wtorek, 7 sierpnia 2012

Dziewczyna z okładki (1.0)

(Opowiadanie "Dziewczyna z okładki" zostało opublikowane w 38 numerze Grabarza Polskiego, poświęconym literaturze bizarro. Niniejsza wersja "Dziewczyny..." jest pozbawiona kilku drobnych błędów, których tamta z mojej winy się nie ustrzegła.)


Jest noc. Bez gwiazd. Droga w ciemnościach i dziewczyna przy drodze. Nieopodal, obok zardzewiałego znaku stoi milczący potwór, który kołami spragnionymi podróży przywarł do zimnego asfaltu. To ja jestem tą dziewczyną. Mam ciemnofioletowe włosy, cerę bladą niczym marmur, pociągłą twarz o smutnych oczach i szkarłatne usta, na których błąka się rozkwitający nieśmiało uśmiech.

Jestem półnaga.

Podchodzę do szerokiego niczym płaszczka krążownika. Okrążam go wolno, bez pośpiechu, ciesząc się dającą mi schronienie ciemnością. Noc pachnie moim potem. Od samochodu bije ciepło. Gdyby było jaśniej, ujrzałabym w ciemnych szybach moje odbicie. Głaszczę dach. Potem bagażnik. Przesuwam ręką po zderzakach pokrytych chromem. Udami ocieram się o reflektory wyglądające niczym ślepia jakiegoś robota o psychopatycznej osobowości. Czuję drżenie. Ogarnia mnie ono od stóp i miarowo pnie się wyżej, rozlewa się koncentrycznie od pępka, dosięga piersi, oplata delikatnie szyję i kumuluje się w skroniach, przynosząc zimno asfaltu oraz wspomnienia palonej gumy, ryku silników, prujących ciemności świateł i wyciekającego oleju. Zaczynam rozumieć.

Jestem półnaga i wcale mnie to nie dziwi.

Pulsowanie ustaje. Przez moment masuję czoło. Potem wsuwam się do kabiny. Jest przytulna. Przekręcam kluczyk, a panel za kierownicą rozbłyska różnymi odcieniami fioletu. Aluminiowo-szklane wnętrze pachnie skórzaną tapicerką. Dotykam sportowej kierownicy o chromowanych uchwytach na palce i znów wypełnia mnie znajome drżenie. Nie czuję strachu, bo wiem, że tak właśnie powinno być.

Zapalam lampkę i spoglądam w lusterko. Faktycznie, moje włosy kolorem przypominają niebo tuż przed burzą. Ma twarz jest pociągła, oczy smutne, a wargi szkarłatne i nęcące kształtem obiecującym namiętność. Tylko ta cera – biała niczym wypolerowana kość. Więc L. V. nie kłamał. Naprawdę tak wyglądam. Dotychczas nie miałam pewności, gdyż tam, gdzie mieszkałam nie było ani jednego lustra, a oświetlenie zasługiwało na miano podłego. Niewiele da się dojrzeć w zaśniedziałym ostrzu, w mętnym blasku dryfujących na skraju przepalenia żarówek.

Przeglądam pamięć odtwarzacza. Sto albumów. Wszystkie w jakości CD audio, chociaż zapisane w plikach. Sto różnych sposobów na urozmaicenie podróży. Haydn, Mozart, Bach, Beethoven, Schubert, Chopin, Wagner, Strauss. Nie znam tych nazwisk, tym bardziej kryjących się za nimi osób. Szukam więc dalej. Wreszcie znajduję. Benedictum. W końcu coś znajomego. Ba! Dobrze znanego nawet. W bunkrze – zaprawdę upiornym miejscu – leciało tylko to. I to nie od świtu do świtu, a poprzez niekończący się zmierzch. Bez końca.

Wysiadam i otwieram bagażnik.

To nie jest zwyczajna noc. Podczas zwyczajnej nocy ciemności nie są lepkie niczym smoła, nie pochłaniają łapczywie samochodowych świateł i nie ukrywają potworów. Zwyczajna noc kiedyś się skończy. Ta – nigdy.

W bagażniku, obok łyżki do opon i apteczki znajduję luźno rzucone ubranie – skórzaną kurtkę, niebieskie dżinsy, czarną, wełnianą bluzkę bez rękawów z napisem „Something Wicked This Way Comes”, czarne, bawełniane skarpetki oraz wojskowe buty na grubej podeszwie. Obok nich leży pas z dwoma rewolwerami i samurajski miecz. Ten sam, w którego zaśniedziałym ostrzu próbowałam dojrzeć własne oblicze.

Przebrana siadam za kierownicą, wybieram pierwszy utwór i przekręcam kluczyk w stacyjce. Wtedy ze smolistego przestworu wynurza się jaskrawożółte światło, zalewając przez tylną szybę wnętrze krążownika. Nie gaszę silnika. Czekam. Przez głośniki przelatują pierwsze dźwięki piosenki. Patrząc w boczne lusterko widzę, że gliniarz zsiada z motocykla i powoli idzie w moją stroną. Zamykam oczy. Nie boję się. Przebywając przez tyle lat w miejscu zewsząd szturmowanym przez amorficzne potwory, zdążyłam się uodpornić na strach.

Jedź, szepczę w jednej chwili, a w następnej krążownik zostawia humanoidalną plamę czerni w białym kasku daleko w tyle. Samochód zna drogę. Wie, dokąd zmierzam i ma mnie tam dostarczyć w jednym kawałku. Nie muszę prowadzić. Plama czerni z odznaką nie daje jednak za wygraną. Światła motocykla znów buszują w kabinie. Zagłębiam się w wyprofilowanym oparciu fotela i przymykam oczy. Daję się porwać muzyce, przekonana, że samochód poradzi sobie z natrętem.

Perkusyjna kanonada, dudniący bas i wściekle zacinające riffy gitarowe. Ścigamy się w otulinie rozkosznie bombastycznych dźwięków – plama czerni na policyjnym motorze i dziewczyna w płaszczkopodobnym krążowniku, wsłuchana w heavy metal jej życia. Mkniemy autostradą przez niekończąca się ciemność. Mijając nędzne resztki świata przemielonego przez zło, którego na początku nikt nie potraktował poważnie. Nie muszę dodawać, że to był błąd. Wielki błąd. A potem dla większości było już za późno na cokolwiek innego niż chaotyczna ucieczka po pewną śmierć.

Atakujemy! Samochód wypuszcza z tylnych działek chmarę pocisków, które szatkują gliniarza. Motocykl uderza w jakiś wrak. Biały kask znika w ciemnościach. Plama czerni jest już historią. Opieram głowę o zagłówek i zamykam oczy. Krążownik rozpina moje dżinsy. Unoszę biodra, stringi i nogawki zjeżdżają do kolan. Bluzka idzie w górę, ponad piersi, które zalewa fioletowy blask deski rozdzielczej. Moje sutki stają na baczność, chłonąc świetlną pieszczotę. Skórzane palce pieszczą łechtaczkę, drażnią wejście do pochwy, masują dziurkę między pośladkami. Zaciskam dłonie na kierownicy. Przygryzam dolną wargę. Znów ogarnia mnie drżenie. Czuję smak chromu na ustach.

Lada moment będziemy u celu.

Czterokołowa bestia i ja – pewną ręką powołana do motylego życia. Przez tyle lat w tym cholernym bunkrze, samotna, skazana na niekończącą się walkę. Nie starzałam się, nie odczuwałam łaknienia ani głodu. Nie mogłam zwariować, choć, uwierzcie mi, chciałam. Musiałam robić swoje. Ciąć, siec, kłuć i rąbać. Z krótkimi przerwami na złapanie oddechu. Bujna w biuście, a wątła w talii, heroina od dziewiczego uniesienia powiek zaprawiona w boju z amorficznymi monstrami.

Oto jestem. Kochając się po raz pierwszy w życiu i wioząc zagładę w kierunku ostatniego miejsca daremnego oporu. Nie dojeżdżamy jednak do otoczonego szkarłatnym polem siłowym miasta. Kiedy szczytuję, skręcamy gwałtownie w lewo, zjeżdżając z szosy na piaszczyste pobocze. Krążownik odpala przymocowane do dachu reflektory. Ciemności rozstępują się przed nami niczym wargi sromowe przed językiem kochanka. W oddali, wzniesiony ku mętnemu niebu, sterczy kikut mostu. Podciągam majtki i spodnie. Opuszczam bluzkę. I zerkam w lusterko, aby poprawić fryzurę.

Przednie koła podskakują, gdy wjeżdżamy na most. Samochód przyspiesza. Wybieram ulubiony utwór i gładzę dłonią drążek skrzyni biegów. Z silnika dobiega radosny pomruk. Chwilę później jesteśmy już w powietrzu, wznosząc się ku czerwonej zmarszczce w teksturze mojego świata. Zmarszczka przybiera kształt olbrzymich ust i połyka nas…

…na drugą stronę.

*

Tutaj też trwa noc. Pełna migoczących gwiazd i szumu pobliskiej rzeczki. Stoimy przed mostkiem, za którym kręta droga wiedzie do otoczonej murem rezydencji L. V. Ruszamy wolno, bez pośpiechu. Mamy czas. Świt dopiero przed nami. Opuszczam szybę i wystawiam na zewnątrz głowę. Ten świat pachnie inaczej. Bardziej niewinnie. Polnymi kwiatami i zwierzęcymi odchodami. Zatrzymujemy się pod bramą. Jest zamknięta. Taksuję spojrzeniem trzymetrowy mur i zabieram z bagażnika katanę oraz pas z rewolwerami. Samochód zawraca i ustawia się przodem do mnie. Biorę krótki rozbieg, wskakuję na przednią maskę, stamtąd na dach, z dachu zaś skaczę ponad ostrymi końcówkami żelaznych prętów na wyściełaną kamyczkami ścieżkę.

Wstrzymuję oddech i czekam. Psy nadbiegają szybciej, niż oczekiwałam. Warczą i kłapią zębami. Czterej śmiercionośni strażnicy. Ulubieńcy żony L. V. Sama zaczynam warczeć, a potem prostuję się i atakuję. Katana idzie w ruch. Powietrze jęczy z bólu smagane świstem ostrza. Zostawiam w krzakach cztery bezgłowe ciała i biegnę dalej. Wkrótce pojawia się kolejny problem. Większy i liczniejszy niż psy.

Wychodzą zza drzew, powłócząc nogami, charcząc i zawodząc. Wbijam katanę w ziemię, rozpędzam się i skaczę na wysokość mniej więcej dwóch metrów. Rozlega się ciche pif-paf. W dłoniach ściskam rewolwery. Z długiej lufy snuje się niebieskawy dym. Owiniętego własnymi jelitami faceta ogarnia fioletowo-czerwona chmura. Zanim ląduję na pewnie rozstawionych nogach z gracją tak niezwykłą, że na mój widok ze wzruszenia zapłakałby sam diabeł, osiem takich chmurek zostawia wśród umarlaków usiane jatką ścieżki. Rewolwery wracają do kabur, chwytam w biegu rękojeść katany i dekapituję stojącego najbliżej truposza. Po dwóch-trzech minutach ciężkiej pracy nurkuję pod rękoma grubaski w sukience w groszki, wbijam ostrze w jej galaretowaty brzuch i tnę w górę przez mostek, gardło i głowę. Szybkim saltem w tył unikam mżawki, w której rolę kropli przejęły kawałeczki płatów czołowych.

Wycieram katanę o trawę i ruszam w kierunku drzwi wejściowych. Ustępują pod moim dotykiem, ukazując oświetlony okazałym żyrandolem kwadratowy hol. To pałac, a nie dom. Znam jednak rozkład pomieszczeń. Dywan tłumi odgłos kroków, gdy wbiegam schodami na piętro, gdzie mieści się gabinet L. V. Drzwi do gabinetu są uchylone. Popycham je lekko i wchodzę do środka.

Głowa L. V. spoczywa na biurku, a jego ciało półleży na obrotowym krześle. Co czuję? Nic istotnego. Jedynie spokój. Wiedziałam, że został zabity. Tylko dlatego mogłam opuścić ten cholerny bunkier i uciec z konającego świata. W przeciwnym razie tkwiłabym tam nadal, walcząc z hordami amorficznych bestii.

Wracam na korytarz i ruszam do łazienki, z której dobiega szum wody. Mijając pracownię L. V., mimowolnie zerkam przez otwarte drzwi - na przeciwległej ścianie wisi poster, na którym absurdalnie seksowna blondynka zbliża krwistoczerwony język do iglicy monumentalnego budynku. Podchodzę bliżej. Na ogromnym stole leży pełno różnych komiksów. Biorę jeden z nich do ręki, otwieram, kartkuję. Potem ponownie się rozglądam i stwierdzam, że jednak nie jestem w pracowni L.V. To pracownia jego żony. To jej komiksy. To ona je wymyśliła i narysowała. Odkładam komiks na miejsce. Z jego okładki spogląda na mnie martwa kobieta w sukience w groszki. Ma obrzmiałe ciało, oczy wywrócone białkami do przodu i pożółkłe zęby, z których skapuje ślina.

Pod drzwiami łazienki zamieram w bezruchu i nasłuchuję. Ktoś bierze prysznic, stwierdzam, po czym wsuwam głowę do środka. Po drugiej stronie pomieszczenia znajduje się kabina prysznicowa. Przez zaparowane ścianki widzę zarys piersi i pośladków. Kobieta ma zamknięte oczy i pogwizduje pod nosem. Raczej nie jest świadoma mojej obecności.

Postanawiam zaczekać na nią w pracowni.

Witaj, skarbie, mówię dziesięć minut później, gdy pojawia się w progu w niezawiązanym szlafroku. Teraz nie mam już wątpliwości. To ona jest tą absurdalnie seksowną blondynką. Kobieta oblizuje górną wargę. Przez moment w jej oczach widzę strach. Poczekaj, odpowiada. Chcę ci coś pokazać. Potem zdecydujesz. Zrywam się z krzesła, potrząsam bronią i mówię: Tylko bez sztuczek. Blondynka wyciąga z szafy niewielkie pudełko bez wieka. W pudełku znajdują się zdjęcia. Wysypuje je na stół i spogląda na mnie z nadzieją. Zobacz, kim był mój mąż. Oglądam fotografie. Wszystkie są czarno-białe. I pełne wzorcowego zła. Zabiłam go, gdy tylko odkryłam jego tajemnicę, wyjaśnia blondynka. Nie oczekiwałam od niego wierności ani on ode mnie. Mieliśmy jasny układ. Ale to… – wskazuje na zdjęcia – …z tym nie mogłam się pogodzić. Nadal nie mogę.

Nie chowam rewolweru. Unoszę go wyżej, tak, że żona L. V. może zajrzeć w głąb lufy. Staram się nie rozpłakać. Z trudem panuję nad drżeniem dłoni. Dobija mnie myśl, że przez całe życie walczyłam z potworami, sama będąc dziełem potwora. Zrobimy tak… - mówię i zaczynam wyjaśniać jej mój plan. Słucha w milczeniu, a gdy milknę, odpowiada: Dobrze. I zgarnia zdjęcia do pudełka. Pudełko ląduje w szafie. Zabiłaś psy i zombie? Wzruszam ramionami. Musiałam. Przez moment obie milczymy. Potem ona się uśmiecha. Nic nie szkodzi, mówi. Narysuję nowe. Na imię mi Kim. Mira, odpowiadam i podaję jej dłoń.

Ma taką delikatną skórę.

*

O świcie znów siedzę za kierownicą krążownika. Otoczona murem posiadłość zniknęła godzinę temu z bocznych lusterek. Krople ulewnego deszczu bombardują szosę. Z głośników dobiega perkusyjna kanonada i terkot gitarowych riffów. Na sąsiednim fotelu leży metrowa tuba, a w niej zwinięty w rulon obraz. Obraz przedstawia postapokaliptyczny krajobraz z bunkrem na pierwszym planie i całkowicie białą kobiecą sylwetką. Wiozę ze sobą mój dom i miejsce moich narodzin. Moje więzienie. Dostałam je od Kim. W zamian darowałam jej życie. Chociaż… nie, to nie tak, i tak bym jej nie zabiła. Nie po tym, co ujrzałam na tamtych zdjęciach i czego się dowiedziałam o moim stwórcy. Widzicie… – w lewym lusterku zauważam czerwone Ferrari – …prawda jest taka, że my, dziewczyny z okładek, musimy trzymać się razem.

My i nasze samochody.

Brak komentarzy: