czwartek, 26 lipca 2012

Spocona i lepka

(A) Gdy po raz pierwszy usłyszałem o Zakonnicy, moje wspomnienia z lektury „On the Far Side of the Cadillac Desert with Dead Folks”* konsumowało mentalne rigor mortis. Filmik autorstwa Iana Giedrojcia przerwał ten nieszczęsny proces. W centrum żarówki, która rozbłysła pod sklepieniem mojej czaszki, ujrzałem seksowne siostrzyczki z fikcyjnego zakonu „Jesus Loves Mary”. Pomysł na szorta mającego promować debiutancki album bydgoskiego Nihil Quest wyskoczył spomiędzy ich długich i zgrabnych nóg. Po godzinie stukania w klawiaturę króciak pod tytułem „Nihil Quest" był gotowy. Po kilku poprawkach trafił na łamy Niedobrych Literek jako fragment większego tekstu autorstwa Marka Grzywacza zatytułowanego „Inwazja heavymetalowych paluchów”. Byłem przekonany, że Zakonnicę mam z głowy. Z biegiem dni zacząłem o niej zapominać. Dni biegły żwawo, więc w końcu zapomniałem. O tej i o innych sprawach.

(B) Dzisiaj rano zasiadłem do komputera z zamiarem napisania krótkiego i błyskotliwego tekstu. Kawa stygła w kubku. Tost z serem i pomidorem na talerzu. Drobiny kurzu tańczyły w smudze słonecznego światła nad blatem kuchennego stołu. Moje palce wystukiwały rytm zniecierpliwienia na obudowie laptopa. Ekran świecił niezapisaną stroną. Zasnąłem ze świetnym pomysłem na pierwsze zdanie, a obudziłem się z pustką w głowie. Nic z tego nie będzie, pomyślałem i sprawdziłem pocztę. Mail od Iana. W mailu znalazłem linki do dwóch nowych filmików o Zakonnicy. Obejrzałem oba. Pierwszym był teledysk do utworu „Equal”, drugi nosił tytuł „Zaginione strony „Dzienniczka” św. Faustyny”. Odpisałem Ianowi, że zamieszczę linki na swoim blogu razem z odpowiednim zagajeniem, po czym sięgnąłem po tosta. Nie zjadłem apetycznego drania. Kawy też nie wypiłem. Wyplute przekleństwo zmąciło wirujące drobinki. Zaraz, krzyknąłem i zamknąłem komputer. Pukanie powtórzyło się po raz trzeci.

(C) Za drzwiami nie było kobiety, którą zobaczyłem przez wizjer. Nie było również klatki schodowej. Nie było niczego poza lepką i spoconą ciemnością, która prawym sierpowym odesłała mnie w swoje objęcia.

(D) Ocknąłem się przed ekranem laptopa. Ktoś spuścił żaluzje. Wypił moją kawę i zjadł grzankę z serem i pomidorkiem. To była ona. Lepka i spocona. Spójrz na mnie, powiedziała. Spojrzałem. Nosiła czarno-biały habit z wycięciem z przodu i z tyłu, odsłaniającym zgrabne nogi w ciemnych pończochach i fikuśne koronkowe majteczki z nadrukiem rogatej dłoni. Zakonnica. Wyjaśniła mi to i owo. Filmy i szort podziałały jak pentagram i inkantacja. Więc przybyła. Po fanty. I po coś więcej. Uśmiechnęła się ciemnością zza drzwi i powiedziała: Pisz.

(E) Potem zaczęła dyktować. Podyktowała mi akapity (A)-(E). Nie tylko słowa, również moje myśli. Myślałem jej ustami. Jakbym był jakąś marionetką. Spociłem się. Zrobiłem lepki. (Z1) Napisałem zdanie (Z1) i zgodnie z jej poleceniem położyłem dłonie na stole.

Wciąż tutaj jestem. Nadal piszę. Kolejny akapit. Czuję jej ciepły oddech na szyi. Długie palce na ramionach. Obfite piersi na plecach. Ciemność sączy się z jej słów. Wpełza pod moje paznokcie, sunie żyłami w górę dłoni. Zadomawia się.

Zakonnica ogląda w milczeniu filmiki Iana. Potem czyta na głos pierwszy akapit mojego szorta. Przelatuje wzrokiem przez kolejne i wybucha śmiechem. Blisko mój samczy ateuszku, mówi. Dość blisko, abyś zasłużył na kroplę blasku prawdy zza moich koronkowych majteczek z nadrukiem rogatej dłoni. Podaje mi lusterko. Białka moich oczu zachodzą ciemnością. Za moment będziesz mój, wyjaśnia. Później odnajdziemy twoich kumpli. Ożywczy powiew muska moje podniebienie. Dobrze znany smak rozlewa się na języku, obmywa usta, nurkuje w głąb przełyku.

Ciemność smakuje jak kawa latte.

Znam już prawdę. W smoliście czarnych atomach migoczących przed moimi oczami dostrzegam zwielokrotniony tron wszechprzymiotników. I jedyny w swoim rodzaju tyłeczek, który zgrabnym susem ląduje na tronie. Mości się w jego centrum. Nie wiem, co to za istota. Pewnie nic ludzkiego w postaci doskonałej pupy. Potem ten antropomorfizm znika. Indywiduum z tronu zrzuca maskę. Dziki wrzask ucieka z mej piersi. Z trudem zaciskam powieki. Zapadam się w kapiącej spod nich ciemności.

Kiedy ponownie otwieram oczy, dostrzegam w lusterku odbicie nieznanej mi twarzy. Przez moment jestem rozkojarzony. Mrugam powiekami, jakbym próbował wykasować to, co widzę. Potem ogarnia mnie błogie zrozumienie, które może dać jedynie prawy sierpowy wyprowadzony przez prawdę. Uspokajam się, odwzajemniam uśmiech Zakonnicy i przystępuję do napisania ostatniego akapitu.

Za chwilę z mojego mieszkania wyjdą dwie osoby. Pierwszą będzie Zakonnica. Drugą ja – świeżutka imitacja ludzkiej samicy w czarno-białym habicie z wycięciem z przodu i z tyłu, odsłaniającym zgrabne nogi w ciemnych pończochach i fikuśne koronkowe majteczki z nadrukiem rogatej dłoni.


*Joe Lansdale, "On the Far Side of the Cadillac Desert with Dead Folks" w: "The Urban Fantasy Anthology", Tachyon Publications 2011

Brak komentarzy: