięty. Jeśli wygrasz, poznasz sens gry. Nie tylko tej jednej, w którą byłeś zaangażowany, ale wszystkich, sens całego cyklu gier. Dowiesz się, kto i dlaczego rozpoczął Historiozofię Wszystkich Historiozofii. Poznasz Boga Wszystkich Bogów.

– I to wszystko?

– Tak.

– Ta Gra… Znasz jej reguły?

– Gra jest pojmowalna jedynie dla kogoś takiego jak Drań lub Inny. Nawet zbawieni nie zrozumieją jej reguł.

Molly rozgląda się dookoła. Wodzi wzrokiem za wielorybią bestią przelatującą nad plażą. Potem podchodzi do Lancastera. Otrzepuje z piasku upuszczony przez niego rewolwer.

– To za ojca, skurwielu – mówi, odciągając kurek.

Kula przebija udo. Lancaster wrzeszczy. Usta ma pełne krwi i piachu. Jego oczy łzawią. Ze zdruzgotanego mostku, napierającego na płuca, rozchodzą się co kilka sekund fale obezwładniającego bólu. Molly strzela ponowie. Drugie udo eksploduje krwią i kawałkami kości. Palec dziewczyny znów muska spust. Wkrótce wszystkie komory bębenka zostają opróżnione.

– I co teraz? – pyta Molly.

– Teraz – odpowiada Robert, spoglądając na horyzont – muszę dokonać wyboru.

*

Świat stworzony przez Drania jeszcze istnieje, ale jego kres pozostaje kwestią kilku najbliższych dni. Na razie Inny obserwuje nagą dziewczynę brodzącą w jasnoniebieskiej wodzie. Znów odgrywa rolę nauczyciela. Uczennicę ma pojętną. Będzie z niej dobra bogini.

Zbliża się południe. Z bezchmurnego nieba spływa żar. Blade piersi Molly kołyszą się rozkosznie. Wcielenie Innego dostaje erekcji. Dziewczyna wie, że obserwująca ją z brzegu istota nie jest człowiekiem.

Molly uśmiecha się promiennie, obmywa brzuch i krocze wodą. Następnie robi to, co pokazał jej Inny. W rezultacie błękit nieba zasnuwają ciemne chmury, a na horyzoncie pojawia się rosnąca z minuty na minutę fala. Kiedy tsunami, osiągnąwszy wysokość czterystu metrów, zbliża się na odległość kilometra do wysepki, Molly pstryka palcami i wodnisty kolos o szerokości pięćdziesięciu kilometrów zastyga w bezruchu.

Inny bije brawo. Potem się kochają. Na plaży. Gwałtownie i brutalnie. Z ruchów Molly przebija gniew, podsycany nienawiścią. Dziewczyna myśli już przede wszystkim o wygranej. O tym, co nastąpi potem. O zemście. Za śmierć ojca. Za bycie nieświadomym swojego statusu pionem w grze, w której udział nie jest dobrowolny.

Inny rozumie jej gniew. I zdaje sobie sprawę, że będzie on jeszcze większy. I to już niedługo.

Dziewczyna wygina się w łuk, palce wbija w ramiona kochanka, raniąc jego skórę, on przyciąga ją do siebie, rozgniata jej piersi na swoich, gryzie w szyję, ona rzęzi targana spazmami rozkoszy, a on gryzie ją jeszcze mocniej, aż do krwi, a potem zdradza jej sekret.

Molly dowiaduje się, że każdy bóg nosi w sobie niebo i piekło. Odchodząc, zabiera dusze tych, którzy zasłużyli na zbawienie. Natomiast zaczynając grę, przyjmuje dusze potępieńców swojego poprzednika. I nie może ulżyć im w cierpieniu.

Wśród piekielników jest jej ojciec.

Przyszła bogini zaczyna płakać.

W pewnej chwili pstryka palcami.

Brak komentarzy: