środa, 28 marca 2012

Exodus

Opustoszałymi uliczkami miasteczka, tonącymi w namolnie lepkim upale, przetoczył się ryk przywodzący na myśl huk wodospadu i grzmot pioruna. Dziewczynka przemknęła między dwoma samochodami o otwartych drzwiach, zaparkowanymi w poprzek jezdni, kierując się ku uliczce ocienionej palmami.

Uciekaj mała, pomyślał Trevor, a jego ponure oblicze rozjaśnił paskudny uśmiech. Spojrzał na klęczących przed nim młodzieńców.

Spodnie bruneta były opuszczone poniżej kolan. Jego rudowłosy kompan zerkał nerwowo za kontuar o orzechowej barwie. Dochodził stamtąd przybierający na sile pomruk. Na twarzach chłopców królował strach. Zaledwie kilkanaście sekund temu byli panami sytuacji. Pryszczatymi szafarzami życia i śmierci. Ale teraz tonęli we własnym gównie. Nie wątpił, że zamierzali ją zgwałcić.

– Straciłem samochód – powiedział.

Mruczenie narastało niczym stopniowo artykułowana groźba.

– Silnik zgasł przed drewnianym mostem. W leśnej głuszy. Za sobą miałem drogę okupioną potem i łzami obcych mi ludzi. Przed sobą ten cholerny most, szeroki na trzy, może cztery metry, długi na pięćdziesiąt, tak z grubsza, oczywiście. Spinał ze sobą poszarpane krawędzie ciągnącej się ze wschodu na zachód rozpadliny. Jej dno spowijała ciemność. Przypominała rzekę. Może to była rzeka?

Wzruszył ramionami.

– Widzieliście ten most?

Brunet i rudzielec wymienili spojrzenia. Żaden nie odpowiedział. Więc Trevor strzelił. Kula wyżłobiła w czole rudzielca maleńką dziurkę, chwilę później zaś, rozorawszy mu mózg, roztrzaskała tył czaszki, kończąc swój krótki lot w ścianie. Trevor wykrzywił usta. W taki sam sposób zabił kiedyś innego człowieka, tamten też klęczał, ale – w odróżnieniu od nastolatka – był bardziej rozmowny. Nieustannie błagał o litość.

– Kurwa mać! – krzyknął brunet i rzucił się na Trevora, w czym przeszkodziły mu opuszczone poniżej kolan spodnie. Mężczyzna kopnął go w twarz. Obszedł z prawej strony i szarpnął za włosy.

– Porzuciliście samochód przed mostem, prawda?

– Tak...

– Znakomicie. Kłamstwo ma krótkie nogi. Zatem gdzie jest Cahill?

Brunet przełknął ślinę.

– Przyjechaliście tutaj z Cahillem. Gdzie go znajdę?

– W hotelu… na wzgórzu… – wyjąkał chłopak.

Dobiegający spod ziemi pomruk przerodził się w ryk czegoś dużego i z całą pewnością rozjuszonego. Ulicami miasteczka ponownie przetoczył się huk wodospadów.

Niewielką przestrzeń kawiarenki wypełnił gryzący aromat moczu. Brunet cichutko zaklął i zaczął płakać. Trevor poklepał go po ramieniu, a potem ujrzał kroplę krwi, która oddzieliła się od czerwonej strugi spływającej po brodzie nastolatka. Kropla – po przelocie przez piekło czasu zamienionego w szlam – rozprysła się na podłodze, dzieląc się na kilkanaście mniejszych, które zniknęły w podobnych do ust zmarszczkach na kamiennej powierzchni.

Podłoga lokalu eksplodowała odłamkami o ostrych krawędziach.

Czas znów był rwącą rzeką.

Trevor strzelił i skoczył za kontuar. Zamknął oczy, odliczył do trzech i pocałował srebrzystą lufę pistoletu Desert Eagle. Potem wyjrzał znad blatu. Wymierzył. I zamarł z palcem na spuście.

Stworzenie było duże, dwunożne, czterorękie i karykaturalnie umięśnione. Łypało przekrwionymi ślepiami tkwiącymi pomiędzy sutkami w kolorze hebanu. Parowało diabelskim testosteronem. Pachniało podnieceniem i żądzą. I z pewnością nie słyszało o braniu jeńców.

Uniosło nad bezgłowy tors ciało bruneta i rozerwało je strzępy. Krew i bebechy chlusnęły na kontuar.

Trevor jednym susem znalazł się przy uchylonych drzwiach, prowadzących na zaplecze. Chwilę później ściana za jego plecami eksplodowała.

Przebiegł przez kuchnię. Minął pomieszczenia gospodarcze i wypadł przez otwarte drzwi w skwarny odmęt ślepej uliczki. Skręcił w prawo, wyskoczył na jezdnię i minął róg walącej się kawiarenki. Zagryzając zęby, przeskoczył nad kamienną ławeczką, stratowaną niebawem przez stwora, po czym pognał uliczką, którą pobiegła dziewczynka.

Do hotelu prowadził wyłożony żwirem podjazd, wzdłuż którego przed wieloma laty posadzono palmy, puszczono białe chodniki, wykopano wodne oczka i postawiono fontanny z marmurowymi posążkami groteskowych stworzeń. Od migoczącej w słonecznym blasku bramy nadjeżdżał biały krążownik szos. Cadillac Eldorado przyspieszył, a po drobnym czary-mary wykonanym przez kierowcę hamulcem ręcznym zatrzymał się zwrócony prawym bokiem do Trevora, na którego spod biało-czarnych opon posypały się szare kamyczki.

– Wskakuj – powiedział kierowca. Miejsce pasażera zajmowała dziewczynka z kawiarenki.

Trevor posłuchał i wskoczył na tylne siedzenie, wyszarpując zza paska pistolet. Nie zdążył strzelić. Samochód popędził w kierunku bramy. Bestia wylądowała z hukiem na ziemi, przekoziołkowała kilka razy i – niezarażona niepowodzeniem – pobiegła za niedoszłą ofiarą.

– Ostrzelaj go – rzucił kierowca.

– Co?

Do bagażnika Cadillaca był przymocowany metalowy stojak, na którym chybotał się karabin maszynowy z czasów wojny secesyjnej.

– Wymierz i zacznij kręcić korbą.

Trevor chwycił za korbę. Naboje zaczęły wpadać do podajnika. Siedem luf zawirowało ze śmiercionośnym wdziękiem. W ciele monstrum wykwitły czerwone kwiaty.

Kiedy przejechali przez otwartą na oścież bramę, stwór wyhamował w obłoku piachu. Zaryczał ze złości i wypiął potężną klatkę piersiową, która przypominała płaczące krwią sitko.

– Dlaczego to bydle wciąż żyje? – spytał Trevor.

Kierowca wzruszył ramionami. Ubrany był w białą koszulkę z logo AC/DC, niebieskie dżinsy i sportowe buty. Twarz miał pobrużdżoną, oczy zielone, głęboko osadzone. Siwe włosy zaczesał do tyłu i upiął w koński ogon.

– Organizm Cieniora traktuje pociski jak pożywienie – wyjaśnił.

Stwór zerkał podejrzliwie na otwarte wrota. Węszył sutkami. I mruczał złowrogo. W końcu zaczął się wycofywać.

– Zastawiłeś na niego pułapkę – stwierdził Trevor.

– Gdyby w nią wpadł, już byłby martwy. Cóż, trudno, nie teraz, to później. Grunt, że nie może wejść na teren hotelu.

Kierowca zamknął bramę i wskoczył za kierownicę. Samochód ruszył w stronę głównego budynku.

Dziewczynka była drobna, piegowata. Rzucała Trevorowi zaciekawione spojrzenia. Siwowłosy mężczyzna mógł być jej ojcem albo dziadkiem.

– Jestem Rene – przedstawił się. – A to jest Srebrzynka.

Dziewczynka, słysząc swoje imię, uśmiechnęła się nieśmiało.

– Trevor.

Rene skinął głową.

– Zapewne masz wiele pytań, Trevorze. Ale nagli nas czas, więc mogę odpowiedzieć najwyżej na kilka.

– Co się tutaj dzieje?

– Wczoraj wieczorem rozpoczęliśmy ewakuację – odparł Rene. – Uciekamy.

– Przed kim?

– Znaleźli nas… starzy wrogowie.

– Kim oni są?

– Aniołami.

Trevor spojrzał w przednie lusterko, w którym odbijała się twarz siwowłosego. Mężczyzna był śmiertelnie poważny.

– Jeśli waszymi wrogami są anioły, to kim jesteście wy?

Srebrzynka zachichotała. Spod jej zmrużonych powiek bił srebrzysty blask. Rene nie odpowiedział.

Zatrzymali się przed recepcją.

– Nie widzę żadnych samochodów ani innych pojazdów, którymi moglibyście uciec…

– Są z drugiej strony, Trevorze. Gotowe do drogi.

– Ewakuowaliście wszystkich mieszkańców?

– Tak. Wszystkich moich podopiecznych.

– Przyjaciół – odezwała się Srebrzynka.

Rene pokiwał głową.

– Masz rację, Srebrzynko. Przyjaciół.

– Nadal nie wiem, kim jesteście.

– W chwili obecnej nie ma to dla ciebie żadnego znaczenia, Trevorze. Lepiej mi powiedz, czego szukasz w naszym… miasteczku.

Po namyśle Trevor uznał, że siwowłosy ma rację.

– Mężczyzny o imieniu Cahill. Przyjechał tutaj z nastolatkami, którzy chcieli skrzywdzić twoją podopieczną.

– Nie podziękowałem ci za uratowanie Srebrzynki. Dziękuję.

– Jesteśmy kwita.

– W rzeczy samej. Kim jest Cahill?

– Moim dłużnikiem.

– Rozumiem. Znajdziesz go w moim biurze na piątym piętrze. Zdaje się, że chce otworzyć mój sejf.

Trevor zmarszczył brwi.

– Zaskoczony? – uśmiechnął się Rene.

– Odrobinę – odparł Trevor, wymieniając magazynek w swoim pistolecie. – Słyszałem, że Cahill dostał zlecenie na prowincji. Ale nie przypuszczałem, że chodzi o obrabowanie kierownika… właściciela…

– …właściciela…

– …luksusowego hotelu.

– Cóż, twój dłużnik będzie bardzo zdziwiony, gdy otworzy sejf.

Trevor wysiadł, odbezpieczył broń i spojrzał na rząd okien na piątym piętrze.

– Powodzenia – rzucił Rene i uruchomił samochód. Po chwili biały Cadillac Eldorado zniknął za zakrętem.

W budynku panowała cisza.

Na piąte piętro dotarł windą. Drzwi na końcu korytarza były uchylone. Podszedł do nich i oparł się plecami o framugę. W pokoju trwała głośna rozmowa. Męskie głosy. Jeden należał do Cahilla. Pozostałe dwa chyba do jego ochroniarzy. Nie miał pewności. Poczuł suchość w gardle. Przełknął ślinę. I zaczął odliczać…

Wspomnienie uderzyło znienacka. Przekłuło membranę świadomości i serią obrazów zalało jej pole. Trevor ujrzał klęczącą kobietę. Płakała. Krzyczała. Pieprzona pani prokurator. Zdradziecka suka. Powiedziała, że jeśli ją zabije, będzie taki sam jak ona. Będzie mordercą. Wzruszył wtedy ramionami i powiedział:

– Może mi się poszczęści.

Pocisk wyżłobił w czole kobiety maleńką dziurkę, rozorał jej mózg i roztrzaskał tył czaszki, kończąc swój krótki lot w ścianie.

Cholerna suka zleciła zabójstwo jego partnera.

Trevor otworzył oczy. Skończył odliczać i chwycił za klamkę.

Było ich tylko trzech.

Kompletnie zaskoczonych.

Nie dał im żadnych szans.

Desert Eagle pluł łuskami.

Ochroniarze zginęli pierwsi.

Cahill dostał trzy razy – dwa pociski trafiły go w brzuch, ostatni w bark. Trevor przestrzelił mu obie nogi, chwycił za kołnierz skórzanej kurtki i wyciągnął na balkon. Cahill próbował coś powiedzieć, ale z jego ust dobywał się jedynie bełkot umierającego człowieka. Trevor wsunął broń za pasek, podniósł mężczyznę i położył na poręczy balkonu. Potem pchnął lekko do przodu. Cahill wrzasnął.

Pięć pięter w dół.

Trevor odetchnął i wrócił do gabinetu. Zobaczył papierosa wysuniętego do połowy ze zmiętej paczki, niezaścielone łóżko, nieodpakowane prezerwatywy, niezamkniętą książkę o pożółkłych stronach, pończochę przerzuconą przez oparcie antycznego krzesła, szminkę leżąca w zlewie, pomadkę nieodłożoną na półkę z lustrem, i wiele innych przedmiotów porzuconych na początku, w trakcie lub pod koniec czynności, których sensu mógł się jedynie domyślać.

Sejf był otwarty.

I pusty.

Trevor wsunął do ust papierosa i wygrzebał z kieszeni pudełko zapałek.

Głupcy przyjechali po złoto.

Nawet nie wrócili z niczym.

Kiedy wyszedł z budynku, przekonał się, że Cahill wciąż żyje. Ulgę zastąpił gniew. Na szczęście z gniewem pojawił się diabelski pomysł.

Dziesięć minut później – po krótkiej wizycie w hotelowej kuchni – Trevor skończył polewać zmasakrowanego gangstera rozpałką do grilla.

Pusta butelka poleciała w krzaki, a na stercie ludzkiego niegdyś mięsa wylądowała zapałka.

Płomienie strzeliły ku niebiosom, wyprzedzone wkrótce przez skowyt bandyty.

– Teraz jesteście kwita?

Rene stał z tyłu, oparty o maskę Cadillaca. Spoglądał wyczekująco. Po dłuższej chwili Trevor zapytał:

– Chcesz poznać moją historię?

– Tak.

Mężczyzna wziął głęboki wdech i powiedział:

-Mike był policjantem. Wpadł na trop wielkiej korupcyjnej afery w prokuraturze. Dysponował mocnymi dowodami, ale miał przeciwko sobie grupę skorumpowanych pracowników wymiaru sprawiedliwości i opłacających ich gangsterów. Nie dał rady im wszystkim.

– Byliście partnerami?

Trevor uśmiechnął się pod nosem i spojrzał na Rene.

– Zabili również naszego syna, Roberta. Ale najpierw połamali mu nogi i ręce, potem zgwałcili… brzytwą. Kilka razy. Na koniec oblali benzyną i podpalili. Wszystko na oczach Mike’a. Mnie również chcieli załatwić. Zapadłem się jednak pod ziemię i wróciłem dopiero po czterech latach z nową twarzą i tożsamością. Zacząłem na nich polować. Nikomu nie odpuściłem. Zabijałem sędziów, prokuratorów, policjantów i gangsterów. Ten tutaj był ostatni…

– Zatem jesteście kwita – stwierdził Rene.

– Spłacili dług z nawiązką.

– Ok., powiem ci jak ja to widzę. Masz dwie możliwości. Możesz zostać albo pojechać z nami. Jeśli zostaniesz, prawdopodobnie zginiesz z rąk naszych wrogów. Jeśli pojedziesz z nami, zyskasz szansę na rozpoczęcie nowego życia.

– Propozycja nie do odrzucenia, co?

– Udajemy się w długą i niebezpieczną podróż. Byłbyś cennym kompanem…

– …bo umiem zabijać?

– …bo umiesz zabijać.

Trevor zaciągnął się papierosem i podrapał po karku. Facet nie owija w bawełnę, pomyślał.

– Ile mam czasu do namysłu?

– Mało – odparł Rene i wskazał na bramę hotelu.

Przed bramą kręcił się Cienior. Ale tym razem nie był sam. Od strony miasteczka nadbiegała kawaleria. Kilkudziesięciu pobratymców Cieniora w żelaznym repertuarze. Bestie parowały diabelskim testosteronem. Pachniały podnieceniem i żądzą. I z pewnością nie słyszały o braniu jeńców.

Nad pędzącym stadem Cieniorów szybowały srebrzyste istoty o ostrych kształtach.

– Anioły – mruknął Rene i wsiadł do samochodu.

Promienie słońca tańczyły na szerokich ostrzach bułatów wyrastających z kończyn anielskich stworzeń.

Rene zatrąbił klaksonem.

Tymczasem za hotelem, na końcu drogi biegnącej między kwiecistymi ogrodami, wielokołowe ciężarówki wjeżdżały na most wznoszący się ku fioletowo-zielonym niebiosom, które migotały za przeźroczystą membraną. Tętniące elektrycznymi wyładowaniami chmury sunęły leniwie na tle dwóch gigantycznych księżyców. Most opadał pod obcym niebem ku plątaninie wielopoziomowych autostrad przecinających pustynną powierzchnię planety. Na horyzoncie lśniła srebrzysta kopuła pradawnego miasta.

Trevor wciąż się zastanawiał.


*Obrazek pochodzi ze strony www.dphclub.com.


Brak komentarzy: