sobota, 31 marca 2012

Mnich

(Opublikowałem "Mnicha" ponownie, ponieważ omyłkowo usunąłem poprzednią wersję.)

W 1545 roku mnich Alden nie spłonął na stosie. Nie dlatego, że został uniewinniony bądź uciekł. Powód tej swoistej porażki jest bardziej prozaiczny. Nie było bowiem wówczas żadnego Aldena, który byłby mnichem. Nie było i już. Rzeczywistość trzymała się mocno.

Wszystko zmieniło się czterysta pięćdziesiąt sześć lat później.

W 2001 roku heavymetalowy Mystic Prophecy nagrywa debiutancki album pt. „Vengeance”. Dziesięć hałaśliwych utworów opowiada o mnichu Aldenie, którego w 1545 roku oskarżono o czczenie diabła, a następnie skazano na karę śmierci przez spalenie na stosie. Płyta trafia do sklepów. Sprzedaje się nieźle. Mimo że zawiera niszową muzykę.

Wskazane fakty nie przeszkadzają Pascalowi napomknąć w rozmowie z Arnauldem, uczonym z opactwa Port-Royal, o mnichu straconym w 1545 roku za czarnoksięstwo. Pascal rozmawia z przyjacielem w 1646 roku, na dziesięć lat przed napisaniem listów, które złożą się na Prowincjałki. Mnich Alden nie żyje od stu jeden lat. Tak utrzymuje Arnauld, niezbyt zresztą zainteresowany tematem podjętym przez genialnego matematyka (Arnaulda, gorliwego jansenistę - a zarazem nie mniej gorliwego logika - zaprząta teologiczny konflikt z jezuitami; stawką jest władza). Pascal powołuje się na relację anonimowego mnicha, który był świadkiem śmierci Aldena. Wynika z niej, że Alden, przekląwszy oprawców, zaprzedał swą duszę czterem diablętom albo aniołom. Świadek nie ma pewności. Pewne jest za to coś innego: stos zapłonął. Alden wrzeszczał. Nie odwołał swoich zeznań. Do końca twierdził, że jest niewinny. Umierając, przeklął swych oprawców. Do tego momentu relacja świadka zgadza się z „Vengeance”. Anonimowy mnich nie wspomina jednak o tym, że śmierć nie powstrzymała Aldena przed dokonaniem zemsty.

W 2003 wychodzi „Regressus”. Alden otwiera oczy w 1555 roku. Znów jest żywy. I znów myśli tylko o jednym. Mści się przez dwanaście utworów. W przeszłości zajmuje mu to kilka lat. Alden ma czas. Mnóstwo czasu. Morduje winnych swej śmierci bez litości. Na zimno. Nie stroniąc od teatralnych gestów i gotyckiej scenerii. Przeszłość stopniowo dopasowuje się do przyszłości. Do nadchodzących z niej zmian.

Na wydanym rok później „Never Ending” okazuje się, że Bóg podarował Aldenowi nieśmiertelność. Jest rok 1610. Alden siedzi w zamtuzie, na krawędzi łóżka, rudowłosa prostytutka masuje mu ramiona, a on, zmęczony, tak bardzo zmęczony, spogląda w lustro i rozpoznaje w swoim odbiciu twarz legionisty, który przebił włócznią bok mesjasza. Nie może pozbyć się wrażenia, że odzyskał zapomnianą tożsamość. Z rozbawieniem stwierdza, że nie ma dla niego odkupienia. Nigdy nie było. I nie będzie. Alden zamyka oczy i zbliża usta do piersi rudowłosej.

Przeszłość dogania przyszłość. Z ksiąg znikają informacje o nawróceniu Longinusa. Wkrótce Kościół traci jednego ze swoich świętych. Wszystko odbywa się w sekrecie.

Pomiędzy czerwcem a listopadem 1711 roku Malebranche zanotuje na marginesie jednej ze swoich notatek (zawierających w zamyśle coraz doskonalsze argumenty na rzecz okazjonalizmu), że gdy Alden odkrył swoją tożsamość, prawdopodobnie nie było z nim żadnej prostytutki. Wiele lat później Schopenhauer zauważy z przekąsem, iż Malebranche nie mógł pogodzić się z wizją Boga całującego cudzymi ustami kobiecą pierś, wizją tak oczywistą w okazjonalistycznym modelu świata, jak wizja Boga przybijającego cudzymi rękami swojego Syna do krzyża.

Mystic Prophecy, pomimo zawieruch ze składem, wydaje kolejne albumy. „Savage Souls” w 2006, „Satanic Curses” rok później. W 2009 ukazuje się „Fireangel”. Alden pojawia się i znika. Jest upadłym alefem. Czymś w rodzaju soczewki skupiającej wszelkie oblicza piekła, w którym – dzięki takim a nie innym tekstom zespołu – bywa dość często. Alden poznaje Kartezjusza. Razem siedzą przy kominku. Wymieniają się wątpliwościami. Mnich podsuwa filozofowi koncept złośliwego demona. Kartezjusz jest zachwycony. W opactwie Port-Royal Alden mija się z Pascalem. Matematyk rozmawia z Arnauldem. Napomyka o mnichu straconym w 1545 za czarnoksięstwo. Aldenowi wydaje się, że słyszy swoje imię. Potrząsa jednak głową i idzie dalej, zostawiając uczonych mężów własnemu losowi.

Alden wędruje poprzez dzieje. Pod prąd rzeki czasu. W XIX wieku ktoś opowiada mu o Malebranche’u. Mnich czyta dzieła okazjonalistów i odkrywa, że generowanie myśli o treściach zakładających okazjonalizm przychodzi mu z łatwością. Razem z Schopenhauerem rozmyśla o Bogu obejmującym męskimi ustami kobiecy sutek. O Bogu przebijającym włócznią bok Chrystusa. O Bogu, dla którego jest tylko bądź aż (nie ma pewności, co właściwsze) marionetką. Przeraża go ta metafizyka. Więc zapomina o niej, a Schopenhauerowi, który nazywa ten gest tchórzliwym, rozbija nos. Schopenhauer nie wspomina odtąd o Aldenie i Malebranche’u. Rzuca się w wir pracy nad swoim opus magnum.

Alden otwiera oczy w 2011 roku. Wciąż jest nieśmiertelny. Uczy się nowego świata. Ma doskonałą pamięć. Kataloguje w niej zmarłe światy. I duchy ludzi, który kochał albo nienawidził. Pewnej nocy, w jednym z barów wielkiego miasta, opowiada rudowłosej barmance o człowieku, którym był w XVI wieku, zanim wrogowie oskarżyli go o czarnoksięstwo.

– To zabawne – mówi dziewczyna i podaje mu czytnik. – Nosisz takie samo imię, jak ten mnich.

Alden zerka na tytuł i pierwszy akapit.

„W 1545 roku mnich Alden nie spłonął na stosie”.

Alden czyta o sobie. Aż do słów dziewczyny: „To zabawne”. Tak, myśli Alden. To zabawne. I zatrzymuje wzrok na zdaniu „Tak, myśli Alden”. Oddaje tablet dziewczynie. Nie chce wiedzieć, co będzie dalej. Wraca do domu i przeczesuje Internet w poszukiwaniu informacji o Mystic Prophecy. W ten sposób dowiaduje się o istnieniu demiurga. Demiurg nazywa się Lia i sprawia wrażenie człowieka. Jest wokalistą i tekściarzem. Na zdjęciach nie wygląda na boskiego rzemieślnika. To on mnie wymyślił, stwierdza bezgłośnie Alden. To on sprawił, że w 1545 roku ocknąłem się na stosie płonącego drewna, a później podarował mi cudzą tożsamość. Uczynił mnie Longinusem, wymazując pierwszego Longinusa z dziejów. Zmieniając świętego w potępieńca. Ale autor tamtego tekstu nie zapomniał o nawróconym setniku.

Wzburzone myśli Aldena uspokajają się, zaczynają płynąć zwartym nurtem. Alden myśli teraz o mnie. Zastanawia się nad tym, kim jestem. Jaką rolę odgrywam? Co zamierzam? W jakim związku z jego myślami i działaniami pozostają napisane przeze mnie zdania? Rozważając możliwe odpowiedzi na ostatnie z tych pytań, Alden wyciąga z pamięci zakurzone dzieła Kartezjusza, Spinozy i Leibniza. W końcu sięga po pisma Malebranche’a. Myśli o Bogu-lalkarzu, który stworzony przez Siebie świat zaludnił istotami mającymi złudne poczucie sprawstwa. Też o Nim myślę. Ale nie jestem Nim ani demiurgiem Lia. Siedzę w miejscu, które nie bez racji można uznać za bibliotekę, i dbam o to, aby nieskończona rzeczywistość przyjmowała więcej niż papier, który jest w stanie przyjąć wszystko. I choć nie jestem Bogiem-lalkarzem, to każdego dnia i każdej nocy cudzymi ustami całuję usta tysięcy mężczyzn i kobiet.

Wracam myślami i piórem do Aldena. Lada dzień ukaże się kolejny album Mystic Prophecy. Alden składa zamówienie w sklepie internetowym i odlicza dni do premiery. Próbuje odgadnąć, jaką przyszłość przyniesie mu zawartość "Ravenlord".

środa, 28 marca 2012

Exodus

Opustoszałymi uliczkami miasteczka, tonącymi w namolnie lepkim upale, przetoczył się ryk przywodzący na myśl huk wodospadu i grzmot pioruna. Dziewczynka przemknęła między dwoma samochodami o otwartych drzwiach, zaparkowanymi w poprzek jezdni, kierując się ku uliczce ocienionej palmami.

Uciekaj mała, pomyślał Trevor, a jego ponure oblicze rozjaśnił paskudny uśmiech. Spojrzał na klęczących przed nim młodzieńców.

Spodnie bruneta były opuszczone poniżej kolan. Jego rudowłosy kompan zerkał nerwowo za kontuar o orzechowej barwie. Dochodził stamtąd przybierający na sile pomruk. Na twarzach chłopców królował strach. Zaledwie kilkanaście sekund temu byli panami sytuacji. Pryszczatymi szafarzami życia i śmierci. Ale teraz tonęli we własnym gównie. Nie wątpił, że zamierzali ją zgwałcić.

– Straciłem samochód – powiedział.

Mruczenie narastało niczym stopniowo artykułowana groźba.

– Silnik zgasł przed drewnianym mostem. W leśnej głuszy. Za sobą miałem drogę okupioną potem i łzami obcych mi ludzi. Przed sobą ten cholerny most, szeroki na trzy, może cztery metry, długi na pięćdziesiąt, tak z grubsza, oczywiście. Spinał ze sobą poszarpane krawędzie ciągnącej się ze wschodu na zachód rozpadliny. Jej dno spowijała ciemność. Przypominała rzekę. Może to była rzeka?

Wzruszył ramionami.

– Widzieliście ten most?

Brunet i rudzielec wymienili spojrzenia. Żaden nie odpowiedział. Więc Trevor strzelił. Kula wyżłobiła w czole rudzielca maleńką dziurkę, chwilę później zaś, rozorawszy mu mózg, roztrzaskała tył czaszki, kończąc swój krótki lot w ścianie. Trevor wykrzywił usta. W taki sam sposób zabił kiedyś innego człowieka, tamten też klęczał, ale – w odróżnieniu od nastolatka – był bardziej rozmowny. Nieustannie błagał o litość.

– Kurwa mać! – krzyknął brunet i rzucił się na Trevora, w czym przeszkodziły mu opuszczone poniżej kolan spodnie. Mężczyzna kopnął go w twarz. Obszedł z prawej strony i szarpnął za włosy.

– Porzuciliście samochód przed mostem, prawda?

– Tak...

– Znakomicie. Kłamstwo ma krótkie nogi. Zatem gdzie jest Cahill?

Brunet przełknął ślinę.

– Przyjechaliście tutaj z Cahillem. Gdzie go znajdę?

– W hotelu… na wzgórzu… – wyjąkał chłopak.

Dobiegający spod ziemi pomruk przerodził się w ryk czegoś dużego i z całą pewnością rozjuszonego. Ulicami miasteczka ponownie przetoczył się huk wodospadów.

Niewielką przestrzeń kawiarenki wypełnił gryzący aromat moczu. Brunet cichutko zaklął i zaczął płakać. Trevor poklepał go po ramieniu, a potem ujrzał kroplę krwi, która oddzieliła się od czerwonej strugi spływającej po brodzie nastolatka. Kropla – po przelocie przez piekło czasu zamienionego w szlam – rozprysła się na podłodze, dzieląc się na kilkanaście mniejszych, które zniknęły w podobnych do ust zmarszczkach na kamiennej powierzchni.

Podłoga lokalu eksplodowała odłamkami o ostrych krawędziach.

Czas znów był rwącą rzeką.

Trevor strzelił i skoczył za kontuar. Zamknął oczy, odliczył do trzech i pocałował srebrzystą lufę pistoletu Desert Eagle. Potem wyjrzał znad blatu. Wymierzył. I zamarł z palcem na spuście.

Stworzenie było duże, dwunożne, czterorękie i karykaturalnie umięśnione. Łypało przekrwionymi ślepiami tkwiącymi pomiędzy sutkami w kolorze hebanu. Parowało diabelskim testosteronem. Pachniało podnieceniem i żądzą. I z pewnością nie słyszało o braniu jeńców.

Uniosło nad bezgłowy tors ciało bruneta i rozerwało je strzępy. Krew i bebechy chlusnęły na kontuar.

Trevor jednym susem znalazł się przy uchylonych drzwiach, prowadzących na zaplecze. Chwilę później ściana za jego plecami eksplodowała.

Przebiegł przez kuchnię. Minął pomieszczenia gospodarcze i wypadł przez otwarte drzwi w skwarny odmęt ślepej uliczki. Skręcił w prawo, wyskoczył na jezdnię i minął róg walącej się kawiarenki. Zagryzając zęby, przeskoczył nad kamienną ławeczką, stratowaną niebawem przez stwora, po czym pognał uliczką, którą pobiegła dziewczynka.

Do hotelu prowadził wyłożony żwirem podjazd, wzdłuż którego przed wieloma laty posadzono palmy, puszczono białe chodniki, wykopano wodne oczka i postawiono fontanny z marmurowymi posążkami groteskowych stworzeń. Od migoczącej w słonecznym blasku bramy nadjeżdżał biały krążownik szos. Cadillac Eldorado przyspieszył, a po drobnym czary-mary wykonanym przez kierowcę hamulcem ręcznym zatrzymał się zwrócony prawym bokiem do Trevora, na którego spod biało-czarnych opon posypały się szare kamyczki.

– Wskakuj – powiedział kierowca. Miejsce pasażera zajmowała dziewczynka z kawiarenki.

Trevor posłuchał i wskoczył na tylne siedzenie, wyszarpując zza paska pistolet. Nie zdążył strzelić. Samochód popędził w kierunku bramy. Bestia wylądowała z hukiem na ziemi, przekoziołkowała kilka razy i – niezarażona niepowodzeniem – pobiegła za niedoszłą ofiarą.

– Ostrzelaj go – rzucił kierowca.

– Co?

Do bagażnika Cadillaca był przymocowany metalowy stojak, na którym chybotał się karabin maszynowy z czasów wojny secesyjnej.

– Wymierz i zacznij kręcić korbą.

Trevor chwycił za korbę. Naboje zaczęły wpadać do podajnika. Siedem luf zawirowało ze śmiercionośnym wdziękiem. W ciele monstrum wykwitły czerwone kwiaty.

Kiedy przejechali przez otwartą na oścież bramę, stwór wyhamował w obłoku piachu. Zaryczał ze złości i wypiął potężną klatkę piersiową, która przypominała płaczące krwią sitko.

– Dlaczego to bydle wciąż żyje? – spytał Trevor.

Kierowca wzruszył ramionami. Ubrany był w białą koszulkę z logo AC/DC, niebieskie dżinsy i sportowe buty. Twarz miał pobrużdżoną, oczy zielone, głęboko osadzone. Siwe włosy zaczesał do tyłu i upiął w koński ogon.

– Organizm Cieniora traktuje pociski jak pożywienie – wyjaśnił.

Stwór zerkał podejrzliwie na otwarte wrota. Węszył sutkami. I mruczał złowrogo. W końcu zaczął się wycofywać.

– Zastawiłeś na niego pułapkę – stwierdził Trevor.

– Gdyby w nią wpadł, już byłby martwy. Cóż, trudno, nie teraz, to później. Grunt, że nie może wejść na teren hotelu.

Kierowca zamknął bramę i wskoczył za kierownicę. Samochód ruszył w stronę głównego budynku.

Dziewczynka była drobna, piegowata. Rzucała Trevorowi zaciekawione spojrzenia. Siwowłosy mężczyzna mógł być jej ojcem albo dziadkiem.

– Jestem Rene – przedstawił się. – A to jest Srebrzynka.

Dziewczynka, słysząc swoje imię, uśmiechnęła się nieśmiało.

– Trevor.

Rene skinął głową.

– Zapewne masz wiele pytań, Trevorze. Ale nagli nas czas, więc mogę odpowiedzieć najwyżej na kilka.

– Co się tutaj dzieje?

– Wczoraj wieczorem rozpoczęliśmy ewakuację – odparł Rene. – Uciekamy.

– Przed kim?

– Znaleźli nas… starzy wrogowie.

– Kim oni są?

– Aniołami.

Trevor spojrzał w przednie lusterko, w którym odbijała się twarz siwowłosego. Mężczyzna był śmiertelnie poważny.

– Jeśli waszymi wrogami są anioły, to kim jesteście wy?

Srebrzynka zachichotała. Spod jej zmrużonych powiek bił srebrzysty blask. Rene nie odpowiedział.

Zatrzymali się przed recepcją.

– Nie widzę żadnych samochodów ani innych pojazdów, którymi moglibyście uciec…

– Są z drugiej strony, Trevorze. Gotowe do drogi.

– Ewakuowaliście wszystkich mieszkańców?

– Tak. Wszystkich moich podopiecznych.

– Przyjaciół – odezwała się Srebrzynka.

Rene pokiwał głową.

– Masz rację, Srebrzynko. Przyjaciół.

– Nadal nie wiem, kim jesteście.

– W chwili obecnej nie ma to dla ciebie żadnego znaczenia, Trevorze. Lepiej mi powiedz, czego szukasz w naszym… miasteczku.

Po namyśle Trevor uznał, że siwowłosy ma rację.

– Mężczyzny o imieniu Cahill. Przyjechał tutaj z nastolatkami, którzy chcieli skrzywdzić twoją podopieczną.

– Nie podziękowałem ci za uratowanie Srebrzynki. Dziękuję.

– Jesteśmy kwita.

– W rzeczy samej. Kim jest Cahill?

– Moim dłużnikiem.

– Rozumiem. Znajdziesz go w moim biurze na piątym piętrze. Zdaje się, że chce otworzyć mój sejf.

Trevor zmarszczył brwi.

– Zaskoczony? – uśmiechnął się Rene.

– Odrobinę – odparł Trevor, wymieniając magazynek w swoim pistolecie. – Słyszałem, że Cahill dostał zlecenie na prowincji. Ale nie przypuszczałem, że chodzi o obrabowanie kierownika… właściciela…

– …właściciela…

– …luksusowego hotelu.

– Cóż, twój dłużnik będzie bardzo zdziwiony, gdy otworzy sejf.

Trevor wysiadł, odbezpieczył broń i spojrzał na rząd okien na piątym piętrze.

– Powodzenia – rzucił Rene i uruchomił samochód. Po chwili biały Cadillac Eldorado zniknął za zakrętem.

W budynku panowała cisza.

Na piąte piętro dotarł windą. Drzwi na końcu korytarza były uchylone. Podszedł do nich i oparł się plecami o framugę. W pokoju trwała głośna rozmowa. Męskie głosy. Jeden należał do Cahilla. Pozostałe dwa chyba do jego ochroniarzy. Nie miał pewności. Poczuł suchość w gardle. Przełknął ślinę. I zaczął odliczać…

Wspomnienie uderzyło znienacka. Przekłuło membranę świadomości i serią obrazów zalało jej pole. Trevor ujrzał klęczącą kobietę. Płakała. Krzyczała. Pieprzona pani prokurator. Zdradziecka suka. Powiedziała, że jeśli ją zabije, będzie taki sam jak ona. Będzie mordercą. Wzruszył wtedy ramionami i powiedział:

– Może mi się poszczęści.

Pocisk wyżłobił w czole kobiety maleńką dziurkę, rozorał jej mózg i roztrzaskał tył czaszki, kończąc swój krótki lot w ścianie.

Cholerna suka zleciła zabójstwo jego partnera.

Trevor otworzył oczy. Skończył odliczać i chwycił za klamkę.

Było ich tylko trzech.

Kompletnie zaskoczonych.

Nie dał im żadnych szans.

Desert Eagle pluł łuskami.

Ochroniarze zginęli pierwsi.

Cahill dostał trzy razy – dwa pociski trafiły go w brzuch, ostatni w bark. Trevor przestrzelił mu obie nogi, chwycił za kołnierz skórzanej kurtki i wyciągnął na balkon. Cahill próbował coś powiedzieć, ale z jego ust dobywał się jedynie bełkot umierającego człowieka. Trevor wsunął broń za pasek, podniósł mężczyznę i położył na poręczy balkonu. Potem pchnął lekko do przodu. Cahill wrzasnął.

Pięć pięter w dół.

Trevor odetchnął i wrócił do gabinetu. Zobaczył papierosa wysuniętego do połowy ze zmiętej paczki, niezaścielone łóżko, nieodpakowane prezerwatywy, niezamkniętą książkę o pożółkłych stronach, pończochę przerzuconą przez oparcie antycznego krzesła, szminkę leżąca w zlewie, pomadkę nieodłożoną na półkę z lustrem, i wiele innych przedmiotów porzuconych na początku, w trakcie lub pod koniec czynności, których sensu mógł się jedynie domyślać.

Sejf był otwarty.

I pusty.

Trevor wsunął do ust papierosa i wygrzebał z kieszeni pudełko zapałek.

Głupcy przyjechali po złoto.

Nawet nie wrócili z niczym.

Kiedy wyszedł z budynku, przekonał się, że Cahill wciąż żyje. Ulgę zastąpił gniew. Na szczęście z gniewem pojawił się diabelski pomysł.

Dziesięć minut później – po krótkiej wizycie w hotelowej kuchni – Trevor skończył polewać zmasakrowanego gangstera rozpałką do grilla.

Pusta butelka poleciała w krzaki, a na stercie ludzkiego niegdyś mięsa wylądowała zapałka.

Płomienie strzeliły ku niebiosom, wyprzedzone wkrótce przez skowyt bandyty.

– Teraz jesteście kwita?

Rene stał z tyłu, oparty o maskę Cadillaca. Spoglądał wyczekująco. Po dłuższej chwili Trevor zapytał:

– Chcesz poznać moją historię?

– Tak.

Mężczyzna wziął głęboki wdech i powiedział:

-Mike był policjantem. Wpadł na trop wielkiej korupcyjnej afery w prokuraturze. Dysponował mocnymi dowodami, ale miał przeciwko sobie grupę skorumpowanych pracowników wymiaru sprawiedliwości i opłacających ich gangsterów. Nie dał rady im wszystkim.

– Byliście partnerami?

Trevor uśmiechnął się pod nosem i spojrzał na Rene.

– Zabili również naszego syna, Roberta. Ale najpierw połamali mu nogi i ręce, potem zgwałcili… brzytwą. Kilka razy. Na koniec oblali benzyną i podpalili. Wszystko na oczach Mike’a. Mnie również chcieli załatwić. Zapadłem się jednak pod ziemię i wróciłem dopiero po czterech latach z nową twarzą i tożsamością. Zacząłem na nich polować. Nikomu nie odpuściłem. Zabijałem sędziów, prokuratorów, policjantów i gangsterów. Ten tutaj był ostatni…

– Zatem jesteście kwita – stwierdził Rene.

– Spłacili dług z nawiązką.

– Ok., powiem ci jak ja to widzę. Masz dwie możliwości. Możesz zostać albo pojechać z nami. Jeśli zostaniesz, prawdopodobnie zginiesz z rąk naszych wrogów. Jeśli pojedziesz z nami, zyskasz szansę na rozpoczęcie nowego życia.

– Propozycja nie do odrzucenia, co?

– Udajemy się w długą i niebezpieczną podróż. Byłbyś cennym kompanem…

– …bo umiem zabijać?

– …bo umiesz zabijać.

Trevor zaciągnął się papierosem i podrapał po karku. Facet nie owija w bawełnę, pomyślał.

– Ile mam czasu do namysłu?

– Mało – odparł Rene i wskazał na bramę hotelu.

Przed bramą kręcił się Cienior. Ale tym razem nie był sam. Od strony miasteczka nadbiegała kawaleria. Kilkudziesięciu pobratymców Cieniora w żelaznym repertuarze. Bestie parowały diabelskim testosteronem. Pachniały podnieceniem i żądzą. I z pewnością nie słyszały o braniu jeńców.

Nad pędzącym stadem Cieniorów szybowały srebrzyste istoty o ostrych kształtach.

– Anioły – mruknął Rene i wsiadł do samochodu.

Promienie słońca tańczyły na szerokich ostrzach bułatów wyrastających z kończyn anielskich stworzeń.

Rene zatrąbił klaksonem.

Tymczasem za hotelem, na końcu drogi biegnącej między kwiecistymi ogrodami, wielokołowe ciężarówki wjeżdżały na most wznoszący się ku fioletowo-zielonym niebiosom, które migotały za przeźroczystą membraną. Tętniące elektrycznymi wyładowaniami chmury sunęły leniwie na tle dwóch gigantycznych księżyców. Most opadał pod obcym niebem ku plątaninie wielopoziomowych autostrad przecinających pustynną powierzchnię planety. Na horyzoncie lśniła srebrzysta kopuła pradawnego miasta.

Trevor wciąż się zastanawiał.


*Obrazek pochodzi ze strony www.dphclub.com.


wtorek, 20 marca 2012

Home sweet home

Robert Nozick napisał w "Philosophical Explanations":


My concern is not only intense but directed. I want (to be able) to conclude that we are worthwhile and precious. But this bias does not mean I refuse to follow philosophical reason where it leads. Fortunately, two factors help me avoid conclusions of valuelessness. No philosophical argument forces us to accept its (unpleasant) conclusions; instead, we always can pursue the philosophical task of uncovering the argument’s defects. This is the way Berkeley’s arguments, and skeptical arguments generally, have been treated. The second factor is an optional stop rule. I do not stop the philosophical reasoning until it leads me where I want to go; then I stop.


(…)

When a philosopher sees that premisses he accepts logically imply a conclusion he has rejected until now, he faces a choice: he may accept this conclusion, or reject one of the previously accepted premisses, or even postpone the decision about which to do. His choice will depend upon which is greater, the degree of his commitment to the various premisses or the degree of his commitment to denying the conclusion. It is implausible that these are independent of how strongly he wants certain things to be true. The various means of control over conclusions explain why so few philosophers publish ones that (continue to) upset them. I do not recall any philosopher reporting in distress that on some fundamental question he is forced to conclude that the truth is awful, worse even than the third best way he would want it.

(…)

The terminology of philosophical art is coercive: arguments are powerful and best when they are knockdown, arguments force you to a conclusion¸ if you believe the premises you have to or must believe the conclusion, some arguments do not carry much punch, and so forth. A philosophical argument is an attempt to get someone to believe something, whether he wants to believe it or not. A successful philosophical argument, a strong argument, forces someone to a belief. Though philosophy is carried on as a coercive activity, the penalty philosophers wield is, after all, rather weak. If the other person is willing to bear the label of “irrational” or “having the worse arguments,” he can skip away happily maintaining his previous belief. He will be trailed, of course, by the philosopher furiously hurling philosophical imprecations: “What do you mean, you’re willing to be irrational? You shouldn’t be irrational because…” And although the philosopher is embarrassed by his inability to complete this sentence in a noncircular fashion–he can only produce reasons for accepting reasons–still, he is unwilling to let his adversary go.

Wouldn’t it be better if philosophical arguments left the person no possible answer at all, reducing him to impotent silence? Even then, he might sit there silently, smiling, Buddhalike. Perhaps philosophers need arguments so powerful they set up reverberations in the brain: if the person refuses to accept the conclusion, he dies. How’s that for a powerful argument? Yet, as with other physical threats (“your money or your life”), he can choose defiance"*.


Nozick trafił w samo sedno. Właśnie to robimy, gdy uprawiamy filozofię. Wędrujemy ścieżkami, którymi chcemy wędrować (i tylko takimi), do miejsc, w których chcemy się znaleźć (i tylko do takich). Oczywiście, nie wszyscy tak postępują. Jasne. Nie wszyscy. Zatem to, co napisałem, jest fałszem, prawda? Jest. Jak najbardziej. Małym, tłuściutkim fałszem. Ten fakt nie zmienia jednak innego - że Nozick, mimo mojej entuzjastycznej nadinterpretacji, trafił w samo sedno. Właśnie to robimy, gdy uprawiamy filozofię...

* Robert Nozick, Philosophical Explanations, Harvard University Press 1981, s. 2-4.



czwartek, 15 marca 2012

"Złoczyńca" w Niedobrych Literkach

Na cyfrowych łamach Niedobrych Literek opublikowano mojego "Złoczyńcę". Moralny zgniłek w roli ostatniego sprawiedliwego i... bizarro z pozaświatowymi mackami. Jest też Heavy Metalowy riff... przepraszam, wątek.

Fragment:

"Ktoś kiedyś napisał, że nie to, jaki jest świat, jest tym, co mistyczne, lecz to, że jest. Cóż, to była jedna z tych nocy, kiedy zadziwienie istnieniem czegokolwiek, łącznie z szeroko rozrzuconymi nogami mej partnerki, ogarnęło mnie znienacka. Na szczęście, zatrzymało się na granicy językowej artykulacji, przypominając mi, że o czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć. Noc była bezchmurna, księżyc w pełni, morze czarne, a my nadzy, skąpani w piasku, spleceni miłośnie. Denver wargi miała nabrzmiałe, wściekle różowe, długie. Wodziłem wzdłuż nich językiem, muskając czubkiem stwardniałą łechtaczkę. Lizałem, ssałem i przygryzałem. Moje trzy ulubione czynności, nie licząc czytania, prowadzenia samochodu i zadawania pytań".

środa, 7 marca 2012

"Frittata" w Niedobrych Literkach

Z okazji jutrzejszego Dnia Kobiet w Niedobrych Literkach opublikowano moje opowiadanie pt. "Frittata". Wszystkim paniom życzę smacznego!!!

Fragment:

"Moja siostra płakała w pokoju, a ja przygotowywałam frittatę. Pyszną frittatę, w sam raz na szybki numerek… w kuchni, przy desce do krojenia, z patelnią w dłoni. Przygotowywałam ją ze mściwą miną i gniewem w sercu. Moja siostra, najukochańsza siostra, cierpiała z podręcznikowego wręcz powodu. Z winy mężczyzny. Nie dość, że Marek ją zdradził i pobił, to jeszcze okazał się egzemplifikacją paskudnego archetypu męskiej szowinistycznej świni w wydaniu deistyczno-ewolucyjnym.

Drań nie pozostawił nam wyboru.

Mieszkanie posprzątałyśmy na błysk, wypolerowałyśmy sztućce, a noże naostrzyłyśmy tak, że samo patrzenie na ich lśniące ostrza z nierdzewnej stali sprawiało nam bolesną przyjemność. Bez wątpienia byłyśmy przygotowane do zaaplikowania Markowi końskiej dawki zemściwości – tego bękarta sprawiedliwości i zemsty. Pozostała nam tylko jedna rzecz do zrobienia. Frittata. (...)"