sobota, 31 marca 2012

Mnich

(Opublikowałem "Mnicha" ponownie, ponieważ omyłkowo usunąłem poprzednią wersję.)

W 1545 roku mnich Alden nie spłonął na stosie. Nie dlatego, że został uniewinniony bądź uciekł. Powód tej swoistej porażki jest bardziej prozaiczny. Nie było bowiem wówczas żadnego Aldena, który byłby mnichem. Nie było i już. Rzeczywistość trzymała się mocno.

Wszystko zmieniło się czterysta pięćdziesiąt sześć lat później.

W 2001 roku heavymetalowy Mystic Prophecy nagrywa debiutancki album pt. „Vengeance”. Dziesięć hałaśliwych utworów opowiada o mnichu Aldenie, którego w 1545 roku oskarżono o czczenie diabła, a następnie skazano na karę śmierci przez spalenie na stosie. Płyta trafia do sklepów. Sprzedaje się nieźle. Mimo że zawiera niszową muzykę.

Wskazane fakty nie przeszkadzają Pascalowi napomknąć w rozmowie z Arnauldem, uczonym z opactwa Port-Royal, o mnichu straconym w 1545 roku za czarnoksięstwo. Pascal rozmawia z przyjacielem w 1646 roku, na dziesięć lat przed napisaniem listów, które złożą się na Prowincjałki. Mnich Alden nie żyje od stu jeden lat. Tak utrzymuje Arnauld, niezbyt zresztą zainteresowany tematem podjętym przez genialnego matematyka (Arnaulda, gorliwego jansenistę - a zarazem nie mniej gorliwego logika - zaprząta teologiczny konflikt z jezuitami; stawką jest władza). Pascal powołuje się na relację anonimowego mnicha, który był świadkiem śmierci Aldena. Wynika z niej, że Alden, przekląwszy oprawców, zaprzedał swą duszę czterem diablętom albo aniołom. Świadek nie ma pewności. Pewne jest za to coś innego: stos zapłonął. Alden wrzeszczał. Nie odwołał swoich zeznań. Do końca twierdził, że jest niewinny. Umierając, przeklął swych oprawców. Do tego momentu relacja świadka zgadza się z „Vengeance”. Anonimowy mnich nie wspomina jednak o tym, że śmierć nie powstrzymała Aldena przed dokonaniem zemsty.

W 2003 wychodzi „Regressus”. Alden otwiera oczy w 1555 roku. Znów jest żywy. I znów myśli tylko o jednym. Mści się przez dwanaście utworów. W przeszłości zajmuje mu to kilka lat. Alden ma czas. Mnóstwo czasu. Morduje winnych swej śmierci bez litości. Na zimno. Nie stroniąc od teatralnych gestów i gotyckiej scenerii. Przeszłość stopniowo dopasowuje się do przyszłości. Do nadchodzących z niej zmian.

Na wydanym rok później „Never Ending” okazuje się, że Bóg podarował Aldenowi nieśmiertelność. Jest rok 1610. Alden siedzi w zamtuzie, na krawędzi łóżka, rudowłosa prostytutka masuje mu ramiona, a on, zmęczony, tak bardzo zmęczony, spogląda w lustro i rozpoznaje w swoim odbiciu twarz legionisty, który przebił włócznią bok mesjasza. Nie może pozbyć się wrażenia, że odzyskał zapomnianą tożsamość. Z rozbawieniem stwierdza, że nie ma dla niego odkupienia. Nigdy nie było. I nie będzie. Alden zamyka oczy i zbliża usta do piersi rudowłosej.

Przeszłość dogania przyszłość. Z ksiąg znikają informacje o nawróceniu Longinusa. Wkrótce Kościół traci jednego ze swoich świętych. Wszystko odbywa się w sekrecie.

Pomiędzy czerwcem a listopadem 1711 roku Malebranche zanotuje na marginesie jednej ze swoich notatek (zawierających w zamyśle coraz doskonalsze argumenty na rzecz okazjonalizmu), że gdy Alden odkrył swoją tożsamość, prawdopodobnie nie było z nim żadnej prostytutki. Wiele lat później Schopenhauer zauważy z przekąsem, iż Malebranche nie mógł pogodzić się z wizją Boga całującego cudzymi ustami kobiecą pierś, wizją tak oczywistą w okazjonalistycznym modelu świata, jak wizja Boga przybijającego cudzymi rękami swojego Syna do krzyża.

Mystic Prophecy, pomimo zawieruch ze składem, wydaje kolejne albumy. „Savage Souls” w 2006, „Satanic Curses” rok później. W 2009 ukazuje się „Fireangel”. Alden pojawia się i znika. Jest upadłym alefem. Czymś w rodzaju soczewki skupiającej wszelkie oblicza piekła, w którym – dzięki takim a nie innym tekstom zespołu – bywa dość często. Alden poznaje Kartezjusza. Razem siedzą przy kominku. Wymieniają się wątpliwościami. Mnich podsuwa filozofowi koncept złośliwego demona. Kartezjusz jest zachwycony. W opactwie Port-Royal Alden mija się z Pascalem. Matematyk rozmawia z Arnauldem. Napomyka o mnichu straconym w 1545 za czarnoksięstwo. Aldenowi wydaje się, że słyszy swoje imię. Potrząsa jednak głową i idzie dalej, zostawiając uczonych mężów własnemu losowi.

Alden wędruje poprzez dzieje. Pod prąd rzeki czasu. W XIX wieku ktoś opowiada mu o Malebranche’u. Mnich czyta dzieła okazjonalistów i odkrywa, że generowanie myśli o treściach zakładających okazjonalizm przychodzi mu z łatwością. Razem z Schopenhauerem rozmyśla o Bogu obejmującym męskimi ustami kobiecy sutek. O Bogu przebijającym włócznią bok Chrystusa. O Bogu, dla którego jest tylko bądź aż (nie ma pewności, co właściwsze) marionetką. Przeraża go ta metafizyka. Więc zapomina o niej, a Schopenhauerowi, który nazywa ten gest tchórzliwym, rozbija nos. Schopenhauer nie wspomina odtąd o Aldenie i Malebranche’u. Rzuca się w wir pracy nad swoim opus magnum.

Alden otwiera oczy w 2011 roku. Wciąż jest nieśmiertelny. Uczy się nowego świata. Ma doskonałą pamięć. Kataloguje w niej zmarłe światy. I duchy ludzi, który kochał albo nienawidził. Pewnej nocy, w jednym z barów wielkiego miasta, opowiada rudowłosej barmance o człowieku, którym był w XVI wieku, zanim wrogowie oskarżyli go o czarnoksięstwo.

– To zabawne – mówi dziewczyna i podaje mu czytnik. – Nosisz takie samo imię, jak ten mnich.

Alden zerka na tytuł i pierwszy akapit.

„W 1545 roku mnich Alden nie spłonął na stosie”.

Alden czyta o sobie. Aż do słów dziewczyny: „To zabawne”. Tak, myśli Alden. To zabawne. I zatrzymuje wzrok na zdaniu „Tak, myśli Alden”. Oddaje tablet dziewczynie. Nie chce wiedzieć, co będzie dalej. Wraca do domu i przeczesuje Internet w poszukiwaniu informacji o Mystic Prophecy. W ten sposób dowiaduje się o istnieniu demiurga. Demiurg nazywa się Lia i sprawia wrażenie człowieka. Jest wokalistą i tekściarzem. Na zdjęciach nie wygląda na boskiego rzemieślnika. To on mnie wymyślił, stwierdza bezgłośnie Alden. To on sprawił, że w 1545 roku ocknąłem się na stosie płonącego drewna, a później podarował mi cudzą tożsamość. Uczynił mnie Longinusem, wymazując pierwszego Longinusa z dziejów. Zmieniając świętego w potępieńca. Ale autor tamtego tekstu nie zapomniał o nawróconym setniku.

Wzburzone myśli Aldena uspokajają się, zaczynają płynąć zwartym nurtem. Alden myśli teraz o mnie. Zastanawia się nad tym, kim jestem. Jaką rolę odgrywam? Co zamierzam? W jakim związku z jego myślami i działaniami pozostają napisane przeze mnie zdania? Rozważając możliwe odpowiedzi na ostatnie z tych pytań, Alden wyciąga z pamięci zakurzone dzieła Kartezjusza, Spinozy i Leibniza. W końcu sięga po pisma Malebranche’a. Myśli o Bogu-lalkarzu, który stworzony przez Siebie świat zaludnił istotami mającymi złudne poczucie sprawstwa. Też o Nim myślę. Ale nie jestem Nim ani demiurgiem Lia. Siedzę w miejscu, które nie bez racji można uznać za bibliotekę, i dbam o to, aby nieskończona rzeczywistość przyjmowała więcej niż papier, który jest w stanie przyjąć wszystko. I choć nie jestem Bogiem-lalkarzem, to każdego dnia i każdej nocy cudzymi ustami całuję usta tysięcy mężczyzn i kobiet.

Wracam myślami i piórem do Aldena. Lada dzień ukaże się kolejny album Mystic Prophecy. Alden składa zamówienie w sklepie internetowym i odlicza dni do premiery. Próbuje odgadnąć, jaką przyszłość przyniesie mu zawartość "Ravenlord".

Brak komentarzy: