sobota, 7 kwietnia 2012

Starcze dłonie, rogate pięści

Przednie światła Chevroleta Impali ścigają noc. Siedzę za kierownicą. Z moich ust zwisa tlący się pet. W głośnikach wrze muzyka. W przednim lusterku widzę ojca kiwającego głową. W bocznych – łunę ognia na szczycie wzgórza, z którego zjeżdżamy prostą, choć wyboistą drogą. Pedał gazu jest w połowie drogi do dechy, a silnik molestuje rykiem przednią maskę. Amortyzatory dają z siebie wszystko. Z muzycznego wrzątku dobiega głos Blitza. Facet zdziera gardło na tle rozpędzonych gitar i grzmiącej sekcji rytmicznej. Szeroki uśmiech biwakuje na pomarszczonej twarzy ojca. Staruszka zaraz rozboli kark, myślę i sięgam po kolejnego papierosa. Noc zmyka w podskokach.

*

Dwie godziny wcześniej kupiłem na stacji benzynowej trzy paczki paprykowych chipsów oraz sześciopak europejskiego piwa. Potem zadzwoniłem do chłopaków z zespołu. Upewniłem się, że wszystko gra i wróciłem do samochodu. Po trzydziestu minutach jazdy zatrzymałem się przed wielką, spiżową bramą. Wysiadłem i zadzwoniłem – po minucie w głośniku odezwał się chrapliwy głos portiera. Powiedziałem, co trzeba. Wrota drgnęły, wsiadłem z powrotem, poczekałem, aż otworzą się na oścież i ruszyłem bez pośpiechu w stronę pałacyku, w którym mieścił się strzeżony pilnie dom starców.

Posiadłości pilnowali mierzący od siedmiu do dziewięciu stóp wzrostu ochroniarze w szytych na miarę garniturach. Przeszukali mnie dokładnie. Prześwietlili na wylot. Pozwolili sobie nawet na akcję z gumową rękawiczką na szponiastej dłoni i mną stojącym w rozkroku w pokoiku bez okien, ze spodniami i bokserkami opuszczonymi do kostek. Niczego nie znaleźli. Poza resztkami gówna. Smacznego dranie. Chipsy, piwo i płyta nie wzbudziły ich podejrzeń.

Gdy bokserki i spodnie wróciły na swoje miejsce, dwóch ochroniarzy zaprowadziło mnie do sali, w której czekał mój ojciec. Staruszek siedział z kolegami przy okrągłym stole. Było ich tam siedmiu, w całym pomieszczeniu zaś około dwudziestu. Oglądali telewizję, grali w gry planszowe, plotkowali, niektórzy drzemali, inni snuli się od ściany do ściany, wodząc dookoła pustym wzrokiem. Kilku rozpoznałem. Starzy, pomarszczeni, siwowłosi. Podcięto im skrzydła, odebrano przyszłość i świat, o który nieustannie ze sobą walczyli, a potem umieszczono ich w miejscu, które kradło wspomnienia, nie dając w zamian nic wartościowego.

Dawno temu mój ojciec był potężnie zbudowanym mężczyzną. Siedem stóp wzrostu, ponad sto dwadzieścia kilogramów wagi, stalowe mięśnie, na brzuchu sześciopak, którego zakamarkami wędrowały zwinne języki setek kobiet, grzywa rudych włosów i wyrastające spomiędzy łopatek skrzydła o trzymetrowej rozpiętości. Był królem przestworzy i zdobywcą sypialni. Miał porywczy temperament i niezniszczalne prącie. Kochał szybkie i głośne samochody. Drżenie wulkanów i dryfujące po morzu plamy ropy. Lubił je podpalać. Pomijając miłość do starych aut, w niczym go nie przypominałem. Dlatego mogłem tutaj przyjechać, nie ryzykując, że tak jak on i reszta familii zostanę zamknięty w domu spokojnej starości, położonym na marginesie dziejów.

Ojciec i jego koledzy moczyli herbatniki w filiżankach z kawą. Wyjmowali je w wielkim skupieniu, uważając, aby przemoczona część herbatnika nie wpadła do kawy. Jeśli wpadła, nie brałeś udziału w następnej rundzie. Jeśli wygrałeś rundę, następną mogłeś przegrać, nie wypadając z gry. Grę wygrywałeś, jeśli w ostatniej rundzie zachowałeś w całości najdłużej moczony herbatnik.

Stanąłem za staruszkiem i chrząknąłem znacząco. Chipsy i piwo wylądowały na stole. Rozmowy ucichły. Kilka herbatników wpadło do filiżanek. Starcy unieśli wzrok. Brodacz o dłoniach dotkniętych artretyzmem zaczął się podnosić. Zepsułeś nam grę, głupku, wycedził. Zaraz skręcę ci kark. Ojciec potrząsnął głową i spojrzał na mnie spod spuchniętych powiek. Twoje ulubione, powiedziałem, wskazując ręką na sześciopak. Dziękuję, wymamrotał i podrapał się po nieogolonej szczęce. Był wychudzony i niedomyty. Widziałem plamy brudu na jego zapadniętych policzkach. Cuchnął niedoglądaną starością. I klęską. Podejrzewałem, że nienawidzi samego siebie za swoją bezsilność. Było mi go żal. Kochałem drania. Macie odtwarzacz? – spytałem.

Brodaty staruszek zmiął w ustach przekleństwo i usiadł z powrotem na krześle. Ktoś przyniósł odtwarzacz. Podłączyłem go do prądu i wsunąłem do środka płytę. Ojciec przeglądał książeczkę z tekstami. Najnowsza, powiedziałem. Utrzymana w starym stylu. Spodoba ci się, tato. Z głośników buchnęła thrashmetalowa kanonada. Zerknąłem na ochroniarzy. Nadal stali przy drzwiach, rozmawiając z pielęgniarzami. Nie zwracali na nas uwagi. Tymczasem starcy machali głowami i rogatymi pięściami. Brodacz szczerzył pożółkłe zęby i sczerniałe dziąsła. Na kościstych nadgarstkach pobrzękiwały srebrzyste bransolety. Jeden z ochroniarzy spojrzał w naszą stronę. Zmarszczył brwi i nozdrza pokryte czarnymi guzkami. Powiedział coś do drugiego. Pielęgniarze zamilkli. Do wierzgających staruszków dołączyli pozostali pensjonariusze. Zamknąłem oczy, odliczyłem w myślach do trzech i tuż przed solówką przekręciłem do oporu pokrętło głośności.

Bransolety eksplodowały. Deszcz drobnych odłamków spadł na podłogę. Nad naszymi głowami przemknęły wyładowania elektryczne. Ochroniarze już biegli. Za nimi pielęgniarze w białych strojach. Czerwonoskóre, rogate małpy. Skoczyłem za ojca i jego kumpli. Spełniłem swój obowiązek. Teraz przyszła kolej na stetryczałych pryków…

*

Siedzę za kierownicą. Z moich ust zwisa tlący się pet. W głośnikach wrze muzyka. W przednim lusterku widzę ojca kiwającego głową. W bocznych – łunę ognia na szczycie wzgórza, z którego zjeżdżamy prostą, choć wyboistą drogą. Z muzycznego wrzątku dobiega głos Blitza. Facet zdziera gardło na tle rozpędzonych gitar i grzmiącej sekcji rytmicznej. Czuję stal w moim fiucie, mówi ojciec, klepiąc się po kroczu. Na jego młodniejącej twarzy biwakuje szeroki uśmiech. Gratuluję, odpowiadam i spoglądam w prawo. Potem w lewo. I za siebie. Na wybojach podskakują inne samochody. Ryczące sześćdziesiątki ósemki. Prowadzone przez długowłosych kolesi w skórach i dżinsach. Wszyscy jaramy szlugi i machamy głowami.

Wyrzucam przez okno niedopałek i sięgam po kolejnego papierosa. Siedzący obok mężczyzna podaje mi zapalniczkę, obnażając w figlarnym uśmiechu końskie zęby i dziąsła o wyglądzie norweskich fiordów. Nie przypomina starca, który pół godziny temu zamierzał skręcić mój kark. Ojciec wychyla się z tylnego siedzenia, klepie nas obu po ramionach i potrząsa grzywą rudych włosów. Mkniemy w stronę świtu, ku wolności, światu i wojnom, które wynikną z naszej ucieczki. Jesteśmy w komplecie. Ojciec, Loki, Wisznu, Anubis i reszta ferajny. Noc spierdala w podskokach.

Brak komentarzy: