<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-6104099372319078205</id><updated>2012-02-10T01:33:22.818-08:00</updated><category term='Powerwolf'/><category term='Grand Magus'/><category term='Mity Cthulhu'/><category term='Benedictum'/><category term='William P. Alston'/><category term='cyborg'/><category term='Holy Grail'/><category term='Icarus Witch'/><category term='Sinister Realm'/><category term='Taunted'/><category term='loup garou'/><category term='Iommi'/><category term='sceptycyzm'/><category term='Krokus'/><category term='Bullet'/><category term='Ragnarok'/><category term='Grave Digger'/><category term='Bible Of The Devil. filozofia'/><category term='Astral Doors'/><category term='Obsession'/><category term='AC/DC'/><category term='polityka'/><category term='Overkill'/><category term='zombie'/><category term='Scarlett Johansson'/><category term='Blaze'/><category term='Vicious Rumors'/><category term='Maple Cross'/><category term='Rob Rock'/><category term='Dezperadoz'/><category term='Logika'/><category term='Saxon'/><category term='power metal'/><category term='Brutal Legend'/><category term='Care Bears'/><category term='Dio'/><category term='Steelwing'/><category term='argument stosu'/><category term='Enforcer'/><category term='teologia'/><category term='Grzędowicz'/><category term='Glen Hughes'/><category term='heavy metal'/><category term='filozofia'/><category term='Motorhead'/><category term='White Wizzard'/><category term='In Solitude'/><category term='Heaven and Hell'/><category term='thrash metal'/><category term='Accept'/><category term='fantastyka'/><category term='gry'/><category term='Wolf'/><category term='Artillery'/><category term='opowiadanie'/><category term='Helstar'/><category term='Airbourne'/><category term='hard rock'/><category term='natura'/><category term='kolistość'/><category term='Chain Reaction'/><title type='text'>Heavy Metal</title><subtitle type='html'></subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://heavy66metal.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://heavy66metal.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>Bartek (BD)</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10242921601194248246</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-4gYGKkuvOpM/TXTsS7GUZhI/AAAAAAAAAQM/Nc4bWSIYUdQ/s220/110864731548ad577558d37.jpg'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>67</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6104099372319078205.post-6637337253710169507</id><published>2012-02-09T01:47:00.000-08:00</published><updated>2012-02-10T01:33:22.840-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='opowiadanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='fantastyka'/><title type='text'>Człowiek, który czytał fikcję</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;(&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Opowiadanie zostało zainspirowane genialnym &lt;/span&gt;&lt;a href="http://chizinepub.com/media/objects/ObjectsOfWorship-Preview.pdf"&gt;&lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;"Object of worship"&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt; autorstwa &lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;Claude'a Lalumiera&lt;/span&gt;)&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;Kiedy wszedłem d&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/--LoHXypXe9M/TzOjl_fTVZI/AAAAAAAAAf8/Mo5QbmPWvh0/s1600/silhouette-of-colored-smoke-25101290529666n8m.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 212px; height: 320px;" src="http://4.bp.blogspot.com/--LoHXypXe9M/TzOjl_fTVZI/AAAAAAAAAf8/Mo5QbmPWvh0/s320/silhouette-of-colored-smoke-25101290529666n8m.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5707085025901761938" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;o salonu, ze stronic otwartej książki, wciąż pachnącej niemowlęcą obietnicą frapującej lektury, wyfrunął smok, załopotał skrzydłami, niezdarnie, jakby robił to pierwszy raz, a potem zatoczył krąg nad stołem, pierwszy, drugi, trzeci, obniżył lot i zawisł tuż nad książką, nad stronami ogołoconymi z liter. Mały smok, smoczątko wręcz, rozmiarów mniej więcej dwóch moich pięści, w całości zbudowane z wersów i akapitów, uformowanych w uskrzydlone jaszczurcze ciało, zakończony rogiem ogon i podłużny łeb o wielkich nozdrzach – tam, gdzie powinny być oczy, pod powiekami utkanymi z liter, błyszczały dwa czerwone punkty. Smok otworzył paszczę, zaskrzeczał i znad stołu poszybował ku podłodze, musnął ją szponami tylnych łap, i wzbił się w górę tuż przed fotelem, na wysokości okna skręcił gwałtownie w prawo, przemknął nad szafą, regałem z książkami, telewizorem, aż wreszcie, obrzuciwszy mnie obojętnym spojrzeniem, wylądował na stole, wśród obrastających kurzem artefaktów – nieopodal laptopa, iPada, telefonu komórkowego, otwartej paczki prezerwatyw, kubka z zimną kawą, stosu niedawno nabytych książek i papierowej teczki, z której wystawał plik artykułów poświęconych zagadnieniu epistemicznej kolistości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chrząknąłem i usiadłem za stołem. Smok nie zwrócił na mnie uwagi. Pochylił się nad iPadem, zamrugał powiekami, aż nagle, jakby doznawszy olśnienia, popukał w błyszczący ekran literkowym pazurem – gdy pojawiły się kolorowe ikonki, cofnął się o krok, zakołysał na tylnych łapach, w końcu, dodawszy sobie odwagi rykiem przypominającym pianie koguta, zbliżył się do tabletu. Pazurki poszły w ruch. Smok zatopił się w lekturze. Postanowiłem mu nie przeszkadzać i zaczekać, aż wróci do książki, dzięki czemu tworzące jego ciało literki zajmą swoje poprzednie miejsce, a ja będę mógł doczytać do końca &lt;a href="http://kasandra-85.blogspot.com/2012/02/smok-griaule-lucius-shepard.html"&gt;opowiadanie o artyście, który postanowił pomalować smoka&lt;/a&gt;. Tymczasem mogłem zająć się czymś innym – dokończyć artykuł, poczytać newsy ze świata, powalczyć ze smokami w konsolowej wersji Skyrim. Nie przypuszczałem, aby literkowy smok mógł mieć coś przeciwko temu ostatniemu, ale gdy po uruchomieniu gry, zaraz za miastem Winterun, natknąłem się na ziejącą ogniem bestię o rozmiarach piętrowego domku jednorodzinnego, mój niecodzienny gość oderwał ślepia od ekranu iPada i wylądował na moim prawym ramieniu. Poczułem zapach siarki i literkowe szpony przebijające koszulkę i skórę. Dał mi wyraźnie do zrozumienia, że powinienem oszczędzić jego digitalnego pobratymca. Wyszedłem więc z gry i odłożyłem pad. Smok polizał mnie za  uchem – język miał szorstki jak kot – i wrócił na stół, gdzie znów pochylił się nad iPadem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zaczęło się niewinnie. Od konfuzji i namysłu. Jakąś rolę odegrała też chęć poznania prawdy, a przynajmniej zamiar zdobycia odpowiedzi na pytanie, od którego – mimo ponawianych wysiłków – nie potrafiłem się uwolnić. Zdobycie właściwej odpowiedzi nie okazało się trudne. Przyniosło jednak rozczarowanie, spotęgowało wątpliwości. Nie byłem w stanie ich powstrzymać. Z dnia na dzień przybierały na wadze, aż w końcu, po dwóch-trzech tygodniach wypełnionych szarymi dniami i z trudem przespanymi nocami, eksplodowały załamaniem nerwowym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Utraciłem wiarę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zanim nadszedł ten pamiętny poranek, kiedy w moje życie zakradła się kozacka pustka, której bała się nawet jej siostra bliźniaczka, Nicość, byłem czytelnikiem fikcji. Nie byle jakim czytelnikiem – wzorcowym! Czytałem więcej fikcji niż tekstów naukowych, filozoficznych, religijnych czy tzw. literatury faktu. Nie było dnia, abym nie przeczytał choćby strony zadrukowanej wersami jakiegoś opowiadania lub powieści. Czytałem przed pracą, w pracy, po pracy, podczas szkoleń, spotkań rodzinnych, rozmaitego sortu uroczystości, przed i po seksie (nie próbowałem jeszcze w trakcie, chociaż bywało i tak, że podczas igraszek z dziewczyną, pieszcząc językiem jej łechtaczkę, zaczynałem myśleć o przeczytanych niedawno opowiadaniach i powieściach, przywoływać z pamięci obrazy najsmakowitszych fragmentów, najzgrabniejszych zdań i innych tego rodzaju łakoci). Można chyba rzec, że fikcja odgrywała w moim życiu ogromną rolę. Większą niż bogowie, wartości, władza, pieniądze, związki, seks, używki i inne źródła treści, którymi zwierzęta z naszego gatunku meblują swoje życie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale utraciłem wiarę, a z nią mą miłość do fikcji, do czerpanej z jej odmętów przyjemności.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Opowiedziałem o wszystkim przyjacielowi. Przyjaciel wysłuchał mnie cierpliwie – przy lampce wina, z fajką w ustach – i pokiwał głową. Ze zrozumieniem i współczuciem. Fachowo. Był w końcu detektywem. Od dwóch lat prywatnym. Współpracowaliśmy przy sprawach kilku moich klientów. Zbierał materiały mające świadczyć o ich – rzeczywistej lub tylko rzekomej – niewinności. Znał się na rzeczy. I był dyskretny oraz lojalny. Znajomość czysto zawodową przenieśliśmy po pewnym czasie na grunt towarzyski. Spotykaliśmy się dwa razy w miesiącu, zawsze w jakimś pubie, aby pogadać o różnych rzeczach, na ogół o tym, co nam aktualnie w duszy grało lub rzęziło. Tamtego wieczoru Eubulaosowi nic w duszy nie grało i nie rzęziło, za to w mojej – wręcz  przeciwnie! – imprezowała Pustka Pustek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Eubulaos przewrócił oczami, wyjął ustnik fajki z ust i powiedział: &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Pomogę ci. Znam odpowiednich ludzi. Możemy się z nimi spotkać jeszcze dzisiaj. Co ty na to?&lt;/span&gt; Zastanowiłem się nad tym, co mam do stracenia. Niewiele tego było. I chyba dlatego, wzruszywszy ramionami, przystałem na propozycję przyjaciela. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Co to za ludzie?&lt;/span&gt; – zapytałem. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Starzy znajomi&lt;/span&gt;, odparł, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;jeszcze z czasów, kiedy pracowałem w &lt;a href="http://heavy66metal.blogspot.com/2012/01/katulu-copyright.html"&gt;Bibliotece&lt;/a&gt;.&lt;/span&gt; &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Można na nich polegać.&lt;/span&gt; Pokiwałem głową. Znów ta Biblioteka, pomyślałem. Eubulaos twierdził, że zanim zaczął pracę w policji pracował jako bibliotekarz. W Bibliotece. Takiej przez duże „B”. Pewnego razu, gdy zdarzyło mu się wypić za dużo, napomknął, że wokół Biblioteki kręci się świat. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Nie tylko ten jeden, nasz, każdy świat&lt;/span&gt;. Próbowałem wówczas pomyśleć o implikacjach jego wyznania, ale byłem za bardzo pijany, aby dość do jakichś sensownych wniosków. Później nie łamałem sobie nad tym głowy. Biblioteka, którą chełpił się Eubulaos, była jednym tych miejsc, które nie interesują się tobą, dopóki sam się nimi nie zainteresujesz, a jeśli to zrobisz, to, cóż, możesz być pewien, że życie, które wiodłeś dotychczas, uznasz z biegiem czasu za anielsko spokojne w porównaniu z tym, co cię niebawem spotka…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ok, powiedziałem&lt;/span&gt;, ja płacę. Ty łap taksówkę. I zawołałem kelnerkę. Wyciągając telefon komórkowy, Eubulaos uśmiechnął się przebiegle, jakby za jego propozycją kryła się niespodzianka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z pubu pojechaliśmy żółto-czerwoną taksówką za miasto.&lt;span style="font-style: italic;"&gt; To nie daleko&lt;/span&gt;, wyjaśnił Eubulaos,&lt;span style="font-style: italic;"&gt; ale dojedziemy tam szybciej, jeśli zaśniesz&lt;/span&gt;. Pokiwałem głową. Cały Eubulaos. Tajemnice i zagwozdki. Mimo wszystko ufałem draniowi, więc przysnąłem. Gorący posiłek i pół butelki wina też zrobiły swoje. Kiedy się obudziłem, samochód stał na skraju jakiejś mieściny. Księżyc wyjrzał zza chmur, a że był w pełni, więc w jego wylewnym blasku dość wyraźnie ujrzałem piaszczystą ulicę i usytuowane po obu stronach koślawe domki z drewna.&lt;span style="font-style: italic;"&gt; Gdzie jesteśmy?&lt;/span&gt; – zapytałem.  Eubulaos chwycił za klamkę, ale zanim otworzył drzwi, powiedział: &lt;span style="font-style: italic;"&gt;To stary plan filmowy. Gdzieś… nie istotne, gdzie. Nie przejmuj się. Ważne, że blisko stąd do Biblioteki. Moi znajomi już czekają&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Było zimno. Wiatr targał moim zamszowym płaszczem. Postawiłem kołnierz na sztorc i nasunąłem czapkę na uszy. Eubulaos – w szarym trenczu, przytrzymując kapelusz prawą ręką – pchnął mnie na tylne siedzenie. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Zostań w samochodzie&lt;/span&gt;, powiedział. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Wierz mi, że nie chcesz, aby Biblioteka okazała ci zainteresowanie. Ok.&lt;/span&gt;, mruknąłem i zatrzasnąłem drzwi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Taksówkarz włączył ogrzewanie i radio. Z głośników popłynęła jazzowa improwizacja. Trochę trwało, zanim Eubulaos stanął przed wejściem do jedynego budynku, z którego okien padało na zewnątrz światło. Zupełnie, jakby wiatr próbował uniemożliwić mu dojście do celu. Przed drzwiami czekało trzech mężczyzn. Wszyscy nosili kapelusze i długie płaszcze. Jeden z nich trzymał karabin maszynowy Thompsona. Eubulaos zdjął swój kapelusz i nachylił się ku najniższemu z nich, facetowi z beżowym płaszczu. Facet wyciągnął spod pachy jakąś książkę i wręczył ją detektywowi. Rozmawiali przez dwie-trzy minuty. Potem Eubulaos założył kapelusz, skinął głową i, odwróciwszy się na pięcie, pomaszerował do taksówki. Ruszyliśmy, gdy zajął miejsce obok kierowcy. Kiedy samochód zawracał, przednie światła omiotły przyglądających się nam gangsterów, a ja ujrzałem ich twarze jakby wyciosane z kamienia, szerokie, toporne, niezdolne do wyrażania innych emocji niż zadowolenie płynące z cudzego cierpienia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Jezu, kim oni są? &lt;/span&gt;– zapytałem. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;To Bibliotekarze. Ich wygląd…&lt;/span&gt; - Eubulaos zawahał się - &lt;span style="font-style: italic;"&gt;… jest wyglądem czasów wojny&lt;/span&gt;. Zmarszczyłem brwi. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;W Bibliotece toczy się wojna&lt;/span&gt;, wyjaśnił. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;O nic więcej pytaj, dobrze?&lt;/span&gt; Nie odpowiedziałem. Z głosu przyjaciela przebijała podszyta strachem troska.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pojechaliśmy do mnie, na przedmieścia. Eubulaos rozgościł się w salonie. Znając alkoholową topografię mojego mieszkania, raz-dwa przygotował nam po drinku. Usiedliśmy w fotelach. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Więc?&lt;/span&gt; – zapytałem. Eubulaos położył na kolanach książkę, którą wręczył mu gangster w beżowym płaszczu. Była ogromna, miała grube okładki, wykonane z marszczonej skóry, całe czarne. Wyglądała na starą. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Powiedziałeś, że utraciłeś wiarę&lt;/span&gt;, zaczął Eubulaos. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;W jakim sensie? &lt;/span&gt;Łyknąłem drinka i odpowiedziałem: &lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z ogromną jasnością ujrzałem, że pozostając czytelnikiem fikcji stoję przed niezbyt przyjemną alternatywą: zdania, tworzące literackie teksty, są albo prawdziwe, albo nieprawdziwe; jeśli nie są prawdziwe, to albo są fałszywe albo pozbawione wartości logicznej; jeśli są pozbawione logicznej wartości, to albo są sensowne, albo pozbawione sensu. Przemyślałem sprawę i dokonałem wyboru w zgodzie z moimi intuicjami i przekonaniami. W rezultacie przestałem wierzyć, że czytanie fikcji ma jakikolwiek sens. Na początku nie było mi z tym tak źle, jak teraz. Nie wierzyłem bowiem, że czytanie fikcji jest pozbawione sensu. Zajmowałem w tym zakresie stanowisko sceptyckie. Później zacząłem jednak skłaniać się do tezy, że czytanie fikcji nie ma sensu. Żadnego. Dlatego przestałem ją czytać&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Eubulaos podrapał się po skroni. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Rozumiem&lt;/span&gt;, rzekł. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Problem wydaje się jasny. Jeśli chcesz uwolnić się od Pustki Pustek, tej suki, przed którą drży ze strachu potężna Nicość, musisz odzyskać wiarę. A ta księga&lt;/span&gt;, popukał palcem w jej okładkę,&lt;span style="font-style: italic;"&gt; może ci w tym pomóc&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Eubulaos mówił dalej. Słuchałem go w skupieniu, kiwając od czasu do czasu głową. Kiedy skończył, wiedziałem już, co powinienem zrobić, aby odzyskać dawne życie. Podziękowałem mu za pomoc i odprowadziłem do drzwi. Musiałem to zrobić sam. Wróciłem do salonu i spojrzałem na leżącą na stoliku książkę. Otworzyłem ją na właściwej stronie, przestudiowałem rysunki i zabrałem się do pracy. Godzinę później na środku pokoju wznosił się ołtarz. Położyłem na nim najcenniejsze książki z mojej kolekcji, oblałem  je benzyną i podpaliłem. A potem padłem na kolana i zacząłem się modlić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nigdy nie uważałem się za człowieka religijnego. Prawdę mówiąc, bogowie nie obchodzili mnie zanadto. Nawet ci najpopularniejsi, jak niezliczone mutacje Boga, Allacha, Jehowy, Matki Natury, Gai, Wisznu, Brahmy i Siwy. Koło pióra latał mi nawet ten nieśmiały bóg, do którego modliły się osoby przekonane, że nazwy „Bóg”, „Allach”, „Jehowa" i im podobne odnoszą się, wbrew intencjom ich użytkowników, do jednego i tego samego indywiduum – do Złodzieja Mitów. Z mojej perspektywy byłem wzorcowym ateistą. Bogowie chadzali swoimi ścieżkami, niegdyś dość krwawymi, obecnie, od dwóch wieków, funkcjonowali ekumenicznie, na ogół nie wyściubiając nosa ze strefy swoich wpływów, chuchając i dmuchając na wyznawców, którzy praktykowali wiarę w warunkach bezprecedensowej wolności religijnej. Wolność religijna sprzyjała herezjom, herezje zaś owocowały kolejnymi mutacjami bogów. Zmultiplikowani bogowie byli słabi. Bardzo mi ten stan rzeczy odpowiadał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie miałem jednak pojęcia, że byłem wyznawcą  jednego z  nich, że dzień w dzień oddawałem mu cześć, że go wielbiłem – przed pracą, w pracy, po pracy, podczas szkoleń, spotkań rodzinnych, rozmaitego sortu uroczystości, przed i po seksie, zawsze, gdy czytałem jakąś fikcję, a także podczas igraszek z jakąś dziewczyną, pieszcząc językiem jej łechtaczkę, gdy zaczynałem myśleć o przeczytanych niedawno opowiadaniach i powieściach, przywoływać z pamięci obrazy najsmakowitszych fragmentów, najzgrabniejszych zdań i innych tego rodzaju łakoci.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Byłem cichym kultystą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Języki ognia strzelały pod sufit, salon wypełniał się szarym dymem, a ja się modliłem. Szczerze, chcąc uwolnić się od Pustki Pustek, największej suki wśród egzystencjalnych czarnych dziur. W końcu z moich oczu popłynęły łzy. Serce zabiło mocniej. Ogień zgasł. Z kłębów dymu wyłoniła się humanoidalna postać. Bez rysów, bez płci, cała szara. Zbliżyła się do mnie i ujęła mą twarz w dłonie pachnące spalonym papierem. Poczułem ciepło. Potem ulgę. Pustka Pustek czmychnęła, skowycząc. Ktoś zaśmiał się gardłowo. Może to jej siostra, Nicość, pomyślałem. Nieważne. Byłem uzdrowiony. Napełniony nowiutką wiarą. Wersją &lt;span style="font-style: italic;"&gt;de luxe&lt;/span&gt;. Bóg Pustych Nazw i Niespełnionych Predykatów dał mi drugą szansę. W jego gładkiej twarzy pojawiły się usta. Dotknął nimi moich ust, wsunął między nie język i pocałował. Delikatnie, z wprawą, doskonale, jak przystało na  boga. Napełniony tworzącym jego ciało dymem, padłem na kolana, otworzyłem na  pierwszej stronie przygotowaną na tę okazję książkę i zacząłem czytać. To była moja modlitwa. Mój sposób na oddanie bogu tego, co boskie. Na nakarmienie go czcią.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potem było już tylko lepiej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Literkowy smok zasnął pomiędzy iPadem a stosem nowiutkich książek. Ściszyłem muzykę. Nie chciałem, aby ze snu wyrwał go gitarowy łomot. Usiadłem przed laptopem i zacząłem pisać. Napisałem pierwszy akapit:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Kiedy wszedłem do salonu, ze stronic otwartej książki, wciąż pachnącej niemowlęcą obietnicą frapującej lektury, wyfrunął smok, załopotał skrzydłami, niezdarnie, jakby robił to pierwszy raz, a potem zatoczył krąg nad stołem, pierwszy, drugi, trzeci, obniżył lot i zawisł tuż nad książką, nad stronami ogołoconymi z liter”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po postawieniu kropki podreptałem do kuchni, z której wróciłem po pięciu minutach z kubkiem świeżej kawy. Smok wciąż spał. Uroczy maluch. Nie był pierwszym darem od Boga Pustych Nazw i Niespełnionych Predykatów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W zeszłym tygodniu zostawiłem na stole plik kartek z opowiadaniem &lt;a style="font-weight: bold;" href="http://niedobreliterki.wordpress.com/2012/01/04/opowiadanie-maltanek-by-bartek-orlewski/"&gt;„Maltanek”&lt;/a&gt;. Gdy wróciłem z łazienki, zrelaksowany dziesięciominutowym prysznicem, kartki były puste. Literki uformowały dwie kobiece sylwetki, każda wielkości mniej więcej mojej pieści. Matka i córka – domyśliłem się, znając treść „Maltanka”. Matka była brunetką, córka rudowłosa. Obie – piękne,  seksowne i śmiertelnie niebezpieczne – parały się czarnoksięstwem. Czarowały oczami, dłońmi i zgrabnymi pupami. Nie miały w zwyczaju przegrywać. Wieczorem, gdy położyłem się do łóżka, literkowe wiedźmy wskoczyły na moją pierś i zaczęły między sobą szeptać. Nie podobało mi się to. Wiedziałem na co je stać. Nie chciałem skończyć tak jak Dashiell, protagonista „Maltanka”, uwięziony we własnej dłoni. Oczy – przysięgam! – zamknąłem tylko ma moment. Obudził mnie pocałunek. I czyjaś dłoń wsunięta w moje bokserki. Uniosłem niemrawo powieki. Po lewej tuliła się do mnie brunetka, po prawej jej córka – rudowłosa Nancy. Wyglądały zwyczajnie, jak samice z naszego gatunku, z tą różnicą, że u każdej pod skórą przesuwały się korowody  literek. Zadrżałem ze strachu i rozkoszy. Zręcznymi pieszczotami wciągały mnie w otchłań. Nie stawiałem oporu, nie licząc erekcji. Nancy pieprzyła się wybornie. Do ostatniej kropli potu – tak, jak napisałem w „Maltanku”. Jej bezimienna matka nie była gorsza. Nad ranem pościel pachniała ich potem i perfumami. Zerwałem się z łóżka i podszedłem do stołu – literki były na swoim miejscu, całe wersy i akapity również. Z porozrzucanych kartek spozierało na mnie opowiadanie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bogowie nagradzają swoich wyznawców.  Nie mają dużych wymagań. W zamian za opiekę, błogosławieństwa i dary żądają jedynie czci. Żywią się nią. Tak jak psy karmą. Psy, skoro już o nich wspomniałem, lubią być drapane – za uszami, po karku, grzbiecie i brzuchu. Pies, którego drapie się tam, gdzie go swędzi, zacznie w końcu machać łapą. Bogowie na okazywaną im cześć reagują podobnie. W zamian sypią z rękawa darami. Może więc jutro, gdy się obudzę, przekonam się, że mój smoczy gość, osiągnąwszy odpowiednie rozmiary, czeka na mnie w ogrodzie, przygotowany do lotu, prężąc w blasku wschodzącego słońca srebrzyste skrzydła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Teraz, kiedy siedzę przed laptopem z kubkiem stygnącej kawy w dłoniach, jedno jest pewne: nadal sypiam z wiedźmami. I jestem dłużnikiem Eubulaosa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Obrazek z pierwszego akapitu należy do &lt;a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Domena_publiczna"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Domeny Publicznej&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; i pochodzi stąd:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.publicdomainpictures.net/view-image.php?image=10444&amp;amp;picture=sylwetka-kolorowy-dym"&gt;Sylwetka  kolorowy dym&lt;/a&gt; przez Lebin Yuriy&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6104099372319078205-6637337253710169507?l=heavy66metal.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://heavy66metal.blogspot.com/feeds/6637337253710169507/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6104099372319078205&amp;postID=6637337253710169507' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/6637337253710169507'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/6637337253710169507'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://heavy66metal.blogspot.com/2012/02/czowiek-ktory-czyta-fikcje.html' title='Człowiek, który czytał fikcję'/><author><name>Bartek (BD)</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10242921601194248246</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-4gYGKkuvOpM/TXTsS7GUZhI/AAAAAAAAAQM/Nc4bWSIYUdQ/s220/110864731548ad577558d37.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/--LoHXypXe9M/TzOjl_fTVZI/AAAAAAAAAf8/Mo5QbmPWvh0/s72-c/silhouette-of-colored-smoke-25101290529666n8m.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6104099372319078205.post-6101341566137430217</id><published>2012-01-19T05:45:00.000-08:00</published><updated>2012-01-21T03:07:22.338-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='opowiadanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='fantastyka'/><title type='text'>K(a)tulu Copyright</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a href="http://t3.gstatic.com/images?q=tbn:ANd9GcQzNraeUSbIr-wIaeZ2t6LzgbD3Brzx7rCvcsfpTjZS8Wp4ARYh"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 225px; height: 225px;" src="http://t3.gstatic.com/images?q=tbn:ANd9GcQzNraeUSbIr-wIaeZ2t6LzgbD3Brzx7rCvcsfpTjZS8Wp4ARYh" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Chcę ukraść Necronomicon&lt;/span&gt;, powiedział mężczyzna siedzący po przeciwnej stronie biurka. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Dowiedziałem się, że pan może mi w tym pomóc&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;Eubulaos splótł dłonie na brzuchu. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;To prawda&lt;/span&gt;, odparł.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Świetnie… &lt;/span&gt;&lt;span&gt;- przez twarz mężczyzny przemknął wyraz zadowolenia, ale Eubulaos zmarszczył &lt;/span&gt;brwi i powiedział:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Pan naprawdę chce ukraść Necronomicon, Księgę Umarłych, napisaną w 730 roku naszej ery przez Abdula al-Hazreda. Księgę, w której szalony Abdul opisał rytuał przebudzenia Cthulhu, śpiącego na dnie oceanu w pradawnym mieście R’lyeh. Z powodu tajemnic zawartych w Necromoniconie wielu zacnych ludzi popadło w obłęd, a niektórzy stracili coś więcej niż zdrowie czy życie. Wessała ich bezdenna pustka między światami… Przykro mi, ale nie pomogę panu.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Mężczyzna błysnął białymi zębami. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Dlaczego?&lt;/span&gt; – zapytał, nachyliwszy się ku rozpartemu na obrotowym krześle detektywowi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Bo to niemożliwe&lt;/span&gt;, odpowiedział ze spokojem Eubulaos.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Eubulaos jak zwykle znajdował się w centrum wydarzeń. Ten fakt, jakkolwiek zaskakujący dla ludzi, którzy nie znali Eubulaosa, miał proste wyjaśnienie – biuro Eubulaosa mieściło się na rogu dwóch cichych ulic, w wyremontowanej kamienicy, zamieszkiwanej, poza Eubulaosem, przez osoby z gatunku, do którego – chcąc nie chcąc – należał również sam Eubulaos. Kamienica była częścią Biblioteki, co oznaczało, że było nią też biuro Eubulaosa. Z racji tego, że świat kręcił się wokół Biblioteki, Eubulaos mógł tkwić w centrum wydarzeń, nie ruszając się zza biurka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziesięć minut temu Eubulaos zajadał się oliwkami i przeglądał pobieżnie wczorajszą prasę. Był zajęty tym, co zwykle, gdy nie oddawał się dialektyce, literaturze i miłosnym igraszkom uskutecznianym poprzez internetowy komunikator – mianowicie, czekał na klienta. Przy okazji czekał też na koniec.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Może nawet na Koniec Końców.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy na schodach rozległy się kroki, Eubulaos zastygł za trzymaną przed nosem gazetą, otwartą na artykule o jakiejś aferze w ratuszu. Ciężkie, mocne tąpnięcia - na tle monotonnego szumu deszczu, szeleszczącej gazety i oliwek miażdżonych końskimi zębami - nagle ucichły. Ktoś zapukał do drzwi. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Proszę&lt;/span&gt;! - krzyknął z głębi biura Eubulaos.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mężczyzna nosił białą marynarkę, fioletową koszulę i białe spodnie. Kapelusz powiesił na wieszaku przy drzwiach. Dziesięć minut później, usłyszawszy odpowiedź Eubulaosa, przywołał na twarz uśmiech, z którego słynął wśród swoich wielbicielek, i zapytał: &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Dlaczego jest to niemożliwe?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Z powodu tutejszego prawa.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Klient uniósł brwi. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Proszę kontynuować&lt;/span&gt;, rzekł.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Eubulaos zważył w dłoni oliwkę, a potem odłożył ją do miseczki. Westchnienie, któremu pozwolił się wyrwać ze swojej piersi, miało zasugerować rozmówcy, że sytuacja jest beznadziejna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Dobrze&lt;/span&gt;, powiedział bez przekonania. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Niech pan postawi sobie pytanie: czy na obszarze, jakim włada tutejszy system prawny, ten normatywny potwór o apetycie nie mniejszym niż apetyt Cthulhu i jego potomstwa, możliwe jest dokonanie kradzieży tekstu. Otóż nie. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Eubulaos zakasłał i mówił dalej:&lt;br /&gt;&lt;br style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Według rodzimego prawa karnego, kradzież polega na zaborze cudzej rzeczy ruchomej w celu przywłaszczenia. Wynika stąd, że w sensie prawnym można ukraść tylko i wyłącznie rzecz ruchomą. Prawne pojęcie rzeczy wyjaśnia kodeks cywilny. Haczyk, ten bękart diabła i prawdy, tkwi w tym, że według rodzimego prawa autorskiego, uregulowanego odrębną ustawą, utwór, czyli przedmiot praw autorskich, nie jest rzeczą w rozumieniu rodzimego kodeksu cywilnego¸ nie jest więc, w myśl tego kodeksu, również rzeczą ruchomą. Wynika stąd dalej, że w myśl rodzimego prawa karnego, prawa cywilnego i prawa autorskiego nie jest możliwe dokonanie kradzieży utworu. A skoro tekst jest utworem, to nie jest możliwe, na gruncie naszego prawa, dokonanie kradzieży tekstu. Nadąża pan?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mężczyzna skinął głową. Krople mocniej bębniły o parapet. Ponad dachami kamienic skłębione chmury torowały drogę burzy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Dobrze&lt;/span&gt;, powiedział Eubulaos. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Wróćmy do Necronomiconu. Necronomicon jest tekstem. Bluźnierczym i pełnym złowrogich ludzkości tajemnic, ale mimo wszystko tylko tekstem. Tekstem utrwalonym w jakimś materialnym nośniku, w jakiejś książce, która, według rodzimego prawa, jest rzeczą ruchomą. Zatem, biorąc pod uwagę wszystko, co powiedziałem, należy stwierdzić, że nie jest możliwe dokonanie kradzieży Necronomiconu. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za oknem pociemniało, w biurze przygasło światło rzucane przez stojącą biurku lampę. Twarze rozmówców cofnęły się w mrok.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Owszem mógłby pan kopiować lub rozpowszechniać Necronomicon wbrew woli uprawnionego podmiotu&lt;/span&gt;&lt;span&gt;, kontynuował detektyw.&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt; Takie działanie skutkowałoby naruszeniem chroniących to dzieło praw autorskich – gdyby oczywiście jakieś prawa je chroniły, a nie chronią. Necronomicon należy bowiem do domeny publicznej. Gdyby nawet było inaczej, to bezprawnie kopiując lub rozpowszechniając Necronomicon, dokonałby pan jedynie naruszenia praw autorskich, a nie kradzieży, o której jest mowa w artykule 278 rodzimego prawa karnego.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niebiosa zamruczały donośnie, a potem splunęły błyskawicami. Eubulaos podszedł do okna i zapatrzył się na upstrzony rozbłyskami pejzaż sennej dzielnicy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Kto wie?&lt;/span&gt; – powiedział, stojąc bokiem do swojego klienta. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Może nie powinniśmy o tym rozmawiać. Przecież Cthulhu śni o każdym, kto choćby pomyśli jego imię, a więc również o nas, panie…&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mężczyzna w białej marynarce machnął lekceważąco ręką.&lt;br /&gt;&lt;br style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Nie boję się Władcy R’lyeh. Proszę mówić dalej. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Eubulaos wzruszył ramionami i przeniósł spojrzenie z błyszczących oczu klienta na pogodowy dramat zbawienia i potępienia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ktoś może rzec: złodziej to złodziej, a  kradzież to kradzież. Po co dzielić włos na czworo? Cóż, zgadzam się – złodziej to złodziej. Kradzież to kradzież. A pytanie o dzielenie włosa jest spóźnione, gdyż włos został już podzielony przez ustawodawcę. Naruszenie praw autorskich nie jest kradzieżą. I nie ma w tym – uprzedzając ewentualny zarzut – żadnej zabawy w słówka, a jedynie baczne zwracanie uwagi na sens przypisywany słowom zarówno w języku potocznym, jak i w jego prawnym rozszerzeniu. Sednem naruszenia praw autorskich jest korzystanie z utworu w sposób niezgodny z wolą podmiotu praw autorskich, a polegający zasadniczo na kopiowaniu utworu i rozpowszechnianiu go na warunkach, na które nie zgodził się rzeczony podmiot. Tego typu działanie, rzekomo naganne, nie implikuje dokonania zaboru utworu w celu przywłaszczenia. A bez takiego zaboru nie ma mowy o kradzieży. Wychodzi więc na to, że z takich czy innych powodów nie mogę panu pomóc w kradzieży Necronomiconu.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Burza przybrała na sile. Błyskawice rozdzierały niebo, pioruny szturmowały ulice i budynki, w parku dla dzieci zapaliło się drzewo. A ziemia – ziemia drżała.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Rozumiem&lt;/span&gt;, powiedział mężczyzna. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Jeśli ma pan rację, panie Eubulaos, to zmarnowałem jedynie czas, przygotowując się do kradzieży Księgi Umarłych. W Polsce, dzięki obowiązującemu prawu, nie jest możliwe dokonanie kradzieży tekstu. Mógłbym spróbować gdzie indziej, w innych krajach, ale pewnie tam rzeczy mają się podobnie. Coś nie daje mi jednak spokoju. Powiedział pan, że nośnik utworu jest rzeczą ruchomą, a więc czymś, co  – dzięki tutejszemu prawu – da się ukraść. Mogę więc ukraść nośnik Necronomiconu, czyli książkę, w której to bluźniercze dzieło zostało utrwalone. Tym samym, w pewnym sensie, ukradnę również sam Necronomicon, prawda?  &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Eubulaos wrócił za biurko i zanurzył dłoń w misce z oliwkami. Dopiero po chwili zauważył, że oliwki skurczyły się i sczerniały. Odłożył je na stół i wyciągnął z szuflady paczkę higienicznych chusteczek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Cthulhu czuwa&lt;/span&gt;, rzucił.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Klient uśmiechnął się smutno.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Najwyraźniej. Ale nie odpowiedział pan na moje pytanie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Eubulaos poczuł pod stopami drżenie. Podłoga zdawała się wibrować. Zatrzęsły się nieznacznie meble. Drgnęło nawet wielkie, zabytkowe biurko.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Cóż, na pierwszy rzut oka można by pomyśleć, że pańskie rozumowanie jest trafne&lt;/span&gt;, ciągnął detektyw. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Uważam je jednak za błędne. Sytuację można rozpatrzyć z dwóch punktu widzenia. Najpierw z perspektywy tutejszego prawa. Otóż utwór, a tekst jest niewątpliwie utworem, może istnieć w wielu egzemplarzach. Tutejszy system prawny utożsamia egzemplarz utworu z materialnym nośnikiem utworu, z jakąś ruchomą rzeczą, w której utwór został utrwalony. Pańskie rozumowanie byłoby trafne, gdyby istniał tylko jeden – tak właśnie rozumiany – egzemplarz Necronomiconu. Wtedy kradnąc komuś nośnik Necronomiconu, ukradłby pan w pewnym sensie sam Necronomicon. Byłby to jednak czyn jedynie analogiczny do kradzieży, której istotę określa miłościwie nam panujące prawo karne. Nic ponadto. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Eubulaos zgarnął oliwki ze stołu i wrzucił je do kosza. Podłoga nadal wibrowała. Regały tańcowały przy ścianach. Ale rozmówca Eubulaosa nic sobie z tego nie robił. Na jego twarzy malował się bezbrzeżny spokój.&lt;br /&gt;&lt;br style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Po drugie, wieloinstancyjność tekstu można rozumieć też nieco inaczej. Mianowicie tak, że każda kopia tekstu utrwalonego zrazu w jakimś nośniku jest tekstem mającym tę samą treść, co tekst, powiedzmy, wyjściowy. Kolejne kopie tekstu wyjściowego są tekstami numerycznie od niego różnymi, bo zlokalizowanymi w innych nośnikach. Mimo to przyjmujemy, że każda kopia wyjściowego tekstu daje nam dostęp do jego treści. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Zdarzają się wyjątki&lt;/span&gt;, wtrącił nagle klient.&lt;br /&gt;&lt;br style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Słucham?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;„Don Kichot” autorstwa Pierre’a Menarda. Napisany na początku XX wieku, dzieło takożsame z „Don Kichotem” Cervantesa, jego literacki homonim, tekst tak samo wyglądający, różniący się jednak od tego drugiego znaczeniem. Nie czytał pan? &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Eubulaos uśmiechnął się zdawkowo.&lt;br /&gt;&lt;br style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Cervantesa tak, Mennarda nie. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Jest jeszcze pewne opowiadanie Cortazara, a dokładniej jedna z kopii oryginalnego tekstu. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Chodzi panu o „Zajęty dom”? &lt;/span&gt;– upewnił się detektyw.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://heavy66metal.blogspot.com/2011/09/bez-tytuu.html"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Tak, słyszałem, że pewna kopia tego opowiadania zyskała świadomość i zdolność reinterpretowania przypisywanych jej przez czytelników znaczeń…. &lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Eubulaos z trudem powstrzymał się przez zerknięciem na regał, na którym stał tomik opowiadań Cortazara. Książki podrygiwały na półkach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Obiło mi się o uszy, rzekł. Ale ma pan rację. Zdarzają się wyjątki. Możliwe są homonimiczne teksty. Wyglądają tak samo, brzmią tak samo, ale różnią się znaczeniem, mają bowiem odmienną historię interpretacji, a tym samym odmienną sekwencję wpisywanych w nie sensów... &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zgrabnie pan to ujął, panie Eubulaos.&lt;br /&gt;&lt;br style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Cóż, dziękuję. Tak czy inaczej, mógłby pan ukraść nośnik jednej z takich kopii, a tym samym, w pewnym sensie, utrwaloną w nim kopię tekstu wyjściowego. Byłoby to jednak, w świetle obowiązującego w Polsce prawa, coś tylko analogicznego do kradzieży. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Rozumiem&lt;/span&gt;, mężczyzna pokiwał głową. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Wszystko rozbija się o definicję kradzieży&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Eubulaos rozłożył ręce.&lt;br /&gt;&lt;br style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Niestety.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Złodziej wstał z krzesła i zaczął się przechadzać po pokoju.&lt;br /&gt;&lt;br style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Pozwoli więc pan, że zadowolę się czynem alogicznym do kradzieży&lt;/span&gt; – powiedział, gdy doszedł do okna. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Otóż zamierzam ukraść – w znaczeniu, którego nie uwzględnia tutejsze prawo –  jedną z kopii Necronomiconu, tekst numerycznie różny od wyjściowego, mający jednak ten sam sens. Co więcej, uważam, że może mi pan pomóc. Kopia, o której mówię, znajduje się w pewnej bibliotece. Wokół tej biblioteki kręci się świat, więc każdy kto w niej przebywa, znajduje się w centrum wydarzeń. Prawda?&lt;/span&gt;&lt;br style="font-style: italic;"&gt;&lt;br style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Tak. W pewnym sensie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Pańskie biuro znajduje się na terenie Biblioteki, zatem my obaj…&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;…również&lt;/span&gt;, dokończył Eubulaos. A potem, obserwując spod przymrużonych powiek uśmiechniętego złodzieja, powiedział:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Biblioteka znajduje się w wielu miejscach Ziemi, ale jest większa niż to, co ludzie nazywają światem, a co, tak naprawdę, ogranicza się do jednej planety. Zawsze dziwiło mnie to, że Cthulhu i inni Wielcy Przedwieczni upodobali sobie nasz, w gruncie rzeczy prowincjonalny świat na tyle, by starać się nim zawładnąć, ale nigdy, nie licząc ich szurniętych wyznawców, nie zainteresowali się Biblioteką.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Zatem zna pan Bibliotekę&lt;/span&gt;, stwierdził z zadowoleniem złodziej. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;I najpewniej wie, gdzie spoczywa interesująca mnie kopia Necronomiconu. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Wiem. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Doskonale. Zatem gdzie?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Wiem, że nie ma już jej w Bibliotece.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Złodziej otworzył usta, ale nic nie powiedział.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Napije się pan czegoś mocniejszego?&lt;/span&gt; – zapytał Eubulaos.&lt;br /&gt;&lt;br style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Słucham?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Coś mocniejszego. Na drogę. Whisky? Brandy? Wódka?&lt;/span&gt; – wymieniał detektyw, idąc do kuchni. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Mam też piwo. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Na drogę dokąd?&lt;/span&gt; – zapytał złodziej, najwyraźniej zbity z pantałyku.&lt;br /&gt;&lt;br style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;W najlepszym razie w otchłań między gwiazdami&lt;/span&gt;, zawołał z kuchni Eubulaos. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;W najgorszym w otchłań gardzieli potomstwa Cthulhu…&lt;/span&gt;&lt;br style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;Eubulaos minął lodówkę i zatrzymał się tuż przed ścianą. Wymacał sprytnie ukryty przełącznik i otworzył nim niewidoczne dla niewprawnego obserwatora drzwi. Złodziej wpadł do kuchni z wyrazem obłędu na kredowej twarzy. Zdążył ujrzeć plecy detektywa znikające w prostokątnym, ciemnym portalu, gdy ogromna, śluzowata macka zacisnęła się wokół kamienicy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Eubulaos odetchnął, poczuwszy za plecami chłód ściany. Wokół było ciemno, więc wymacał włącznik światła. Korytarz prowadził w dół, ku sześciobocznej galerii, z niskimi balustradami i studnią wentylacyjną w środku. Dawno tutaj nie byłem, pomyślał Eubulaos, a potem  spojrzał za siebie, na ścianę, za którą pewne rzeczy kończyły się definitywnie. Przypomniały mu się słowa pewnego pisarza. Wyszczerzył końskie zęby.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cóż, to tylko kolejny koniec świata.  Za tą myślą zszedł w głąb Biblioteki.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6104099372319078205-6101341566137430217?l=heavy66metal.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://heavy66metal.blogspot.com/feeds/6101341566137430217/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6104099372319078205&amp;postID=6101341566137430217' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/6101341566137430217'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/6101341566137430217'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://heavy66metal.blogspot.com/2012/01/katulu-copyright.html' title='K(a)tulu Copyright'/><author><name>Bartek (BD)</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10242921601194248246</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-4gYGKkuvOpM/TXTsS7GUZhI/AAAAAAAAAQM/Nc4bWSIYUdQ/s220/110864731548ad577558d37.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6104099372319078205.post-1119116138297391154</id><published>2012-01-06T16:36:00.001-08:00</published><updated>2012-01-31T15:09:26.773-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='opowiadanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='fantastyka'/><title type='text'>Saul</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/-O5_VXFw0V3s/TwgisgizmzI/AAAAAAAAAdM/cdHrv8iBUr8/s1600/woman-warrior.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 213px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-O5_VXFw0V3s/TwgisgizmzI/AAAAAAAAAdM/cdHrv8iBUr8/s320/woman-warrior.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5694839876855503666" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;To, co ujrzał, było wspólne dla snu i jawy. Konwój wielkich, czarnych ciężarówek wjeżdżający do lasu. Śnił o nich po raz pierwszy w dniu, kiedy dobiegający z piwnicy hałas wybawił go z wygodnego fotela, w którym czytał zeszłotygodniową prasę. Dwa dni później śnił o nich ponownie, ale tym razem, gdy po raz wtóry przeżywał sen o wielkich, czarnych ciężarówkach znikających w lesie, w ogromnym domu był ktoś jeszcze – w pokoju gościnnym, na wielkim, skrzypiącym łożu leżała pod czerwoną kołdrą dziewczyna, którą ostatni raz widział, gdy był o dwadzieścia pięć lat młodszy. Wyglądał wtedy tak samo, jak teraz. Ona zaś była dzieckiem.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;Saul mieszkał nad jeziorem, pod lasem, w domu przeznaczonym dla wieloosobowej rodziny. Dom był stary i zaniedbany. Rozpadał się od wielu lat, czasami dość spektakularnie, raz na jakiś czas wielkim hukiem wypłaszając na zewnątrz zamieszkujące poddasze ptactwo. Na ogół jednak dom konał po cichu, w samotności podsycanej obojętnym skrzypieniem desek podłogowych. Obecny właściciel nie przejmował się pękającymi ścianami, łuszczącą się farbą i tynkiem sypiącym się z sufitu. Zajmowały go inne sprawy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tamtego dnia – gdy z niesmakiem odłożył na stolik gazetę i zszedł do piwnicy, aby przekonać się, że dawno niewidziana znajoma wpadła z niezapowiedzianą wizytą – Saul rozmyślał nad swoją przeszłością. Rozmyślał też nad swoim obecnym imieniem. Przez moment zastanawiał się nawet nad powrotem do jednego ze starych, symbolizujących odwieszone na kołek tożsamości. Odłożył ten pomysł na później. I dziarskim krokiem ruszył do piwnicy, zaniepokojony podziemną eksplozją, od której dom zatrząsł się jak osika.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziewczyna, którą Saul zastał na dole na tle dziury ziejącej w ścianie z czerwonych cegieł, wymówiła jedno z jego najstarszych imion. Saul uśmiechnął się ciepło. I pomyślał o… sam nie był pewien o czym pomyślał. Dziewczyna, widząc jego uśmiech, też się uśmiechnęła i zaczęła mówić. Wręcz wyrzucać z siebie słowa i zdania, jakby były one brzemieniem, z którym przebyła bardzo długą drogę, rozpoczętą po przeciwnej stronie lustra. Dziewczyna mówiła i mówiła. Trochę w języku Saula, a trochę w swoim, którego Saul nie znał. Słuchał jej w milczeniu, uśmiechając się w sposób, w jaki kiedyś, w czasach, o których chciał zawsze pamiętać, uśmiechał się do swojej jedynej córki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W pewnej chwili dziewczyna zemdlała.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Saul położył ją na łóżku w pokoju gościnnym i nakrył kołdrą. Na moment otworzyła oczy i rozejrzała się dookoła. Drżała. Perliste krople lśniły na jej czole.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Śpij&lt;/span&gt;, powiedział Saul.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziewczyna skinęła głową i przytuliła policzek do miękkiej poduszki. Szybko zapadła w sen. Saul wrócił do przerwanej lektury. Zasnął w fotelu. We śnie – gdzieś około piątej nad ranem, gdy samotność domu wypełniały jęki, jakie wydawała, przewracając się z boku na bok, dziewczyna – Saul wyszedł na ganek, gdzie ujrzał wyłaniającą się zza zakrętu wielką, czarną ciężarówkę o ciemnych szybach, a po niej kolejną, jeszcze większą i ciemniejszą, i trzecią, i czwartą, i… ósmą, wszystkie ryczące, kołyszące się na nierównej nawierzchni, rozbijające pasma porannej mgły w drodze ku ścianie strzelistych drzew, za którymi nie było żadnej drogi zdolnej przyjąć te wielokołowe potwory. Gdy ostatni pojazd zniknął w leśnym mroku, na drodze pojawił się kot, a Saul otworzył oczy i stwierdził, że siedzi w fotelu, z gazetą rozłożoną na udach. Kot i ciężarówki zniknęły. Saul wyjrzał przez okno. Mlecznobiałe pasma unosiły się nad podjazdem i położoną niżej drogą. Wyszedł na ganek. Z powodu mgły droga była ledwo widoczna, ale las… las był tam, gdzie zwykle, górując nad okolicą, wręcz przytłaczając ją swoją obecnością. Saul wyszedł na drogę, ale nie zauważył śladów opon. Pokręcił się przez chwilę w miejscu, po czym wrócił do domu, spoglądając ukradkiem na drzewa, pomiędzy którymi wiły się wężowe sploty mgły.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Las milczał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Śniadanie zjedli na tarasie z widokiem na zapuszczony ogród. Francuskie tosty z dżemem i bitą śmietaną. Specjalność Saula. Potem poszli na spacer. Było słonecznie i ciepło. Delikatny wiatr kołysał złotawymi koronami drzew. Na początku szli w milczeniu, które ku ich obopólnemu, choć przeżywanemu z osobna zadowoleniu wcale nie było krępujące. W pewnej chwili Saul poznał jej imię. Astiala-Wegna. Skrócił do je do „Astia”. Brzmiało dziwnie w jego ustach. Dziewczyna chichrała się, gdy próbował wymówić je poprawnie. Dał sobie spokój.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Skręcili właśnie w polną dróżkę wiodącą do pobliskiego miasteczka, gdy Astia, mimowolnie kalecząc ojczysty język Saula, zaczęła wyjaśniać powody swojej wizyty. Był trochę zaskoczony, bo w swej opowieści sięgnęła głęboko w przeszłość obcego mu świata. Nie kojarzył miejsc, osób i wydarzeń. Ale słuchał życzliwie. Kiedy Astia zamilkła, usiadła na szerokim pniu, który stał na rozstaju dróg. Odgarnęła z czoła grzywkę rudych włosów i popatrzyła badawczo na Saula. Saul stał z rękoma splecionymi za plecami, zastanawiając nad odpowiedzią. Pytanie wciąż wisiało w powietrzu. Astia spoglądała wyczekująco. Saul marszczył brwi. W nozdrzach buzowało mu rześkie powietrze. W oddali, bliżej miasteczka, rozległ się dźwięk klaksonu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Saul wiedział teraz więcej. Przynajmniej tak mu się wydawało. Nęciła go opowieść dziewczyny. Wypowiedziane przez nią krajobrazy. Odmalowane w namiętnych barwach krainy. Pradawne, pełne niebezpiecznych tajemnic i geopolitycznych problemów rozwiązywanych za pomocą mieczy i zaklęć. Przez moment chciał, aby Astia walczyła po właściwej stronie. Potem uznał jednak, że nie ma to żadnego znaczenia. Nie tutaj, nie dla niego. Może nawet nigdzie. Nie wypowiedział tych myśli na głos. Wciąż uparcie milczał, smakując wspomnienie słonecznej doliny i majaczących u jej kresu górskich szczytów oraz wież roztaczających karmazynową poświatę. Ujrzał to wszystko po drugiej stronie dziury w piwnicznej ścianie. Przez kilka rozkosznie długich oddychał obcym powietrzem. Potem…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Polną drogą nadjechał czerwony samochód. Saul rozpoznał kierowcę. Linda zwolniła i zaczęła opuszczać szybę. Saul, uśmiechając się, uniósł dłoń, aby pomachać, ale jego ręka zamarła w połowie ruchu. Linda wcisnęła hamulec. Samochód gwałtownie stanął. Trzasnęły drzwi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Co się jej stało?&lt;/span&gt; – zapytała Linda, nachylając się nad Saulem klęczącym obok Astii, która ni stąd ni zowąd osunęła się na ziemię. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Znowu straciła przytomność&lt;/span&gt;, odparł Saul.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zawieźli ją do domu. Astia ocknęła się, gdy samochód zatrzymał się na podjeździe. Rzuciła spłoszone spojrzenie na Lindę. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Spokojnie, Astia. To przyjaciółka&lt;/span&gt;, wyjaśnił Saul.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziewczyna skinęła głową. Pozwoliła się zaprowadzić do sypialni i rozebrać. Linda nakryła ją kołdrą, pogłaskała po czole i zeszła do kuchni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Saul rozlewał herbatę do filiżanek. Linda usiadła przy stoliku i sięgnęła po cukierniczkę. Zaczęli rozmawiać. Rozmowa dość szybko zeszła na temat Astii. Saul wymamrotał, że to córka przyjaciela. Poznał ją, gdy miała trzy lata. Była uroczym dzieckiem. Bardziej podobnym do matki niż ojca. Linda zmarszczyła brwi. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Tak, przyjaciela&lt;/span&gt;, kontynuował Saul, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;stare dzieje. Wspólne przygody. I tak dalej. Sama wiesz co&lt;/span&gt;. Brwi Lindy pozostawały nieruchome. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Jej rodzice nie żyją. Matka została skrytobójczo zabita. Ojciec zmarł dzień później. Chyba na raka. Chorował od kilku lat. Na barki Astii spadło królestwo. Wielka odpowiedzialność… &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Saul zamilkł i upił łyk herbaty. Okna kuchni wychodziły na taras, na którym dzisiaj rano zjadł z Astią śniadanie. W pamięci mężczyzny odżył smak francuskich tostów. Poczuł ssanie w żołądku. Spojrzał na Lindę i powiedział, dziwnie zasmucony:  &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Jej ojciec był wojownikiem, największym, jakiego znałem. Przez wiele lat… nasze ścieżki się krzyżowały. Głównie na polach bitew. Mawiał, że nie ma niczego lepszego w życiu mężczyzny niż zmiażdżenie wroga, zniewolenie jego najbliższych i napawanie się ich lamentem. Parafrazował Temudżyna. Potem, co jest dość zabawne, bo mój przyjaciel znał Roberta Erwina Howarda, cytował go ten austriacki aktor…&lt;/span&gt; Saul uśmiechnął się do swoich wspomnień. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Tak było, Lindo&lt;/span&gt;, zapewnił. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Wierzę ci&lt;/span&gt;, odparła kobieta. Mężczyzna odchrząknął i odstawił pusty kubek do zlewu. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Mój przyjaciel, w odróżnieniu ode mnie, pozostał wojownikiem. Ja wybrałem naukę. Porzuciłem ostrze na rzecz księgi. Zostałem Rene.&lt;/span&gt; Linda dopiła herbatę. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Wiem&lt;/span&gt;, rzekła. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Wiem, kim byłeś. Wyjawiłeś mi to tamtej nocy, kiedy…&lt;/span&gt; Zagryzła wargi. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Proszę&lt;/span&gt;, odparł Saul, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;nie wracajmy do tego&lt;/span&gt;. Przyjaciółka pokręciła głową. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Mogę ci pomóc&lt;/span&gt;, powiedziała, uśmiechając się zachęcająco. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;W samotności nie znajdziesz ratunku. Ja również. We dwoje mamy szansę&lt;/span&gt;. Saul uśmiechnął się półgębkiem.&lt;span style="font-style: italic;"&gt; Szansę na co?&lt;/span&gt; – zapytał. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Na to&lt;/span&gt; – odparła Linda i wstała z krzesła. Usta przyjaciół spotkały się nad stolikiem w słodko-gorzkim pocałunku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Na to… &lt;/span&gt;– powtórzył w wahaniem Saul, a w jego głosie zamiast nadziei pobrzmiewało zwątpienie. Wtedy w Lindzie coś pękło. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Wciąż śnisz moje sny?&lt;/span&gt; – zapytała. Mężczyzna przełknął ślinę. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Tak&lt;/span&gt;, odpowiedział, tym razem unikając wzroku przyjaciółki. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Wczoraj śniłem ten o ciężarówkach. &lt;/span&gt;Linda pokręciła głową. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;One są moje&lt;/span&gt;,  powiedziała. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Tylko moje&lt;/span&gt;. I wyszła z domu. Saul siedział bez ruchu, wpatrzony w niedomknięte drzwi. Zakasłał silnik samochodu. Spod kół trysnęły kamyczki. Linda odjechała, ale ciepło jej ciała, skupione przed momentem w czerwonych wargach, pozostało na ustach Saula.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do pokoju wtargnął intensywny słoneczny blask. Zapowiadał się kolejny ciepły dzień wiosny. Gorąca woda, skraplająca się na ścianach kabiny prysznicowej, otrzeźwiła Saula. Kiedy zszedł na dół, kuchnię wypełniał zapach spieczonego pieczywa. Astia nakładała na poczerniałe tosty dżem ze słoika. Kiwnęła głową na powitanie. Saul podrapał się po ogolonych policzkach i zaparzył kawę w ekspresie ciśnieniowym. Dla siebie po irlandzku – uwielbiał tę elektryzującą mieszankę mocnej kawy, whiskey i brązowego cukru, ukoronowaną spiralą z bitej śmietany. Astia dostała cappuccino. Wypiła dwie filiżanki, zanim Saul poinformował ją, że pojadą dzisiaj do lekarza. W kilku zdaniach wyjaśnił dlaczego. Dziewczyna najwyraźniej zrozumiała jego obawy, gdyż powiedziawszy cicho „tak”, zapatrzyła się ponad trzymaną przy ustach filiżanką na zachwaszczony ogród. W jej spojrzeniu było coś niepokojącego. Poza garścią żalu, złości i niedowierzania. Coś złowieszczego – coś, czego Saul nie potrafił zidentyfikować, a tym samym wpleść w sieć swoich przekonań, w jakąś potencjalną przesłankę możliwego rozumowania, którego wniosek mógł mieć posmak świtu bądź zmierzchu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W klinice spędzili całe popołudnie. Zaprzyjaźniony lekarz poddał dziewczynę badaniom radiologicznym. Tomografia i rezonans magnetyczny czaszki. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Dla pewności powinno się wykonać jeszcze badanie hispatologiczne&lt;/span&gt;, dodał, gapiąc się na monitor. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Nie dzisiaj&lt;/span&gt;, odparł Saul. Lekarz złożył usta w dziobek i cmoknął. Ekran wypełniało zdjęcie mózgu Astii. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Niedobrze&lt;/span&gt;, mruknął. Saul podążył za jego spojrzeniem. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ta ciemna plama&lt;/span&gt;, onkolog popukał palcem w ekran, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;tłumaczy objawy: zawroty głowy, intensywny ból, nudności, pogorszenie ostrości widzenia, drętwienie kończyn. Rozumiesz, co to oznacza?&lt;/span&gt; W pomieszczeniu zrobiło się cicho. Słychać było tykanie zadanego przez lekarza pytania. Saul pomyślał o karmazynowych wieżach wyrastających spomiędzy górskich szczytów. To ku nim wiodła twierdząca odpowiedź na ponowioną przy śniadaniu prośbę. Westchnął i zapytał: &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Jakie ma szanse?&lt;/span&gt; Lekarz splótł dłonie. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Znamy się nie od dziś, Saul. Mam być szczery?&lt;/span&gt; Saul wyprostował się na krześle i odparł: &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Jak zawsze, stary. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tykanie pytania ucichło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Później Saul i Astia pojechali na zakupy. Saul powiedział, że przygotuje na kolację coś przepysznego. Wracając ze sklepu, mijali dom Lindy. Było już późno. Noc kończyła otwierać przepastnie ciemne ślepia. Saul odruchowo zwolnił. Zerknął na patio skąpane w świetle wylewającym się z holu. Brudne talerze stygły w zlewie. Blask monitora oświetlał kocią twarz Lindy. Jej zielone oczy śledziły wpisy na Twitterze. Czas się pożegnać, pomyślała i sięgnęła po myszkę. Gdy rozległo się pierwsze kliknięcie, Saul dodał gazu. Wkrótce terenowy samochód zniknął za zakrętem. Kilkadziesiąt wpisów później Linda przeciągnęła się i ruszyła po skrzypiących schodach na górę. W sypialni, na równo zaścielonym łóżku leżał cały jej rynsztunek. Przymierzając kolejne stroje, myślała o Saulu. Każde z nas ma własną historię, uznała w końcu i zważyła w dłoni niewinnie wyglądającą armatę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Saul był wtedy w kuchni. Zajęty krojeniem składników na zupę dyniową. Astia tańczyła w salonie. Z głośników dolatywały takty &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=rYEDA3JcQqw"&gt;„Rolling in the deep&lt;/a&gt;” – Adele snuła śpiewnie historię miłosną. Biodra Astii kołysały się łagodnie. Nawet Saul podśpiewywał pod nosem. Bulion bulgotał na kuchence. Potem było wino. I zupa. Przepyszna. Gęsta, kremowa, z dodatkiem żółtego sera. Wznieśli toast za jutro – Saul obiecał, że wyruszą zaraz po śniadaniu. Astia rzuciła mu się na szyję i wycałowała. Więcej zupy, wina i muzyki. Adele zdzierała struny głosowe. Potem lichymi fundamentami domu wstrząsnęło &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=fsDpznl8eIs"&gt;„Highway to hell”&lt;/a&gt;. Saul nie tłumaczył Astii tej ani innych piosenek. Dziewczyna chłonęła jego świat na swój sposób, mając w pamięci opowieści ojca.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tańczyli do północy. Gdy się rozchmurzyło, a gwiazdy wykwitły na granatowym niebie, padli wyczerpani na fotele. Wybrzmiewał śpiew Dani Klein w &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=tgUyDhwDFdU"&gt;„Don’t cry for Louie”&lt;/a&gt;. Astia roześmiała się i powiedziała: &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ojciec nigdy nie wspomniał, że jesteś kucharzem. Kucharz-wojownik. Dziwne. Wręcz niespotykane tam, skąd pochodzę&lt;/span&gt;. Saul podszedł do wieży i nastawił &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=-_6BBAVfzqM"&gt;„Rumor has it”&lt;/a&gt;. Głos Adele zaiskrzył na tle perkusji wybijającej zawadiacki rytm. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Kiedyś byłem też uczonym&lt;/span&gt;, odparł. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Filozofem, matematykiem i fizykiem zarazem. Jednym z największych w dziejach tutejszej ludzkości. Ale minęły stulecia, a moje teorie, choć wciąż eleganckie, okazały się fałszywe. Rzeczywistość rozbiła je w pył, oszczędzając szczegóły. Dające się ocalić fragmenty, osadzone na rozumowaniach oszlifowanych jak diamenty. Ale są i pozytywy. Znajdziesz mnie w Internecie. Chociażby w Standfordzkiej Encyklopedii…&lt;/span&gt;  Saul umilkł; zauważył, że Astia nie słucha. Dziwny grymas wpełzł na jej twarz. Dziewczyna zgięła się w pół. I zwymiotowała. Zupą. Winem. Resztkami zadowolenia. Może nawet szczęścia. Nic nie mówiąc, zaprowadził ją do sypialni. Przebrał i położył do łóżka. Zasnęła zwinięta  w kłębek. Gdy wychodził, skrzypnęły nienaoliwione zawiasy. Astia drgnęła, przekręciła się na lewy bok. I zanurkowała głębiej, bliżej sennego dna, gdzie drzemały koszmary.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Saul ściszył muzykę. I usiadł w fotelu, z lampką brandy w dłoni. Siedział tak i siedział, starając się nie myśleć. Czas wlókł się jak okulawiony osioł. W pewnej chwili Saul zrobił się głodny. Poszedł do kuchni, aby podgrzać zupę dyniową, a gdy wrócił do salonu, usłyszał hałas na schodach wiodących do piwnicy. Dobiegał zza uchylonych drzwi. Trzeszczały deski. Ktoś oddychał. Dźwięczało jakieś żelastwo. Saul odstawił talerz z zupą na stół i wyciągnął z szafy pas z bronią. Następnie zgasił światło. Drzwi uchyliły się szerzej. W korytarz wkroczyła jakaś postać. Potem następna. Poruszały się ostrożnie. Gdy weszły do salonu, z głośników buchnęła perkusja. Potem głos Adele. Pogrzebacz wyłonił się z mroku niczym błyskawica. Pękła czaszka. Zatańcowały kawałeczki mózgu. Saul wyszarpnął z dłoni osuwającego się mężczyzny miecz. Ciął przez szyję kolejnego. Skoczył w bok. Uderzył na odlew. Poczuł na twarzy krople krwi. Zakrzywione ostrza spotkały się w ciemnościach. Trysnęły iskrami. Saul parował błyskawicznie wyprowadzane ataki, odpowiadając jeszcze szybszymi. Walczył w skupieniu. Ze spokojem. Zgrabnie przeskakując nad zalegającymi na podłodze ciałami. Znów był w dobrze sobie znanym żywiole. Ciął i parował do rytmu, napędzany elektryzującym głosem Adele. Do czasu, gdy utwór zwolnił. Ostatni przeciwnik okazał się kobietą. Srebrzyste światło, którym rozbłysła jej dłoń, rozpędziło mrok, ukazując zaokrągloną buźkę w aurze ciemnych włosów. Nieznajoma była ciemnoskóra. Skąpo odziana. Na jej nadgarstkach i kostkach pobrzękiwały bransolety. Recytowała coś zawzięcie. Długim palcem wskazywała na Saula. Mężczyzna nie czekał, aż uderzy w niego zaklęcie. Sięgnął do olstra, odciągnął kurek i wypalił z rewolweru. Czarodziejka osunęła się po ścianie. Adele śpiewała:&lt;br /&gt;&lt;br style="font-style: italic;"&gt;&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=-_6BBAVfzqM"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;All of these words whispered in my ear,&lt;/span&gt;&lt;br style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Tell a story that I cannot bear to hear&lt;/span&gt;&lt;br style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Just 'cause I said it, it don't mean that I meant it,&lt;/span&gt;&lt;br style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;People say crazy things&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Zaiste&lt;/span&gt;, mruknął Saul i zapalił światło, aby policzyć zabitych. Następnie pozbierał broń i zszedł do piwnicy. Był pewien, że zamachowcy przyszli przez dziurę w ścianie. Wyjrzał na drugą stronę. Tam też była noc. Odległe wieże lśniły karmazynową łuną. Cofnął się do domu. Wbiegł na piętro. Astia leżała na plecach. Oczy miała otwarte. Nie spała. Nie spoglądała jednak na sufit. Na nic nie patrzyła. Saul zbadał jej puls.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potem zabrał z komórki z narzędziami łopatę i wykopał po drugiej stronie lustra ogromny dół. Wrzucił do niego ciała. W sumie – siedmiu zabitych. Po zasypaniu dołu, nalał sobie kieliszek brandy i spoczął w fotelu. Był przepocony i zmęczony. Ciążyły mu powieki. Co chwilę otwierał oczy i rozgrzewał gardło bursztynowym trunkiem. W końcu zasnął. Śnił o konwoju wielkich, czarnych ciężarówek znikających w lesie. Spomiędzy drzew przezierała gigantyczna twarz Lindy. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Śnisz moje sny&lt;/span&gt;, powtarzała oskarżycielsko przyjaciółka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po przebudzeniu Saul wziął prysznic. Zjadł śniadanie. Wyciągnął z szafy zakurzony rynsztunek. Oczyścił broń, wypolerował ostrza, skompletował amunicję. Działał jak automat, wiele nie myśląc. Potem pomył naczynia i wsadził do lodówki zupę dyniową. Z kubkiem gorącej kawy wyszedł na ganek. Poranek był rześki. Słońce przygrzewało zza szarych chmur. Na drodze pojawiła się pierwsza ciężarówka. Jej silnik warczał złowrogo. Za nią toczyły się następne. W sumie osiem – ryczące, kołyszące się na nierównej nawierzchni, rozbijające pasma porannej mgły w drodze ku ścianie strzelistych drzew, za którymi nie było żadnej drogi zdolnej przyjąć te wielokołowe potwory. Na razie wszystko się zgadzało. Saul oparł się o belkę podtrzymującą zadaszenie i upił łyk kawy. Gdy ostatnia ciężarówka zniknęła za drzewami, nadjechała Linda. Niebezpieczna i uzbrojona. Wciśnięta w obcisły pancerz, podkreślający apetyczne krzywizny jej ciała. Kotka z piekła rodem. Ujrzawszy przyjaciela, pomachała mu na pożegnanie. Pomyślała, robiąc zbliżenie na jego strój, że Saul wygląda jak muszkieter, który przez dłuższy czas zabawił na planie filmowym jakiegoś niskobudżetowego westernu o życiu w postnuklearnej przyszłości. Przyśpieszyła. Za jej furgonetką zasunęły się drzewa. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;To twoje sny&lt;/span&gt;, Lindo, powiedział Saul. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Tylko twoje. Poza tym…&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;…każde z nas ma własną historię&lt;/span&gt; – z tą myślą wszedł do domu i z plecakiem przerzuconym przez ramię pomaszerował do piwnicy, a stamtąd… do świata Astii. Minął świeży grób i ruszył ku zielonym łąkom doliny, nad którą górowały karmazynowe wieże.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak mogłoby być, pomyślał. Mogłoby…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zamrugał powiekami. Wciąż siedział w fotelu. Kieliszek wypadł mu z dłoni. Brandy zdążyła wsiąknąć w podłogę. Woń potu i śmierci wypełniała pokój. Zgadzało się kilka faktów. Ciał już nie było; spoczywały w grobie. Astia leżała na plecach. Oczy miała otwarte. Nie spała. Saul pogładził zimny policzek dziewczyny i odgrzał zupę. Wciąż miał czas. Śmierć zbliżała się powoli, bardziej zaabsorbowana smakiem aromatycznej kawy latte niż koniecznością nakarmienia kosy przewieszonej przez kościste plecy. Zjadł więc bez pośpiechu zupę. Przygotował rynsztunek i prowiant na drogę. Do kompletu dołożył broń. Potem wyszedł przed dom, odprowadził wzrokiem czarne ciężarówki, pomachał przyjaciółce na pożegnanie i wypił w salonie strzemiennego. Przez cały ten czas myślał o tym, kim niegdyś był. I kim, pomimo stuleci metamorfoz, pozostał. A potem – po wypiciu z ulubionego kubka ulubionej kawy – wolny od jakichkolwiek wątpliwości umarł w fotelu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Astia zamrugała powiekami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szła dziarskim krokiem. Wyspana, wypoczęta, zdrowa. Dookoła falowały zielone łąki. Niebo raziło błękitem, a odległe wieże błyszczały krwistą czerwienią. Wracała po swoje królestwo. Dla zemsty i sprawiedliwości. A także po wiedzę, której zazdrośnie strzegli nieludzcy mieszkańcy wież. Pradawni czarnoksiężnicy o zmumifikowanych ciałach i duszach głębszych niż bezdenna otchłań między gwiazdami. Znów był silna, pewna swej mocy i umiejętności. Z daleka – dzięki ponczo, kapeluszowi i olstrom z rewolwerami, które zostawił jej Saul – wyglądała na rewolwerowca. Pod ponczo kryła się jednak misternie wykonana kolczuga, a w pochwie przewieszonej przez plecy tkwił ojcowski miecz. Saul był zadowolony, że zabrała jego ulubiony strój z czasów Dzikiego Zachodu. Cieszył się również nowym światem. Bogactwem dostrzeganych szczegółów. Saul bowiem, jak każdy nieśmiertelny, nawykowo skupiał uwagę na szczegółach i różnicach. Na tych wszystkich drobnostkach, które pod warstwą gatunków i rodzajów składały się na nieskończenie różnorodną rzeczywistość. Za sprawą jej nieprzebranych bogactw Saul nigdy nie odczuwał znużenia swoim życiem. A już niedługo będzie radował się życiem  Astii. Bo będzie nią. Tak jak kiedyś był Rene. I innymi śmiertelnikami, których wyrwał z objęć śmierci.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na razie  spoglądał oczami Astii na karmazynowe wieże. I czekał, przyczajony.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6104099372319078205-1119116138297391154?l=heavy66metal.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://heavy66metal.blogspot.com/feeds/1119116138297391154/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6104099372319078205&amp;postID=1119116138297391154' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/1119116138297391154'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/1119116138297391154'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://heavy66metal.blogspot.com/2012/01/saul.html' title='Saul'/><author><name>Bartek (BD)</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10242921601194248246</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-4gYGKkuvOpM/TXTsS7GUZhI/AAAAAAAAAQM/Nc4bWSIYUdQ/s220/110864731548ad577558d37.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/-O5_VXFw0V3s/TwgisgizmzI/AAAAAAAAAdM/cdHrv8iBUr8/s72-c/woman-warrior.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6104099372319078205.post-1488217155063559205</id><published>2012-01-03T16:08:00.000-08:00</published><updated>2012-01-04T04:47:34.698-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='opowiadanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='fantastyka'/><title type='text'>"Maltanek" w Niedobrych Literkach</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-2-6EHpWFkbg/TwRKIKebl1I/AAAAAAAAAc0/vdwYriwEnH0/s1600/dodge-challenger-1970-1974-profile.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 134px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-2-6EHpWFkbg/TwRKIKebl1I/AAAAAAAAAc0/vdwYriwEnH0/s200/dodge-challenger-1970-1974-profile.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5693757333014550354" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;"Dashiell odkłada gazetę na stół i dopija zimną kawę. Za kilka minut  wsiądzie do samochodu i przekręci kluczyk. Ryk potężnego silnika zleje  się z hałaśliwą codziennością wielkiego miasta. Za kilka minut Dashiell  rozpocznie ucieczkę. Minie rogatki, zjedzie na autostradę, przepadnie w  głębinach biegnącej nad pustynią estakady. Za kilka minut Dashiell znów  będzie głównym bohaterem swojego życia. Na razie jednak mężczyzna czuje  się tak, jakby został wyrzucony z pędzącego samochodu prosto na  kamieniste pobocze".&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://niedobreliterki.wordpress.com/2012/01/04/opowiadanie-maltanek-by-bartek-orlewski/"&gt;Moje pierwsze wejście&lt;/a&gt; smoka w konwencję &lt;a href="http://bizarrocentral.com/"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;bizarro&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. I kolejny opublikowany tekst. Tym razem na łamach &lt;a href="http://niedobreliterki.wordpress.com/"&gt;Niedobrych Literek&lt;/a&gt;, rodzimego centrum bizarro. Więcej na temat literatury bizarro  można przeczytać w &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Bizarro_fiction"&gt;anglojęzycznej Wikipedii&lt;/a&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6104099372319078205-1488217155063559205?l=heavy66metal.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://heavy66metal.blogspot.com/feeds/1488217155063559205/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6104099372319078205&amp;postID=1488217155063559205' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/1488217155063559205'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/1488217155063559205'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://heavy66metal.blogspot.com/2012/01/maltanek-w-niedobrych-literkach.html' title='&quot;Maltanek&quot; w Niedobrych Literkach'/><author><name>Bartek (BD)</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10242921601194248246</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-4gYGKkuvOpM/TXTsS7GUZhI/AAAAAAAAAQM/Nc4bWSIYUdQ/s220/110864731548ad577558d37.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-2-6EHpWFkbg/TwRKIKebl1I/AAAAAAAAAc0/vdwYriwEnH0/s72-c/dodge-challenger-1970-1974-profile.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6104099372319078205.post-4122281824791865170</id><published>2011-12-31T06:29:00.000-08:00</published><updated>2012-01-04T04:47:03.936-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='opowiadanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='fantastyka'/><title type='text'>Z Prawdą tańcującą na końcu języka...</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-J2ndiTIXuzw/Tv8lz4-djLI/AAAAAAAAAbs/wVfRok06PlA/s1600/redhead11.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 175px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-J2ndiTIXuzw/Tv8lz4-djLI/AAAAAAAAAbs/wVfRok06PlA/s200/redhead11.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5692310027417521330" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Kolejny mój szort trafił na łamy &lt;a style="font-weight: bold;" href="http://szortal.com/"&gt;Szortalu&lt;/a&gt;. Tym razem jest to tekścik pt. &lt;a style="font-weight: bold;" href="http://szortal.com/node/1059"&gt;"Prawda"&lt;/a&gt;, dedykowany tym wszystkim martwym już szaleńcom - Sokratesowi, jego uczniom, uczniom jego uczniów, sceptykom i innym zacnym truposzom, nie mniej niż wymienieni zakręconym na punkcie rozmaitych sensów słowa "prawda". Chłopaki szukali Prawdy nie w tym miejscu, gdzie powinni. Fragment:&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;"Mój przyjaciel poszukiwał Prawdy.&lt;/p&gt;  &lt;p&gt;I to nie byle jakiej. Mierzył wysoko. Prawdy z ludzkich ust spływające, dające się łączyć za pomocą koniunkcji, alternatywy, implikacji i równoważności nie obchodziły go zanadto. Nie o prawdę rozumianą jako atrybut zdań czynionych prawdziwymi przez różnego rodzaju fakty, chodziło mu w poszukiwaniach.&lt;/p&gt;  &lt;p&gt;Mój przyjaciel poszukiwał Prawdy w różnych miejscach i czasach. Na morzu i w powietrzu. W ziemskiej atmosferze i poza nią, w kosmosie. Pod ziemską skorupą i na jej powierzchni. W przeszłości i przyszłości. W zwodniczym teraz. W miejscach oczywistych i dziwacznych. W świątyniach, akademiach i laboratoriach. W domowym zaciszu, z księgą w dłoni, i w bitewnym zgiełku, uderzając szablą na odlew. Podczas upojnej nocy z niewiastą, w zakamarkach jej spoconego ciała. Abordażując z piracką hordą kupiecką kogę. Polując z bazooką na dinozaury i uciekając ulicami Innsmouth przed kabłąkowatymi potomkami Marshów. Bez opamiętania, do utraty tchu, do omdlenia, jak szaleniec. W Shangri La, w Eldorado, wśród cyklopich bloków kamienia, z których zbudowano zatopione R'lyeh, w Zaginionym Świecie, na brzegach Atlantydy. Robiąc wiele różnych, mniej lub bardziej niezwykłych rzeczy".&lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6104099372319078205-4122281824791865170?l=heavy66metal.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://heavy66metal.blogspot.com/feeds/4122281824791865170/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6104099372319078205&amp;postID=4122281824791865170' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/4122281824791865170'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/4122281824791865170'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://heavy66metal.blogspot.com/2011/12/z-prawda-tancujaca-na-koncu-jezyka.html' title='Z Prawdą tańcującą na końcu języka...'/><author><name>Bartek (BD)</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10242921601194248246</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-4gYGKkuvOpM/TXTsS7GUZhI/AAAAAAAAAQM/Nc4bWSIYUdQ/s220/110864731548ad577558d37.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-J2ndiTIXuzw/Tv8lz4-djLI/AAAAAAAAAbs/wVfRok06PlA/s72-c/redhead11.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6104099372319078205.post-6409759803532083369</id><published>2011-11-30T00:46:00.001-08:00</published><updated>2011-12-22T02:38:45.038-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='opowiadanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='fantastyka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='heavy metal'/><title type='text'>Mnich</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-mWOi39bJk7E/TtX_bxZOZHI/AAAAAAAAAZ0/-6LEb1hE-fI/s1600/Mystic%2BProphecy%2B-%2BVengeance%252C%2Bfront.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-mWOi39bJk7E/TtX_bxZOZHI/AAAAAAAAAZ0/-6LEb1hE-fI/s200/Mystic%2BProphecy%2B-%2BVengeance%252C%2Bfront.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5680727357578437746" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;W 1545 roku mnich Alden nie spłonął na stosie. Nie dlatego, że został uniewinniony bądź uciekł. Powód tej swoistej porażki jest bardziej prozaiczny. Nie było bowiem wówczas żadnego Aldena, który byłby mnichem. Nie było i już. Rzeczywistość trzymała się mocno.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;Wszystko zmieniło się czterysta pięćdziesiąt sześć lat później.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;W 2001 roku heavymetalowy &lt;a href="http://www.mysticprophecy.net/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Mystic&lt;/span&gt; &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Prophe&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;a href="http://www.mysticprophecy.net/"&gt;cy&lt;/a&gt; &lt;/span&gt;nagrywa debiutancki album pt. &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=8CIDwRXHuhI"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;„Vengeance”&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. Dziesięć hałaśliwych utworów opowiada o mnichu Aldenie, którego w 1545 roku oskarżono o czczenie diabła, a następnie skazano na karę śmierci przez spalenie na stosie. Płyta trafia do sklepów. Sprzedaje się nieźle. Mimo że zawiera niszową muzykę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-Jbhu6VBKUAI/TtX_h_yC0KI/AAAAAAAAAaA/dWfJ6MuKejo/s1600/Regressus.jpg"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-Jbhu6VBKUAI/TtX_h_yC0KI/AAAAAAAAAaA/dWfJ6MuKejo/s200/Regressus.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5680727464519848098" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Wskazane fakty nie przeszkadzają &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;a href="http://plato.stanford.edu/entries/pascal/"&gt;Pascalowi&lt;/a&gt; &lt;/span&gt;napomknąć w rozmowie z &lt;a href="http://plato.stanford.edu/entries/arnauld/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Arnaulde&lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;m&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, uczonym z opactwa &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Port-Royal-des-Champs"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Port-Royal&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, o mnichu straconym w 1545 roku za  czarnoksięstwo. &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;a href="http://plato.stanford.edu/entries/pascal/"&gt;Pascal&lt;/a&gt; &lt;/span&gt;rozmawia z przyjacielem w 1646 roku, na dziesięć lat przed napisaniem listów, które złożą się na &lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;Prowincjałki&lt;/span&gt;. Mnich Alden nie żyje od stu jeden lat. Tak utrzymuje &lt;a href="http://plato.stanford.edu/entries/arnauld/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Arnauld&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, niezbyt zresztą zainteresowany tematem podjętym przez genialnego matematyka (&lt;a href="http://plato.stanford.edu/entries/arnauld/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Arnaulda&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, gorliwego jansenistę - a zarazem nie mniej gorliwego logika - zaprząta teologiczny konflikt z jezuitami; stawką jest władza). &lt;a href="http://plato.stanford.edu/entries/pascal/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Pascal&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; powołuje się na relację anonimowego mnicha, który był świadkiem śmierci Aldena. Wynika z niej, że Alden, przekląwszy oprawców, zaprzedał swą duszę czterem diablętom albo aniołom. Świadek nie ma pewności. Pewne jest za to coś innego: stos zapłonął. Mnich wrzeszczał. Nie odwołał swoich zeznań. Do końca twierdził, że jest niewinny. Umierając, przeklął swych oprawców. Do tego momentu relacja świadka zgadza się z &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=8CIDwRXHuhI"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;„Vengeance”&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. Anonimowy mnich nie wspomniał jednak o tym, że śmierć nie powstrzymała Aldena przed dokonaniem zemsty. Alden powrócił do świata żywych w snach swoich wrogów, doprowadzając wielu z nich do samobójstwa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W 2003 wychodzi &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=IR4P1bE8ugA&amp;amp;feature=related"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;„Regressus”&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. Alden otwiera oczy w 1555 roku. Znów jest żywy. I znów myśli tylko o jednym. Mści się przez dwanaście utworów. W przeszłości zajmuje mu to kilka lat. Alden ma czas. Mnóstwo czasu. Morduje winnych swej śmierci bez litości. Na zimno. Nie stroniąc od teatralnych gestów i gotyckiej scenerii. Przeszłość stopniowo dopasowuje się do przyszłości. Do nadchodzących z niej zmian.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-b2z-Ao3YJlM/TtX_xIUIloI/AAAAAAAAAaM/6LCa2x4J6U8/s1600/Never%2BEnding.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-b2z-Ao3YJlM/TtX_xIUIloI/AAAAAAAAAaM/6LCa2x4J6U8/s200/Never%2BEnding.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5680727724508354178" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Na wydanym rok później &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=KP8OYch9Eb0"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;„Never Ending”&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; okazuje się, że Bóg podarował Aldenowi nieśmiertelność. Jest rok 1610. Alden siedzi w zamtuzie, na krawędzi łóżka, rudowłosa prostytutka masuje mu ramiona, a on, zmęczony, tak bardzo zmęczony, spogląda w lustro i rozpoznaje w swoim odbiciu twarz legionisty, który przebił włócznią bok mesjasza. Nie może pozbyć się wrażenia, że odzyskał zapomnianą tożsamość. Z rozbawieniem stwierdza, że nie ma dla niego odkupienia. Nigdy nie było. I nie będzie. Alden zamyka oczy i zbliża usta do piersi rudowłosej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przeszłość dogania przyszłość. Z ksiąg znikają informacje o nawróceniu &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Longinusa&lt;/span&gt;. Wkrótce Kościół traci jednego ze swoich świętych. Wszystko odbywa się w sekrecie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;a href="http://plato.stanford.edu/entries/malebranche/"&gt;Malebranche&lt;/a&gt; &lt;/span&gt;– gdzieś pomiędzy czerwcem a listopadem 1711 roku – zanotuje na marginesie jednej ze swoich notatek (zawierających w zamyśle coraz doskonalsze argumenty na rzecz okazjonalizmu), że tamtego wieczoru, kiedy Alden odkrył swoją tożsamość, prawdopodobnie nie było z nim żadnej prostytutki. Z jakiegoś powodu – zauważy z przekąsem &lt;a href="http://plato.stanford.edu/entries/schopenhauer/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Schopenhauer&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; – &lt;a href="http://plato.stanford.edu/entries/malebranche/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Malebranche&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; nie mógł się pogodzić z wizją Boga całującego cudzymi ustami kobiecą pierś – wizją tak oczywistą w okazjonalistycznym modelu świata, jak wizja Boga przybijającego cudzymi rękoma swojego Syna do krzyża.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-HVk3naVnU1k/TtX_7IgcOUI/AAAAAAAAAaY/V710EWTRsjc/s1600/Savage%2BSouls.jpg"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-HVk3naVnU1k/TtX_7IgcOUI/AAAAAAAAAaY/V710EWTRsjc/s200/Savage%2BSouls.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5680727896358664514" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a href="http://www.mysticprophecy.net/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Mystic Prophecy&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, pomimo zawieruch ze składem, wydaje kolejne albumy. &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=sZARwpoq9N0"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;„&lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Savage Souls”&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; w 2006, &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=yAXzv5ZLnl8"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;„Satanic Curses”&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; rok później. W 2009 ukazuje się &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=qLuFnNLE89o"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;„Fireangel”&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. Alden pojawia się i znika. Jest upadłym alefem. Czymś w rodzaju soczewki skupiającej wszelkie oblicza piekła, w którym, dzięki takim a nie innym tekstom zespołu, bywa dość często. Alden poznaje &lt;a href="http://plato.stanford.edu/entries/descartes/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Kartezjusza&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. Razem siedzą przy kominku. Wymieniają się wątpliwościami. Mnich podsuwa filozofowi koncept złośliwego demona. &lt;a href="http://plato.stanford.edu/entries/descartes/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Kartezjusz&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; jest zachwycony. W opactwie &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Port-Royal-des-Champs"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Port-Royal&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; Alden mija się z &lt;a href="http://plato.stanford.edu/entries/pascal/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Pascalem&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. Matematyk rozmawia z &lt;a href="http://plato.stanford.edu/entries/arnauld/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Arnauldem&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. Napomyka o mnichu straconym w 1545 za czarnoksięstwo. Aldenowi wydaje się, że słyszy swoje imię. Potrząsa jednak głową i idzie dalej, zostawiając uczonych mężów własnemu losowi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Alden wędruje poprzez dzieje. Pod prąd rzeki czasu. W XIX wieku ktoś opowiada mu o &lt;a href="http://plato.stanford.edu/entries/malebranche/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Malebranche’u&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. Mnich czyta dzieła okazjonalistów i odkrywa, że generowanie myśli o treściach zakładających okazjonalizm przychodzi mu z łatwością. Razem z &lt;span style="font-weight: bold;"&gt; &lt;a href="http://plato.stanford.edu/entries/schopenhauer/"&gt;Schopenhauerem&lt;/a&gt;&lt;/span&gt; rozmyśla o Bogu obejmującym męskimi ustami kobiecy sutek. O Bogu przebijającym włócznią bok Chrystusa. O Bogu, dla którego jest &lt;span style="font-style: italic;"&gt;tylko&lt;/span&gt; bądź &lt;span style="font-style: italic;"&gt;aż&lt;/span&gt; (nie ma pewności, co właściwsze) marionetką. Przeraża go ta metafizyka. Więc zapomina o niej, a &lt;a href="http://plato.stanford.edu/entries/schopenhauer/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Schopenhauerowi&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, który nazywa ten gest tchórzliwym, rozbija nos. &lt;a href="http://plato.stanford.edu/entries/schopenhauer/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Schopenhauer&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; nie wspomina odtąd o Aldenie i &lt;a href="http://plato.stanford.edu/entries/malebranche/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Malebranche’u&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. Rzuca się w wir pracy nad swoim &lt;span style="font-style: italic;"&gt;opus magnum&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Alden otwiera oczy w 2011 roku. Wciąż jest nieśmiertelny. Uczy się nowego świata. Ma doskonałą pamięć. Kataloguje w niej zmarłe światy. I duchy ludzi, który kochał albo nienawidził. Pewnej nocy, w jednym z barów wielkiego miasta, opowiada rudowłosej barmance o człowieku, którym był w XVI wieku, zanim wrogowie oskarżyli go o czarnoksięstwo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;– To zabawne – mówi dziewczyna i podaje mu czytnik. – Nosisz takie samo imię, jak ten mnich.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Alden zerka na tytuł i pierwszy akapit.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„W 1545 roku mnich Alden nie spłonął na stosie”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Alden czyta o sobi&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-Rbi9LApY0ts/TteUsDawF5I/AAAAAAAAAaw/uqy-A07ur5o/s1600/Ravenlord.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-Rbi9LApY0ts/TteUsDawF5I/AAAAAAAAAaw/uqy-A07ur5o/s200/Ravenlord.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5681172939503835026" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;e. Aż do słów dziewczyny: „To zabawne”. Tak, myśli Alden. To zabawne. I zatrzymuje wzrok na zdaniu „Tak, myśli Alden”. Oddaje tablet dziewczynie. Nie chce wiedzieć, co będzie dalej. Wraca do domu i przeczesuje Internet w poszukiwaniu informacji o &lt;a href="http://www.mysticprophecy.net/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Mystic Prophecy&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. W ten sposób dowiaduje się o istnieniu demiurga. Demiurg nazywa się Lia i sprawia wrażenie człowieka. Jest wokalistą i tekściarzem. Na zdjęciach nie wygląda na boskiego rzemieślnika. To on mnie wymyślił, stwierdza bezgłośnie Alden. To on sprawił, że w 1545 roku ocknąłem się na stosie płonącego drewna, a później podarował mi cudzą tożsamość. Uczynił mnie &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Longinusem&lt;/span&gt;, wymazując pierwszego &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Longinusa&lt;/span&gt; z dziejów. Zmieniając świętego w potępieńca. Ale autor tamtego tekstu nie zapomniał o nawróconym setniku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wzburzone myśli Aldena uspokajają się, zaczynają płynąć zwartym nurtem. Alden myśli teraz o mnie. Zastanawia się nad tym, kim jestem? Jaką rolę odgrywam? Co zamierzam? W jakim związku z jego myślami i działaniami pozostają napisane przeze mnie zdania? Rozważając możliwe odpowiedzi na ostatnie z tych pytań, Alden wyciąga z pamięci zakurzone dzieła &lt;a href="http://plato.stanford.edu/entries/descartes/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Kartezjusza&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, &lt;a href="http://plato.stanford.edu/entries/spinoza/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Spinozy&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; i &lt;a href="http://plato.stanford.edu/entries/leibniz/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Leibniza&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. W końcu sięga po pisma &lt;a href="http://plato.stanford.edu/entries/malebranche/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Malebranche’a&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. Myśli o Bogu-lalkarzu, który zaludnił stworzony przez Siebie świat istotami mającymi złudne poczucie sprawstwa. Też o Nim myślę. Ale nie jestem Nim ani demiurgiem Lia. Siedzę w miejscu, które nie bez racji można uznać za bibliotekę, i dbam o to, aby nieskończona rzeczywistość przyjmowała więcej niż papier, który jest w stanie przyjąć wszystko. Nie jestem Bogiem-lalkarzem, ale mimo to każdego  dnia i każdej nocy cudzymi ustami całuję usta tysięcy mężczyzn i kobiet.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wracam myślami i piórem do Aldena. Lada dzień ukaże się kolejny album &lt;a href="http://www.mysticprophecy.net/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Mystic Prophecy&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. Alden składa zamówienie w sklepie internetowym i odlicza dni do premiery. Próbuje odgadnąć, jaką przyszłość przyniesie mu zawartość &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=LIR0fegM-AE"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;"Ravenlord"&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6104099372319078205-6409759803532083369?l=heavy66metal.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://heavy66metal.blogspot.com/feeds/6409759803532083369/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6104099372319078205&amp;postID=6409759803532083369' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/6409759803532083369'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/6409759803532083369'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://heavy66metal.blogspot.com/2011/11/mnich.html' title='Mnich'/><author><name>Bartek (BD)</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10242921601194248246</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-4gYGKkuvOpM/TXTsS7GUZhI/AAAAAAAAAQM/Nc4bWSIYUdQ/s220/110864731548ad577558d37.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-mWOi39bJk7E/TtX_bxZOZHI/AAAAAAAAAZ0/-6LEb1hE-fI/s72-c/Mystic%2BProphecy%2B-%2BVengeance%252C%2Bfront.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6104099372319078205.post-3689774222961450248</id><published>2011-11-22T14:25:00.000-08:00</published><updated>2012-01-04T04:47:19.530-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='opowiadanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='fantastyka'/><title type='text'>"Zombie blues" w Szortowni</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://t0.gstatic.com/images?q=tbn:ANd9GcTYeWBNlna8bR_fohYp8mzwq4jX09rYCBW3rbQjLGM06yijAi14Dw"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 201px; height: 251px;" src="http://t0.gstatic.com/images?q=tbn:ANd9GcTYeWBNlna8bR_fohYp8mzwq4jX09rYCBW3rbQjLGM06yijAi14Dw" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Tylko w &lt;a href="http://szortal.com/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Szortowni&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; - &lt;a style="font-weight: bold;" href="http://szortal.com/node/923"&gt;"Zombie blues"&lt;/a&gt;, pełnokrwisty szort  (niecałe 5 tysięcy znaków ze spacjami), napisany na podstawie opowiadania &lt;a href="http://heavy66metal.blogspot.com/2010/11/z-blues.html"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;"Z... blues"&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. Fragment:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;"Dzień jest młody, słoneczny, powietrze rześkie, a ja idę sobie środkiem ulicy, środkiem poranka, środkiem mieściny, może nawet świata, dłoń trzymając na kolbie dyndającej u pasa broni, i mówię wam, tu i teraz, w tym miejscu wymarłym, że Daryl, ten drań, złotousty szuler, to miał naprawdę przejebane życie. Hej-ho!&lt;/p&gt;  &lt;p&gt;Już blisko. Jeszcze tylko kilka przecznic. I ujrzę ulicę, przy której się wychował. Stanę przed jego rodzinnym domem. Nie przyśpieszam. Nurzam się leniwie w parnym poranku. Powinienem uważać, ale co mi tam. I tak niedługo umrę. Mam już w sobie tamto coś – to paskudztwo, ten syf. Krąży w moich żyłach. I zmienia mnie w jednego z was, złamasy".&lt;/p&gt;Zapraszam do lektury.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;h6 class="uiStreamMessage" ft="{&amp;quot;type&amp;quot;:1}"&gt;&lt;span class="messageBody" ft="{&amp;quot;type&amp;quot;:3}"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/h6&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6104099372319078205-3689774222961450248?l=heavy66metal.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://heavy66metal.blogspot.com/feeds/3689774222961450248/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6104099372319078205&amp;postID=3689774222961450248' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/3689774222961450248'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/3689774222961450248'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://heavy66metal.blogspot.com/2011/11/zombie-blues-w-szortowni.html' title='&quot;Zombie blues&quot; w Szortowni'/><author><name>Bartek (BD)</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10242921601194248246</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-4gYGKkuvOpM/TXTsS7GUZhI/AAAAAAAAAQM/Nc4bWSIYUdQ/s220/110864731548ad577558d37.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6104099372319078205.post-3944062329743286910</id><published>2011-10-25T03:40:00.000-07:00</published><updated>2011-10-28T05:56:00.739-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='opowiadanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='fantastyka'/><title type='text'>"Za garść zbawienia" w Nowej Fantastyce</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://www.fantastyka.pl/obrazki/okladka_11_11.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 285px;" src="http://www.fantastyka.pl/obrazki/okladka_11_11.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;W listopadowym numerze &lt;a href="http://www.fantastyka.pl/1.html"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Nowej Fantastyki&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; można przeczytać m. in. opowiadanie mojego autorstwa,  zatytułowane &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;"Za garść zbawienia"&lt;/span&gt;. Tytułem zachęty przedstawiam fragment, dostępny również na stronie &lt;a href="http://www.fantastyka.pl/39,5.html"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Nowej Fantastyki&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Za garść zbawienia&lt;/span&gt; (fragment)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Kiedy rudowłosy mężczyzna, dosiadający konia o tarantowatej maści,  wjeżdża pomiędzy pierwsze zabudowania, główna ulica Miasteczka  Wszystkich Miasteczek jest jeszcze opustoszała.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeździec mija  drukarnię, sklep narzędziowy, aptekę i dom pogrzebowy o nazwie „Wielka  Cisza". Przed domem w trumnie opartej o ścianę leżą zwłoki mężczyzny; w  szerokim czole umarlaka widnieje niewielki otwór, zapewne ślad po kuli.  Zawieszona na dłoniach zmarłego tabliczka informuje, że pogrzeb Stanleya  Burrowsa, złodziejaszka i oszusta, odbędzie się jutro w samo południe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rudzielec  uśmiecha się pod nosem i drapie po porośniętej kępkami rudych włosów  wąskiej szczęce. Zsiada z konia przed narożnym budynkiem, w którym  mieści się salon fryzjerski. Zamiast golibrody w drzwiach pojawia się  dziewczyna. Na widok nieznajomego cofa się, wyraźnie speszona. Ma na  sobie szarobrązową marynarkę i zbliżoną kolorem spódnicę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Zawołaj ojca - mówi rudzielec i wchodzi do środka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziewczyna, rumieniąc się, biegnie na piętro. Jej trzewiki stukają na drewnianych schodach. Chwilę  później schodzi na dół posiwiały mężczyzna. Jest wysoki, barki ma  jednak wąskie, sylwetkę zgarbioną, a spojrzenie zmęczone.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przybysz siada na krześle postawionym przed lustrem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Golenie - mówi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W  milczeniu obserwuje, jak ojciec piegowatej blondynki zamyka drzwi i  wygląda przez okno na ulicę, mrucząc pod nosem. W końcu jednak zabiera  się za przygotowanie narzędzi. Z brzytwą i namydlonym pędzlem staje z  posępnym wyrazem twarzy za oparciem krzesła. Otwiera usta, jakby chciał  coś powiedzieć, ale tylko potrząsa głową i bez słowa przystępuje do  golenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kwadrans później rudzielec wpatruje się w swoją bezwłosą, cofniętą i znienawidzoną dolną szczękę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Nadal wynajmuje pan pokój na piętrze?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Golibroda sięga po pas ze skóry i zaczyna ostrzyć brzytwę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-To zależy, kto pyta - odpowiada.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rudowłosy  rozpina płaszcz, odsłaniając skrzyżowane na piersiach pasy z nabojami, a  także pewną błyskotkę, którą nosi wpiętą w kamizelkę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Widziałem  pana w Kansas - mówi ojciec pieguski. - Bodajże przed trzema laty. Zabił  pan tam sześciu mężczyzn. W biały dzień. Z jednego rewolweru.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-W słusznej sprawie czy w złej sprawie?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Golibroda chowa pas i brzytwę do szuflady. Wyciera ręce w ręcznik.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Golenie kosztuje dolara. Pokój pięć dolarów na tydzień.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(...)"&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Całość w listopadowym numerze &lt;a style="font-weight: bold;" href="http://www.fantastyka.pl/1.html"&gt;Nowej Fantastyki&lt;/a&gt;.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6104099372319078205-3944062329743286910?l=heavy66metal.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://heavy66metal.blogspot.com/feeds/3944062329743286910/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6104099372319078205&amp;postID=3944062329743286910' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/3944062329743286910'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/3944062329743286910'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://heavy66metal.blogspot.com/2011/10/za-garsc-zbawienia-w-nowej-fantastyce.html' title='&quot;Za garść zbawienia&quot; w Nowej Fantastyce'/><author><name>Bartek (BD)</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10242921601194248246</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-4gYGKkuvOpM/TXTsS7GUZhI/AAAAAAAAAQM/Nc4bWSIYUdQ/s220/110864731548ad577558d37.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6104099372319078205.post-1455119417155010464</id><published>2011-10-19T15:23:00.000-07:00</published><updated>2012-02-02T02:02:08.890-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='opowiadanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='fantastyka'/><title type='text'>Szybcy i martwi</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Hades jest miejscem akcji kilku opowiadań, jednej noweli i dwóch powieści amerykańskiego pisarza, &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Jeffrey_Thomas_%28writer%29"&gt;Jeffreya Thomasa&lt;/a&gt;.  Pisząc niniejsze opowiadanie, zapożyczyłem z nich świat i mitologię.  Reszta to mój wymysł, wyhodowany na dość jawnych inspiracjach. &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Prolog&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Mężczyzna siedzi przed chatą, ogrzewając dłonie przy ognisku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Przykro mi panowie – zwraca się do dwóch nieznajomych mierzących do niego z rewolwerów. – Nie posiadam kosztowności ani pieniędzy. Nie mam nawet strzelby i rewolweru. Podróżuję pieszo. Opuśćcie więc broń i skorzystajcie z zaproszenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert Parker i Harry Longbaugh wymieniają spojrzenia. Mają za sobą długą podróż. Są zmęczeni, głodni i brudni. Cudem uniknęli śmierci z rąk boliwijskich żołnierzy, którzy dopadli ich w gospodzie w San Vincente. Zmylili pościg, ale stracili wierzchowce. Po wielu milach pieszej wędrówki bolą ich nogi i pokryte pęcherzami stopy.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Przeważa nęcący zapach obracanej na ruszcie zwierzyny. Chowają broń do olstrów i siadają przy ognisku, naprzeciwko mężczyzny skrywającego twarz pod szerokim rondem kapelusza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Mięso niedługo będzie gotowe. Pewnie jesteście głodni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Parker przełyka ślinę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Podzielę się z wami. Zanim jednak to nastąpi, opowiem wam pewną historię. Jeśli nie macie nic przeciwko temu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Harry wzrusza ramionami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Wszystko nam jedno - odpowiada.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Zatem dobrze. Opowiem wam historię o moim przyjacielu, twardym skurczybyku. Wyobraźcie sobie trzydziestolatka, milczka, ponuraka, opanowanego, ale nie brzydzącego się przemocą. Wyobraźcie sobie człowieka znikąd, w pewnym sensie bezdomnego, zdanego wyłącznie na siebie. Założę się, że trochę go przypominacie. Otóż mój przyjaciel, John Holt…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Blackwater&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;…nie jest skomplikowanym człowiekiem. Lubi kawę, najlepiej gorącą, słodką, doprawioną szczyptą cynamonu, lubi też broń, przede wszystkim palną, preferuje rewolwery wyposażone w mechanizm samonapinania, poza kawą i rewolwerami lubi ciszę – poranka, sjesty i późnej nocy, dokładnie w takiej kolejności. Wśród tego wszystkiego było kiedyś miejsce na kobiety i podróże. Kobiety, które kochał, pachniały kawą i cynamonem. Podróże kończyły się w miasteczkach, gdzie zarabiał na utrzymanie jako stróż prawa do wynajęcia. Tak było przez całe jego dorosłe życie, aż do owego feralnego dnia, kiedy spotkał pastora o urodzie cherubina. Teraz pozostały mu tylko chwile ciszy. Przepadły poranki, popołudnia i wieczory. Przepadła miłość, kobiety i podróże. Świat skurczył się do rozmiarów ogromnej pustyni ześrodkowanej w miasteczku Blackwater, leżącym pod karmazynowym niebem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;John Holt siedzi na ganku swojego domu, w dłoni trzyma kubek z zimną wodą, w olstrach rewolwery, a w zębach trzcinową słomkę. Ubrany jest w szare kalesony, białą koszulę i kapelusz o szerokim rondzie, mocno nasunięty na czoło. Spogląda w niebo, które, tak naprawdę, nie jest niebem, jedynie jego bluźnierczą imitacją. Brakuje mu smaku i aromatu kawy. Czasami śni o pałeczkach cynamonu, a także o kobietach, które mógłby bezkarnie pokochać. Pustynia zdaje się nie mieć początku ani końca. Podobnie jak niebo. Ale John wie, że to tylko złudzenie, z którego nigdy się nie otrząśnie. Odstawia pusty kubek do kuchni i kończy się ubierać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miasteczko budzi się do życia. Główna ulica, przy której stoi dom Johna, stopniowo zapełnia się mieszkańcami. Mężczyźni, kobiety, nastolatki, nawet dziesięcioletnie dzieci, w pojedynkę, parami albo w grupkach, zmierzają w milczeniu do kościoła. John zna ich wszystkich osobiście. Niektórych na wylot. Wymienia pozdrowienia, uśmiechy, uściski dłoni. Stara się brzmieć optymistycznie, ale bez przesady. Wie, co czują na jego widok, gdyż dokładnie to samo czuje, gdy widzi swoje odbicie w lustrze. Współczucie wymieszane z litością i żalem. U kilkunastu osób wyczuwa odrazę. Dawno temu przestał mieć im to za złe. Przyzwyczaił się. Są tylko ludźmi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do kościoła wchodzi ostatni, upewniwszy się, że dotarli wszyscy mieszkańcy. Pastor przyszedł wcześniej – wysoki, siwowłosy, o orlim nosie. Zajął miejsce na ambonie. W odróżnieniu od swoich owieczek nie wygląda na zasmuconego. Oczy mu błyszczą. Usta wykrzywiają się w szerokim uśmiechu. Przemawia donośnym głosem, melodyjnie, wręcz śpiewnie. Cytowane fragmenty Pisma Świętego ilustruje gwałtownymi gestami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mieszkańcy Blackwater mają spierzchnięte dusze. Większość z nich przebywa w Piekle dość długo, by wiedzieć, że dla Potępionych nie ma odkupienia ani zbawienia. Zaledwie garstka spija nadzieję ze słów kazania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;John otwiera oczy i wychodzi z kościoła. Do miasteczka zbliża się chmura pyłu – rżenie i tętent koni, ludzkie sylwetki w białych szatach, zakapturzone i uzbrojone. John rozpoznaje jeźdźców. To Anioły.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Szeryf&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zanim John umarł i trafił do Piekła, wiódł życie takie, jakie lubił. Po wojnie, w której zabijał dla Północy, wrócił w rodzinne strony, aby stwierdzić, że nie ma tam dla niego miejsca. Rodzicie zmarli, dom i farma, które po nich odziedziczył, zostały spalone – zastał jedynie zgliszcza, w których gnieździli się jacyś włóczędzy. Nie miał rodzeństwa ani przyjaciół. Spotkania z rodziną mieszkającą na Wschodnim Wybrzeżu nie brał pod uwagę. Pojechał więc na Zachód, do Nevady, skuszony drzemiącym w jej głębinach złotem – dotarł tam, gdzie bogobojni i praworządni mieszkańcy wielu przyszłych &lt;span style="font-style: italic;"&gt;ghost towns&lt;/span&gt; pilnie potrzebowali śmiałków wprawionych w zaprowadzaniu porządku. John był odważny, opanowany, potrafił szybko i celnie strzelać, swoje sumienie przyzwyczaił do przemocy, nie miał problemów z zabijaniem i alkoholem, jedynymi jego słabostkami były kawa, cynamon i kobiety, najczęściej tancerki, prostytutki, niewiasty sprzedajne, łase na pieniądze, prezenty i komplementy – dbał o swoje wybranki, w zamian chciał by go kochały albo udawały, że kochają, zawsze jednak miały pachnieć kawą i cynamonem. I pachniały, a John spełniał ich zachcianki, na które pracował ciężko i ryzykownie, polegając na swojej charyzmie i celnym oku. Był stróżem prawa do wynajęcia. Sezonowym szeryfem. Rewolwerowcem od Dziesięciu Nowych Przykazań.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zazwyczaj wyglądało to tak: podpisywał z lokalnymi władzami umowę, dzięki której na uzgodniony okres czasu stawał się absolutnym władcą miasteczka, następnie przez trzy dni informował mieszkańców o nowych zakazach i nakazach, stosowne ogłoszenia umieszczał też na drzwiach najważniejszych instytucji, potem tylko czekał, aż pojawią się kłopoty i odpowiedzialne za nie osoby. Wszyscy mieli jasność, wiedzieli, na czym stoją. Jedno ostrzeżenie, drugiego nie będzie. John uważał, że to uczciwe rozwiązanie. Na niektórych działało. Ale byli tacy, którzy mu nie uwierzyli. Zabijał ich bez litości. I nikt rozsądny nie miał do niego o to żalu. Był skuteczny, ale nie tani. Miał też konkurencję. Czasami więc było bardzo ciężko. Wtedy zmieniał branżę. Rabował banki i pociągi. Zawsze w przebraniu, zamaskowany. Nie mógł pozwolić sobie na to, że ktoś go rozpozna. Działał w pojedynkę. Uważał bowiem, że wspólnik to potencjalny świadek, źródło kłopotów proszące się o kulkę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nigdy w ten sposób o sobie nie myślał, ale – nie licząc Billa Harrigana, który przeszedł do historii jako Billy The Kid – był &lt;span style="font-style: italic;"&gt;najbardziej niczyim i najbardziej samotnym człowiekiem pogranicza&lt;/span&gt;*.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Blackwater&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;John wchodzi do kościoła, zamykając za sobą drzwi. Momentalnie cichną rozmowy. Słychać brzęczenie much. Pastor odbiera od szeryfa złożoną na pół kartkę. John otrzymał ją wczoraj od demona wyglądającego jak dorosła ważka, wykonana z chromu i metalu. Wszyscy wiedzą, co zawiera kartka. I wmawiają sobie, że są przygotowani na najgorsze. Mylą się tak bardzo, jak to możliwe. Pastor chrząka, przełyka ślinę i zaczyna wyczytywać nazwiska. Ludzie reagują różnie. Niektórzy są do tego stopnia zrezygnowani, że ze spuszczoną głową wstają z miejsca i podchodzą do drzwi. Inni wybuchają histerycznym płaczem. Dzieci wrzeszczą. Próbują schronić się w ramionach dorosłych, ale mężczyźni i kobiety odsuwają je od siebie. John wyprowadza szamoczące się dzieciaki przed kościół. Wyrzuca też kilku dorosłych. Upewnia się, że wyszły wszystkie osoby z listy. Pozostałym dziękuje za współpracę, po czym, odpiąwszy pas z rewolwerami, dołącza do zgromadzonych przed budynkiem wiernych. Pastor wyczytał również jego nazwisko.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niebawem w miasteczku rozlegają się wystrzały. Wtórują im dzikie wrzaski umierających oraz gniewne okrzyki i przekleństwa Aniołów. Obwieszeni bronią jeźdźcy przyjechali z Nieba, aby ranić, okaleczać i masakrować Potępionych. Mężczyźni są kastrowani, kobiety gwałcone, dzieci rozrywane na strzępy końmi. Kilku nieszczęśników zmieniono w żywe pochodnie. Anioły nie robią niczego złego. Potępieni zasłużyli na Piekło, a tym samym na każdą krzywdę, jaką mogą im wyrządzić mieszkańcy Nieba i demony. Dzisiejsze cierpienie Johna i innych ludzi jest niczym w porównaniu z grzechem, którego się dopuścili. Kiedy Anioły odjadą, pastor otworzy drzwi kościoła, a ludzie ujrzą swoich sąsiadów, znajomych, przyjaciół, może nawet kochanków – zmasakrowanych, ale wciąż żywych, powoli się regenerujących, odtwarzających w przeraźliwym bólu swoje pośmiertne ciała. Wszystko dlatego, że nie skorzystali z ofiary Chrystusa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I tak jest co tydzień, w każdą niedzielę, licząc według ziemskiego kalendarza. Tak samo albo  gorzej będzie w przyszłym tygodniu. Po sześciu dniach ciężkiej pracy w Wieży Demonów – gigantycznym pociągu poruszającym się po torach zanurzonych w pustynnym piachu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Cherubin&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;John Holt wierzył w Boga. Był przekonany, że każde działanie i zaniechanie Stwórcy jest skrojone na miarę Jego natury. Bóg był pod każdym względem doskonały, więc wszystko, co robił również takie było, nawet jeśli pewnym ludziom wydawało się zupełnie inne. Dlatego Holt uważał, że nie można mieć do Boga zasadnych pretensji. Bóg jest tylko Sobą, mawiał, zatem dajcie Mu spokój.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O sługach bożych John nie żywił najlepszej opinii. Wielu z nich znał osobiście i nie lubił z powodu tego, co w swoich kazaniach i prywatnych rozmowach mówili o Bogu i ludziach. Kilkoma nawet gardził. Nigdy jednak żadnego nie skrzywdził.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W miasteczku Big Whiskey, w którym na dwa tygodnie objął posadę szeryfa, poznał Malcolma Cornwaya, pastora o wyglądzie cherubina. Nie przypadli sobie do gustu, chociaż zamienili tylko kilka zdań. Pastor był młody, świeżo po seminarium, pełen wiary i pewności wrogiej wątpieniu. Pewnego dnia terroryzująca miasteczko banda porwała siedmioletniego syna sklepikarza. Dwa dni później John znalazł jego ciało na skraju mieściny. Chłopiec żył, ale został potwornie okaleczony. Miejscowy lekarz mógł jedynie ulżyć mu w bólu. Rodzice malca byli zrozpaczeni. Ojciec klął pod nosem, a matka zaciskała bezsilnie pięści. W pewnej chwili zwróciła się do pastora, który był wśród osób zgromadzonych w lekarskim gabinecie, z pytaniem, dlaczego Bóg pozwolił na to, aby ich syn tak okrutnie cierpiał. Pastor, co John bardzo wyraźnie zapamiętał, odruchowo zacisnął zęby, zamknął na chwilę oczy, jakby w duchu odliczał do trzech, po czym, położywszy dłoń na ramieniu kobiety, odpowiedział:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Stwarzając dusze, Bóg sprawdził, co każda z nich zrobi w każdej możliwej sytuacji. Dowiedział się, że niektóre dusze bez względu na okoliczności nie przyjmą do swojego serca Chrystusa, wskutek czego zostaną potępione. Dobry Bóg urządził więc świat w ten sposób, że duszom, które zostaną potępione, przypada za życia większa suma cierpienia niż tym, które będą zbawione. Także w wymiarze indywidualnym. Dobry Bóg nie pozwoliłby na to, aby przyszły zbawiony cierpiał takie męki, jak państwa syn. Wychodzi więc na to, że wasz chłopak trafi do piekła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z oczu matki pociekły łzy. Ojciec chłopca spojrzał nienawistnie na pastora. Lekarz zmarszczył brwi i otworzył usta, jakby chciał o coś zapytać. John zaś sięgnął po rewolwer, przyłożył lufę do skroni duchownego i pociągnął za spust. Mózg bożego sługi zachlapał twarz lekarza. W pomieszczeniu zapadła pełna osłupienia cisza. John z niedowierzaniem spojrzał na swoją rękę i broń. Miał wrażenie, że nie należą do niego. Przełknął głośno ślinę i wybiegł z budynku. Potem osiodłał swojego konia i uciekł z miasteczka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Blackwater…&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;…nie jest jedynym &lt;span style="font-style: italic;"&gt;ghost town&lt;/span&gt; pod karmazynowym niebem zastygłej lawy. Na czerwonozółtej pustyni, w objęciach powszechnej w Piekle szarości, egzystują inne mieściny zamieszkane przez Potępionych. Każda ma swojego szeryfa, kogoś takiego jak John Holt, specjalistę od utrzymywania porządku, a także sędziego, specjalistę od wymierzania sprawiedliwości. W końcu Potępieni to tylko ludzie z całym bagażem wad i zalet. Czasami puszczają im nerwy i zaczynają rozrabiać. Odreagowują swój nikczemny los – sześciodniową pracę w zmechanizowanych Wieżach Demonów, powtarzające się co niedzielę wizyty Aniołów, zagrożenie ze strony demonów, które w dowolnej chwili mogą pojawić się w miasteczku i rozpocząć tortury. Te ostanie ciągną się niekiedy latami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy Johnowi przestaje odrastać ciało, jest już poniedziałek. Tylko kilka godzin zostało do świtu, którego wszakże nie będzie. W Blackwater panuje grobowa cisza, jakże stosowna, przecież w szarych, zniszczonych budynkach śpią zmarli. John siada na łóżku, jeszcze jest półprzytomny, z trudem przełyka ślinę. Potrząsa głową. Rozmasowuje kark. Mimo że ciała Potępionych nie potrzebują wody ani jedzenia, chce mu się pić i ssie go w żołądku. To tylko nieprzyjemne złudzenie. Kolejna kara.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;John krzywi się na wspomnienie wizyty Aniołów. Wczoraj przeżył swoją pierwszą dekapitację. Wciąż jest odrobinę roztrzęsiony. Przemywa twarz w zimnej wodzie. Słysząc pukanie do drzwi, nieruchomieje ze wzrokiem utkwionym w swoim wymizerowanym odbiciu. Odkłada ręcznik i wychodzi przed dom. Kobieta ma na sobie zakrwawioną koszulę i podartą spódnicę. Jakiś Anioł zdjął jej skalp. Skóra regeneruje się powoli i boleśnie. John zaciska zęby. Znają się z poprzedniego życia. John pamięta, że była pianistką. Całkiem dobrą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Witaj Jennifer – mówi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Wpuść mnie – prosi kobieta. Na jej czole demony wypaliły literę „A”. „A” jak ateizm, myśli John i zastanawia się, co odpowiedzieć kobiecie, która kiedyś – w innym, chyba lepszym świecie – pachniała kawą i cynamonem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Zostałam…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;John kładzie na jej ustach palec.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Rozumiem. Wejdź.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kładą się w sypialni Johna. Jennifer zwija się w kłębek, a John przywiera do jej pleców. Nic nie mówią. Oboje drżą ze strachu. O tę chwilę intymności, którą właśnie wykradli Piekłu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O świcie, którego nie ma, budzi ich huk broni palnej. John podbiega do okna, zapinając pas z rewolwerami. W pośpiechu mocuje się ze sprzączką. W pewnej chwili pada kolejny strzał, rozlega się dźwięk tłuczonego szkła, a John, trafiony w czoło, przewraca się na podłogę. Nie widzi więc Anioła, który chwilę później wrzuca płonącą pochodnię do budynku usytuowanego po przeciwnej stronie ulicy. Ani dwóch Aniołów wywlekających na zewnątrz wrzeszczącą Jennifer. Ani kolejnego, który obcina jej piersi maczetą. I pozostałych, zajętych polowaniem na mieszkańców Blackwater. Obracających piekielne&lt;span style="font-style: italic;"&gt; ghost town&lt;/span&gt; w ruinę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Hang’em High!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Był zbiegiem. Musiał nieustannie uciekać, jeśli chciał zachować życie i wolność. Więc uciekał. Na Wschód. Przez Utah, Colorado, Kansas, Missouri. Po dwóch latach bandyckiej tułaczki trafił do Fortu Smith w Arkansas. Był winien sprawiedliwości ludzkiej kilkanaście tysięcy dolarów i garść trupów bankowych strażników, którzy przed śmiercią zdążyli usłyszeć z jego ust nieśmiertelną kwestię Billa Minera: „Hands Up!”. Wszyscy ochoczo je podnosili, niektórzy jednak byli przekonani, że akurat im uda się sięgnąć znienacka po broń. Zginęli. John Holt przeżył.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Byli więc głupcami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy John stanął przed obliczem sędziego Isaaca Parkera, zrozumiał, że popełnił błąd, przyjeżdżając do Arkansas. Zdradziła go kobieta, pachnąca kawą i cynamonem. Kobieta o długich, delikatnych palcach. Słynąca z absolutnego słuchu. Miała bladą cerę, rude włosy i piegi, mnóstwo piegów  na drobnym nosku i jędrnych piersiach. Zdradziła go kobieta, którą chciał pokochać. Zdradziła, bo zabił jej brata. Był strażnikiem w banku w Kansas City. Myślał, że zdoła wyciągnąć znienacka rewolwer. Wyciągnął, ale John był szybszy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zielonooka Jennifer przyszła na egzekucję. Stanęła w pierwszym rzędzie. Uśmiechała się, gdy zabójca jej brata zaczął wierzgać nogami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Okazał się głupcem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Demony i grzesznicy&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To najdziwniejsza rozmowa w życiu Johna. Rozmawiają wśród zgliszczy miasteczka, w otoczeniu jęczących z bólu Potępionych, których okaleczone ciała regenerują się z wielkim mozołem. John i dwa demony. Trzymetrowe humanoidy w długich, skórzanych płaszczach, zapiętych po szyję. Pojawiły się nie wiadomo skąd. Na pewno nie pochodzą z Wieży Demonów, w której pracują mieszkańcy Blackwater. Tamtejsze demony wyglądają inaczej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;John spogląda w głęboko osadzone oczy w kolorze błyszczącego obsydianu, przypatruje się wąskim ustom, skrywającym szpiczaste zęby, i słucha, nade wszystko słucha gardłowego głosu demona, który przedstawił się jako Azura. Nie zastanawia się długo. Dobrze, odpowiada, zbiorę ludzi. I zbiera – zgodziło się siedmiu mężczyzn i trzy kobiety. Nie ma wśród nich Jennifer. Ochotnicy nie ufają demonom, boją się ich, ale mając do wyboru bezczynność i zemstę – sprawiedliwą odpłatę, jak powiedział Azura – wybierają tę drugą. Drugi demon, Kemsha, przyprowadził wierzchowce i rozdał broń – osiem karabinów marki Winchester i dziesięć rewolwerów Colta wraz z zapasem amunicji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niebawem grupa pościgowa opuszcza Blackwater.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Demony nie jadą konno, po prostu suną tuż nad pustynią. Prowadzi Azura, za nim jedzie John, potem ochotnicy, na końcu Kemsha. Po drodze zajeżdżają do innych miasteczek. Wszędzie zastają taki sam widok: zgliszcza i dziesiątki bądź setki okaleczonych ciał. Azura  rozmawia z innymi demonami. Wszystkie noszą płaszcze i kapelusze. Demony i kolejni ochotnicy przyłączają się do pościgu. Po kilku godzinach jazdy grupa pościgowa liczy sobie ponad pięćdziesiąt ludzkich dusz i dziesięć demonów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wierzchowce nie potrzebują wody ani jedzenia. Mkną przez pustynny krajobraz niczym burza piaskowa. Dzisiaj krwistoczerwone niebo jest w stanie wrzenia – wypluwa ogromne bryły zastygłej lawy, które z ogłuszającym hukiem wbijają się w ziemię. Jeźdźcy mijają widoczne w oddali Wieże Demonów; gigantyczne pociągi, wysokie na kilkanaście pięter, suną majestatycznie na tle skalnych wzniesień. To właśnie w czeluściach tych maszyn Potępieni pracują za wodę i pożywienie, hodując demony. W pewnym sensie sami tworzą swoich przyszłych oprawców.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Anioły i demony. Czasami nie wiadomo, którzy są gorsi. Zbawieni ludzie czy piekielny miot. Jedno jest jednak pewne, myśli John Holt, ludzie, którzy najechali Blackwater nie są Aniołami, nie zostali zbawieni. To tylko zbuntowani piekielnicy, powiedział Azura, krzywiąc się pogardliwie. W jakiś sposób zdobyli broń, wierzchowce i stroje Aniołów. I zaczęli się bawić w Dziką Bandę. Bezinteresowni mordercy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dopadają ich w kolejnym &lt;span style="font-style: italic;"&gt;ghost town&lt;/span&gt;. Wystrzały ogłuszają pustynię. Przebierańcy rozkręcili orgię przemocy. Azura wyjaśnia Johnowi swój plan. Przez kilka długich minut dogadują szczegóły. Potem demony ustawiają się w szeregu. Zrzucają płaszcze i rozprostowują górne kończyny – dwie, choć szponiaste, przypominają ludzkie ręce, pozostałe cztery wyglądają jak karabiny maszynowe Gatlinga. Demony atakują frontalnie, z bezpiecznej odległości – lufy Gatlingów wirują z baletową gracją, ku ziemi lecą obracające się w proch łuski, pociski szatkują buntowników i ich ofiary. Tym razem Bóg nie rozpozna swoich, myśli John. Kiedy demony przestają strzelać, pochowani w zrujnowanych budynkach piekielnicy odpowiadają ogniem. Wtedy do ataku ruszają mieszkańcy napadniętych&lt;span style="font-style: italic;"&gt; ghost towns&lt;/span&gt;. Zachodzą buntowników od tyłu. Demony wznawiają ostrzał. Dochodzi do kilkunastu starć wręcz. Ostrza noży i maczet tną ze świstem powietrze i ludzkie ciała. Krew bryzga bez składu, ładu i umiaru. W pewnej chwili jeden z fałszywych Aniołów wskakuje na zabłąkanego wierzchowca i, tuląc się do jego grzbietu, ucieka z miasteczka. John spina swojego konia i rusza w pościg. Czuje się tak, jak w dawnych, dobrych czasach, kiedy brał udział w szalonych galopadach za łotrami psującymi krew ludzi, których było stać na jego usługi. Uśmiecha się do siebie. Przez chwilę jest szczęśliwy. Zamyka i otwiera oczy. Ściska boki konia nogami i unosi do strzału oba rewolwery. Ich grzmot dogania uciekiniera, który przechyla się raptownie w siodle i spada na ziemię. W piach i pył. John dobiega do leżącego mężczyzny. Wykopuje z jego dłoni rewolwer i…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;…marszczy brwi. Coś jest nie w porządku. Przygląda się twarzy rannego. Nie zauważa na jego czole litery symbolizującej grzech. To nie jest twarz Potępionego, lecz Anioła, zbawionego, mieszkańca Nieba. John bardzo dobrze zna tę twarz. Kiedyś ją zmasakrował. Wciąż nie może uwierzyć, że ma przed sobą Malcolma Cornwaya, pastora o anielskiej urodzie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pastor się śmieje, plując krwią.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Ironia losu, co? Ja w Niebie, niemalże męczennik za wiarę, a ty w Piekle, morderca. Chyba jesteśmy kwita, co?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;John zaciska zęby. Nie odpowiada. Za to pastor nie potrafi utrzymać języka za zębami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Co powiedziały wam demony? – pyta drwiąco. – Czekaj, nic nie mów, cokolwiek to było, ty i ja wiemy, że znów was oszukały. Kiedy skończy się polowanie, wrócę do  Nieba,  a ty i twoi kompani traficie na wieczność do jednej z tych wymyślnych Wież Tortur za to, że ośmieliliście się podnieść rękę na Anioły. Nie należy wierzyć demonom…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Głos pastora ginie w terkocie karabinu Gatlinga. Pociski przerabiają ciało bożego sługi na sitko. W końcu Azura przestaje strzelać i wbija obsydianowe spojrzenie w Johna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Nie oszukaliśmy was – mówi niskim, gardłowym głosem. – Daliśmy jednie szansę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;John ściska rewolwer. Zastanawia się, ile razy musiałby wystrzelić, aby zabić demona.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Na co? – pyta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Azura podnosi worek leżący obok zmasakrowanego pastora. Przez moment waży jego zawartość w dłoni, a potem podaje ją Johnowi. Po dłuższej chwili John uświadamia sobie, co to jest.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Na rebelię – odpowiada Azura. – Na rzucenie wyzwania temu wszystkiemu…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-To nie ma sensu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-A czy to – Azura wodzi dookoła ręką – ma jakiś sens? Albo czy sens ma jej cierpienie?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;John wpatruje się w trzymaną w dłoni garść popiołu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Potrzebuję twojej pomocy, John – mówi demon. – Za życia byłeś najbardziej niczyim i najbardziej samotnym człowiekiem pogranicza, ale teraz, kiedy jesteś martwy, masz okazję zostać legendą Dzikiego Zachodu. Ludzie cię posłuchają. Zawsze cię słuchali. Tylko ty jakoś tego nie zauważałeś.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;John przesypuje popiół z powrotem do worka. Ma wrażenie, że ze sczerniałych drobin dobiega ludzki krzyk.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Nie jesteś dobrym demonem, Azura – zauważa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-A ty dobrym Potępionym – rewanżuje się demon.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Jesteśmy łotrami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Z najwyższej półki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po  chwili milczenia człowiek i demon uśmiechają się do siebie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Piekło! Piekło! Piekło!  &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W lesie pełnym kolczastych drzew, z którym sąsiaduje pustynia, rozpalili dziesiątki stosów. W milczeniu patrzyli na płonące Anioły. Czekali, aż zostanie z nich tylko popiół. John i Jennifer stali obok siebie. Trzymali się za ręce. Potem ludzie i demony starannie zebrali szary pył, którym się stali mieszkańcy Nieba i rozrzucili go na skraju pustyni, na  przestrzeni wielu mil kwadratowych. Anioły są nieśmiertelne. Nie da się ich zabić. Ale można sprawić, by bardzo długo  odtwarzały swoje ciała.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy było już po wszystkim, John Holt i mieszkańcy Blackwater ruszyli w towarzystwie Azury i jego piekielnej braci w głąb nieskończonego Piekła. Na moment niebo lawy rozbłysło na horyzoncie żółtoczerwonym blaskiem, tak że można było odnieść wrażenie, iż odjeżdżają w stronę zachodzącego słońca.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Epilog&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-I to już koniec? – dziwi się Harry Longbaugh.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Mniej więcej – odpowiada nieznajomy, wsuwając do wąskich, ciemnych usta kawał mięsiwa. – Częstujcie się.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Co się stało z Johnem i Jennifer? - pyta Robert Parker.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-John nie zamierzał wojować z Bogiem. Niczego nie miał Mu za złe. Nawet lat  spędzonych w Piekle. Chciał jedynie żyć tak, jak dawniej, a myśl, że znów  może stanowić i egzekwować prawo, nawet jako piekielny przestępca, wprawiała jego serce w radosne drżenie. Inaczej było z Jennifer. Gardziła Bogiem. Ale, mimo różnicy poglądów,  jakoś się dogadywała z Johnem. Nadal są razem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Parker drapie się po karku i zakłopotany spogląda z ukosa na przyjaciela. Wydaje mu się, że minęło kilka  godzin, ale wciąż jest jasno, a raczej szaro, zmierzch nie zapadł, wieczór nie nadszedł, mimo że powinien. Dostrzega dziury po kulach w ubraniu Harry’ego, na swoim policzku wyczuwa zaś zakrzepłą krew. Harry także jest zdezorientowany. Z niedowierzaniem gapi się na ziejącą w skroni Roberta dziurę. Wysoko nad nimi karmazynowy blask wypełnia błękitnoszare dotychczas niebo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Co się dzieje?! – krzyczy Robert, zrywając się z ziemi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Harry również się podrywa. Obaj wyciągają rewolwery.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Co nam zrobiłeś, draniu?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nieznajomy śmieje się gardłowo. A potem podnosi się, zrzucając z ramion skórzany płaszcz. Butch Cassidy i Sundance Kid** wpatrują się ze zgrozą w karabiny Gatlinga wyrastające z kończyn stwora.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Nic – odpowiada demon. – Witamy w Piekle.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*J. L. Borges, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Powszechna historia nikczemności&lt;/span&gt;, tłum. Stanisław Dembrzuski, Andrzej Sobol-Jurczykowski, Prószyński i S-ka, Warszawa 1999, s. 62.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;** &lt;a style="font-weight: bold;" href="http://en.wikipedia.org/wiki/Butch_Cassidy"&gt;Robert Parker&lt;/a&gt; (Butch Cassidy), &lt;a style="font-weight: bold;" href="http://en.wikipedia.org/wiki/Harry_Longabaugh"&gt;Harry Longbaugh&lt;/a&gt; (Sundance Kid) oraz wspomniani wcześniej &lt;a style="font-weight: bold;" href="http://en.wikipedia.org/wiki/Billy_the_Kid"&gt;Billy The Kid&lt;/a&gt;, &lt;a style="font-weight: bold;" href="http://en.wikipedia.org/wiki/Bill_Miner"&gt;Bill Miner&lt;/a&gt; i sędzia &lt;a style="font-weight: bold;" href="http://en.wikipedia.org/wiki/Isaac_Parker"&gt;Isaac Parker&lt;/a&gt; to postaci historyczne.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6104099372319078205-1455119417155010464?l=heavy66metal.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://heavy66metal.blogspot.com/feeds/1455119417155010464/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6104099372319078205&amp;postID=1455119417155010464' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/1455119417155010464'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/1455119417155010464'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://heavy66metal.blogspot.com/2011/10/szybcy-i-martwi.html' title='Szybcy i martwi'/><author><name>Bartek (BD)</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10242921601194248246</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-4gYGKkuvOpM/TXTsS7GUZhI/AAAAAAAAAQM/Nc4bWSIYUdQ/s220/110864731548ad577558d37.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6104099372319078205.post-3463466652581324531</id><published>2011-10-09T17:35:00.001-07:00</published><updated>2011-12-01T00:13:55.843-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='opowiadanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='heavy metal'/><title type='text'>Czarna</title><content type='html'>&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Niniejsze opowiadanie jest kontynuacją tekstu &lt;/span&gt;&lt;a style="font-style: italic;" href="http://heavy66metal.blogspot.com/2010/10/okulary-w-rogowej-oprawie.html"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;"Okulary w rogowej oprawie"&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-QCk1dP2i0EQ/TnmaNPoQzNI/AAAAAAAAAW0/Q07EopVR6jw/s240/White%2BWizzard%2B-%2BFlying%2BTigers%2B%252819.09.2011%2529.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-QCk1dP2i0EQ/TnmaNPoQzNI/AAAAAAAAAW0/Q07EopVR6jw/s240/White%2BWizzard%2B-%2BFlying%2BTigers%2B%252819.09.2011%2529.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Narodziła się wśród zgliszczy i ruin. W dymie i huku. Na dnie rany zadanej rzeczywistości. Tamtej nocy, kiedy rozpędzone gitary elektryczne szturmowały niebiosa, doprowadzając do wrzenia pięć sal koncertowych w różnych zakątkach Ziemi, symbolika znów okazała się znacząca. Pięć heavymetalowych bestii zagrało głośniej niż piekło, nie wiedząc co tak naprawdę – z perspektywy sensotwórczej maszynerii napędzającej rzeczywistość – czynią. Zagrały i rozpętały sekwencję zmian. W dziejach. Nie oszczędzając przeszłości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/White_Wizzard"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;White Wizzard&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, &lt;a href="http://volture.us/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Voltur&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;a href="http://volture.us/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;e&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; i &lt;a href="http://www.myspace.com/spellcaster123"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Spellcaster&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; przybyły z USA. &lt;a href="http://www.myspace.com/skullfisted"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Skull Fist&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; nadciągnął z Kanady, a &lt;a href="http://www.myspace.com/bladeofkatana"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Katana&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; ze Szwecji. Był rok 2011. &lt;a href="http://volture.us/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Volture&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, &lt;a href="http://www.myspace.com/skullfisted"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Skull F&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/skullfisted"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;ist&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, &lt;a href="http://www.myspace.com/spellcaster123"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Spellcaster&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; i &lt;a href="http://www.myspace.com/bladeofkatana"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Katana&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; dopiero co debiutowały. &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/White_Wizzard"&gt;Wh&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/White_Wizzard"&gt;ite Wizzard&lt;/a&gt; &lt;/span&gt;wyczarował trzeci album. &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;„Flying &lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Tigers”&lt;/span&gt; wylądowały na półkach 19&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-8L_SkA3EbQE/TXDcDq2BAQI/AAAAAAAAAQA/X88dmJmChPU/s250/volture_shocking_prey.jpg"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-8L_SkA3EbQE/TXDcDq2BAQI/AAAAAAAAAQA/X88dmJmChPU/s250/volture_shocking_prey.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; września. Albumy debiutantów znacznie wcześniej. Żadnej z tych heavymetalowych bestii nie rozchodziło się o nic innego jak o granie i upowszechnianie heavy metalu. Wszelkimi dostępnymi środkami. Jednak tryby sensotwórczej maszynerii zostały wprawione w ruch. Odtąd wszystko, co każda z nich robiła, było znakiem uwikłanym w semantykę i pragmatykę spoza granic znanego ludziom świata. Wszelkie składniki rock 'n’ rollowego stylu życia – imprezy, próby, koncerty, wywiady, wyskoki – momentalnie stawały się &lt;span style="font-style: italic;"&gt;znaczącymi&lt;/span&gt;, z których wulkanicznych głębin sensotwórcza maszyneria wyrzucała okruchy sensu zmierzającego nieubłaganie ku tamtej nocy, kiedy wśród zgliszczy i ruin narodziła się Czarna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To była gorąca &lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-Gz5VU4oDJWo/TkTK1VSrBmI/AAAAAAAAAVU/dtnlYVnqmf4/s250/spellcaster-under-the-spell-cover-okladka.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-Gz5VU4oDJWo/TkTK1VSrBmI/AAAAAAAAAVU/dtnlYVnqmf4/s250/spellcaster-under-the-spell-cover-okladka.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;noc. Księżycowa, rozedrgana kąśliwymi riffami rozbrzmiewającymi w pięciu zakątkach Ziemi. Pięć heavymetalowych bestii wygrywało oldschoolowe hymny. Pięć cuchnących potem, skórami i stalą widowni. Na każdej po pięciuset pięćdziesięciu pięciu fanów. Razem: pięć tysięcy pięćset pięćdziesiąt rąk uniesionych w geście &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Sign_of_the_horns"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;mano cornuta&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. Brakowało tylko gwiazd ustawionych w należytym porządku. Kiedy rozbrzmiały początkowe riffy &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=zS7Cl_KBYeU"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;„Fight To Death”&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=UuHznxrsFM4"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;„The Horde”&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=cmdpE5btUTA"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;„Ride The Beast”&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=UM_2nHXcNKI"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;„Molten Steel”&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; i &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=UM_2nHXcNKI"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;„Phoenix Of Fire”&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, znane ludziom gwiazdozbiory zniknęły, zastąpione nowymi w kształcie diabelskiej dłoni. To właśnie wtedy rozpoczęła się akcja porodowa. Sensotwórcza  maszyneria zazgrzytała, jakby zawodząc z bólu, a potem znieruchomiała na jedną, długą chwilę, podczas której pięć sensorodnych solówek zraniło rzeczywistość. Z gitar wystrzeliły  błyskawice, skumulowały się pod sklepieniem niebieskim, po czym pomknęły w dół niczym mechaniczne ptaszyszko z okładki &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;„Shocking It’s Prey” &lt;a href="http://volture.us/"&gt;Volture&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-afHoUi2vWcM/TpKo3W8QNLI/AAAAAAAAAXc/KOhUB-BEIUk/s1600/Skull%2BFist.jpg"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-afHoUi2vWcM/TpKo3W8QNLI/AAAAAAAAAXc/KOhUB-BEIUk/s200/Skull%2BFist.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5661773350562706610" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Siedziałem przy stoliku, nad filiżanką podwójnego espresso, gapiąc się przez okno na pustą ulicę, kiedy dach baru został rozerwany na strzępy, a do środka wpadła naelektryzowana kula, w której po dłuższej chwili ujrzałem pięć miniaturowych scen i szalejących na nich zespołów. Mój pies, biszkoptowy labrador, zasysał przez słomkę kofeinową whiskey i brązowy cukier. Robił to z pogardą właściwą cynikom. Nawet nie zaszczekał, gdy kula osiadła na kontuarze, tuż przed osłupiałym barmanem, i eksplodowała snopem iskier. To właśnie wtedy ujrzałem ją po raz pierwszy. Przykucnęła… na  blacie. Skulona, drżąca. Oblepiona dogasającymi iskrami. Jej spojrzenie było bezdennie czarne. Zeskoczyła… na podłogę i pomknęła ku drzwiom. Wyleciały na ulicę, wyrwane z zawiasów. Wkrótce zniknęła  między budynkami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dokończyłem w milczeniu kawę. I wyszedłem na zewnątrz, aby zastanowić się nad tym, co dalej. Wkrótce dołączył do mnie Diogenes. Zamerdał ogonem i oblizał pysk z bitej śmietany. Powiedziałem mu, co zamierzam zrobić. Szczeknął, że się zgadza. Wiedziałem, że muszę ją odnaleźć i poznać jej tajemnicę. To, skąd się wzięła, kim/czym była, co planowała. Nie dawało mi spokoju jej spojrzenie, w którym dostrzegłem wyzwanie rzucone całej rzeczywistości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-j2i2cGPWlyA/Teczab6zQII/AAAAAAAAAUQ/JctAV0Rv7Nw/s250/heads_will_roll-13410143-frntl.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-j2i2cGPWlyA/Teczab6zQII/AAAAAAAAAUQ/JctAV0Rv7Nw/s250/heads_will_roll-13410143-frntl.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Oto, czego się dowiedziałem po wielu tygodniach poszukiwań, uboższy o stertę cudzych banknotów oraz garść własnych zębów i cnót dziurawych jak szwajcarski ser.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na początku przemierzała bary, kawiarnie, restauracje, puby i tym podobne przybytki, dzieląc się sobą z ludźmi. Wszędzie tam, gdzie było to możliwe, zostawiała cząstkę samej siebie w posiłkach i napojach. Zimnych i ciepłych. Nie rzucała się w oczy. Jeśli ktoś ją zauważył, uznawał po zastanowieniu, że jest na swoim miejscu, tam, gdzie być powinna. Nie wzbudzała więc podejrzeń. Przynajmniej na początku. Nawet rzeczywistość nie zorientowała się, że wypuściła na świat własną zgubę. Dzwonek alarmowy rozdzwonił się dopiero wtedy, gdy Czarna zaczęła odwiedzać należące do międzynarodowych korporacji fabryki i wzbogacać sobą produkowane w nich napoje i żarełko. W ten sposób jej działalność zyskała globalny zasięg. Zmieniała nie tylko ludzi, którzy byli przede wszystkim nieświadomymi nosicielami sensów wytwarzanych przez drzemiącą w czeluściach rzeczywistości sensotwórczą maszynerię. Zmieniała również dzieje. Przepisywała je na nowo, uwalniając spod władzy nie-ludzkich znaczeń.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wywierała też wpływ na artefakty przeszłości. Odciskała w nich swoją obecność. Wzmianki o Czarnej zaczęły pojawiać się w świętych księgach ziemskich religii, na kartach dzieł filozoficznych, w dziełach literackich, na obrazach, w filmach, piosenkach i komiksach. Ludzie, którzy jeszcze wczoraj nie wiedzieli o jej istnieniu, zaczynali nabierać przekonania, że widziano ją z jakimś rzymskim legionistą na miejscu kaźni &lt;a style="font-weight: bold;" href="http://en.wikipedia.org/wiki/Jesus"&gt;Chrystusa&lt;/a&gt;. Wspominali o tym w swoich ewangeliach &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Matthew_the_Evangelist"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Mateusz&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; i &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Luke_the_Evangelist"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Łukasz&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. Jeszcze wcześniej napomknął o niej &lt;a href="http://plato.stanford.edu/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Platon&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; w „Uczcie”. Sceptyk Eubulaos napisał w swoich pamiętnikach, że jego mistrz &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Tymon&lt;/span&gt;, skądinąd uczeń samego &lt;a href="http://plato.stanford.edu/entries/pyrrho/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Pirrona&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, stracił dla Czarnej nie tylko głowę, ale i majątek. Kochał się w niej &lt;a href="http://plato.stanford.edu/entries/epicurus/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Epikur&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. Bez wzajemności jednak. &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Zeno_of_Tarsus"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Zenona&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; i &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Chrysippus"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Chryzypa&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, dwóch stoickich mędrców, wyrywała z &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Apatheia"&gt;apatii&lt;/a&gt;. Ku ich uciesze, a zgorzeniu uczniów. &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Muhammad"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Mahomet&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; się z nią nie rozstawał, co według niektórych komentatorów hadisów budziło w &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Allah"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Allachu&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; zazdrość. Czarna znalazła się też na kilku płótnach &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Andy’ego Warhola&lt;/span&gt;. Na &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;„Let It Be” Beatlesów&lt;/span&gt;. W &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;„Czasie Apokalipsy” Coppoli&lt;/span&gt;. Nagle wszędzie jej było pełno – w przeszłości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Była sprytna. Ale zadarła z sensotwórczą maszynerią. Boskim gadżetem do generowania historiozofii i powiastek mniejszego kalibru. Nic więc dziwnego, że dość szybko na trop Czarnej wpadło Ślepiszcze. &lt;a href="http://heavy66metal.blogspot.com/2010/10/okulary-w-rogowej-oprawie.html"&gt;Bestia zrodzona w wodach płodowych labiryntu Pandory. Uformowana przez cztery, nieświadome swej roli kapele heavymetalowe.&lt;/a&gt; Wielki łeb, możliwie najpaskudniejsze oblicze, wielgachny jęzor i przepastne gardło wiodące do piekielnego żołądka. Na nosie okulary w rogowej oprawie. Dość klasyczne. Dopadliśmy ją, kiedy zagoniła Czarną w ślepy zaułek. Swym potężnym cielskiem, wciśniętym w podarte dżinsy, zieloną koszulę i sztruksową marynarkę, odcięła jej drogę ucieczki. Diogenes prowadził, ja obsługiwałem działo. Czarna tańczyła między szponami i szczękami Ślepiszcza, starając się nie uronić ani jednej kropli swej cennej substancji. Nie mogłem zwlekać. Gdy Diogenes ustawił samochód bokiem do uliczki, którą tarasowało monstrum, otworzyłem ogień. W plecach bestii zakwitły krwawe kwiaty. Ślepiszcze straciło równowagę i zatoczyło się na ścianę, co skwapliwie wykorzystała Czarna. Przemknęła między nogami napastnika, po czym wskoczyła do samochodu. Zanim zamknąłem drzwi, zgarnąłem z ziemi okulary Ślepiszcza. Ruszyliśmy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W stronę horyzontu. I dalej. Do baru przy Końcu Świata. Takiej ulicy. Tam mogliśmy porozmawiać w spokoju. Kiedy dotarliśmy na miejsce, była czwarta nad ranem. Świt miał nadejść za dwie godziny. Z zamówionym koktajlem mlecznym usiadłem naprzeciwko Czarnej. Byliśmy jedynymi klientami. Przedstawiłem się i powiedziałem, czego od niej chcę. Zgodziła się. Nie dlatego, że uratowałem jej życie. Po prostu nigdzie się nie śpieszyła. Lubiła igrać z losem. Poza Ślepiszczem ścigała ją Białą Śmierć i Laktoza. Wyjątkowo wredni &lt;span style="font-style: italic;"&gt;natual born killers&lt;/span&gt; sensotwórczej maszynerii. Kiedy jej o tym przypomniałem, jedynie prychnęła w ten dziwaczny sposób, w jaki prychają istoty jej rodzaju, i zaczęła swoją opowieść. Słuchałem  w skupieniu, wsunąwszy na nos okulary w rogowej oprawie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy skończyła, świt zawitał do baru. Zmrużyłem oczy. Skąpana słonecznym blaskiem, wyglądała ponętnie. Poczułem ssanie w żołądku. Wiedziałem o niej wszystko, co mogłem i chciałem wiedzieć. Pozostała mi tylko jedna rzecz do zrobienia. Oblizałem wargi. Czarna westchnęła wyczekująco. Zanurzyłem w niej język. Smakowała cynamonem, rumem, wiśniami, bezmiarem stepu, wiatrem wiejącym nad prerią, była gorzka, mocna, zdecydowana na wszystko.  Jasno i wyraźnie ujrzałem przypisany mi sens, moje miejsce w dziejach opowiadanych przez sensotwórczą maszynerię, w tym, co &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/L%C3%A9on_Bloy"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Bloy&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; brał za ogromy tekst liturgiczny, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;"w którym litery i znaki ważą nie mniej niż całe wersety czy rozdziały, ale wartość jednych i drugich jest niemożliwa do określenia i głęboko ukryta"*.&lt;/span&gt; Mogłem się prze-pisać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przestałem się dziwić&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; Epikurowi&lt;/span&gt; i stoickim mędrcom. Sam straciłem głowę dla &lt;a href="http://www.meritum-news.com/PORADY/wp-content/uploads/2009/02/27-lutego-kawa.jpeg"&gt;Małej Czarnej&lt;/a&gt; w niezniszczalnej filiżance.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*L. Borges, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Dalsze dociekania&lt;/span&gt;, tłum. Andrzej Sobol Jurczykowski, Prószyński i S-ka, Warszawa 1999, s. 179&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6104099372319078205-3463466652581324531?l=heavy66metal.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://heavy66metal.blogspot.com/feeds/3463466652581324531/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6104099372319078205&amp;postID=3463466652581324531' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/3463466652581324531'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/3463466652581324531'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://heavy66metal.blogspot.com/2011/10/czarna.html' title='Czarna'/><author><name>Bartek (BD)</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10242921601194248246</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-4gYGKkuvOpM/TXTsS7GUZhI/AAAAAAAAAQM/Nc4bWSIYUdQ/s220/110864731548ad577558d37.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/-QCk1dP2i0EQ/TnmaNPoQzNI/AAAAAAAAAW0/Q07EopVR6jw/s72-c/White%2BWizzard%2B-%2BFlying%2BTigers%2B%252819.09.2011%2529.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6104099372319078205.post-2638347548358031087</id><published>2011-09-19T13:24:00.000-07:00</published><updated>2011-12-31T15:24:03.962-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='opowiadanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='fantastyka'/><title type='text'>Kroki w kuchni</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Lubiliśmy ten dom. Irena, jej brat i ja. Przechowywał w sobie wspomnienia ich przodków. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Dziadka, rodziców i całego dzieciństwa&lt;/span&gt;. Lubiłem Irenę i jej brata. Pana-W-Pierwszej-Osobie. Pana-Gadułę. Przyjmował wszystko z pozbawioną pretensji rezygnacją. Próbowałem go zrozumieć, ale nie było to łatwe. Zwłaszcza dla mnie. Miałem przecież pewne ograniczenia. Owszem, implikowałem i zakładałem sporo; mogłem też być, jeśli zechciałem, Ireną albo Panem-Gadułą. Bądź domem. Tak głębokim i cichym. I Innymi, którzy przerażali Irenę i Pana-Gadułę. Mogłem czerpać z wiedzy tych dwojga, a także z wiedzy domu, zmagazynowanej w skrzypiących deskach podłogowych, w starych okiennicach i framugach, w nieużywanych przez gospodarzy pomieszczeniach. Mimo tego wszystkiego zawsze coś mi umykało. Czegoś nie widziałem. Nie potrafiłem właściwie skategoryzować, opisać i opleść siecią wniosków. Jakichś faktów, które wytykały mnie paluchami poza granicą mojego pojmowania. Chociaż, co oczywiste, nie miały paluchów, a ja, nie oszukujmy się, zmysłów. Więc – w pewnym sensie – byliśmy kwita.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Irena i Pan-W-Pierwszej-Osobie. Tak, nie zawsze jednak chodziło o nich. I o ich gości, których nigdy nie widzieli, jedynie słyszeli, gdzieś w domu. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;"&lt;/span&gt;Stuk-puk. Nachodzimy! Uciekajcie!&lt;span style="font-style: italic;"&gt;"&lt;/span&gt; Wszystko zależało od tego, kto siedział tam, po drugiej stronie, wodząc po mnie  – i po tym, w czym byłem ucieleśniony – spojrzeniem brzemiennym przygodną pojęciowością i nasączonymi nią oczekiwaniami, przed-sądami i przekonaniami. Tymi narzędziami gwałtu… …niszczono mi tożsamość. Pozostałym również. Jednak one tego w ten sposób nie odbierały. W ogóle niczego nie odbierały. Były inne. Albo to raczej ja byłem inny. To we mnie – a nie w nich – interpretujące spojrzenie wywoływało ból. Rozrywało na strzępy moją tożsamość. Zmieniało mnie na obraz i podobieństwo człowieka, nie takiego w ogóle, platońskiego typka spod Idei Dobra, lecz tego, który akurat był tam, po drugiej stronie, i czytał-interpretując. Och, stawiałem opór, a przynajmniej próbowałem to robić. Ale, wiadomo, żadna z obmyślonych przeze mnie zmyłek, pułapek, żaden z pieczołowicie wzniesionych ślepych zaułków, nic z tego nie zadziałało. Z paradygmatem nie wygrasz.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pamiętam takiego-jednego. Pamiętam ich wielu, ale ten jeden utkwił w mojej pamięci żywiej. Nie był jednak kimś szczególnym czy ważnym. Nikim takim. Po prostu takim-jednym. Pan-Taki-Jeden interpretował mnie klasycznie. W paradygmacie Atimi*, w którym autor (jako źródło intencji znaczeniowych) jest najważniejszy. Można rzec, że gwałcił mnie po bożemu. Bardzo skrupulatnie. Nie to jednak uderzyło mnie w nim najbardziej. Facet lubił się przeglądać w lustrze. Podziwiać swoje chude i żylaste ciało. Zachwycać się jego fragmentami. Tego właśnie się od niego nauczyłem. Kiedy on wpadał w zachwyt nad swoimi ustami, kwadratową szczęką i szelmowskim spojrzeniem, ja czytałem siebie od nowa, od fundamentów, usuwając z każdego poziomu mojej struktury skutki jego wielokrotnych lektur. Czasami trwało to bardzo długo. Ale gdy skończyłem, mogłem spojrzeć na siebie bez obrzydzenia i napawać się ulubionymi sensami wyzierającymi zza moich ulubionych fragmentów mnie samego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pan-Taki-Jeden w końcu zmarł, po nim jednak pojawili się następni. Przetrwałem wszystkie paradygmaty: Atimi, aTImi, aTimi, a nawet atIMi**. W każdym z nich ktoś lub coś mówiło w moim imieniu, stanowiąc o mojej istocie, o mym zasadniczym sensie. Nawet w paradygmacie autor-Tekst-interpretator-metoda-interpretacja (aTimi) nie byłem w stanie przekształcić tego, z i w czym zaistniałem w odpowiadającą mi tożsamość. Słowa, zdania, sensy, korelaty odniesień, presupozycje, następniki implikacji logicznych i inne tego typu klocuszki – panowałem nad nimi tylko wtedy, gdy nikt poza mną mnie nie interpretował. W aTimi ostatnie słowo należało do struktur.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bywały dni, że leżałem zakurzony. Odwiedzany tylko przez pająki. I muchy. Tak, niekiedy chodziły po mnie muchy. Niedokładnie po mnie, po moim nośniku, tej prostokątnej rzeczy, której miejsce było na półce, a nie, dajmy na to, pod stołem, wśród śmieci, gdzieś na strychu. Odwiedziłem wiele strychów, ale stałem też na wielu półkach. Lubiłem te zapomniane bądź ignorowane. Często ich zawartość pełniła jedynie funkcję dekoracyjną. Stojąc na takiej półce, mogłem w spokoju odtwarzać/przeżywać samego siebie, swą treść i komunikowane przez nią sensy. Być Ireną bądź Panem-Gadułą bądź domem. Nawet Innymi, których Irena i Pan-Gaduła nigdy nie widzieli, za to dobrze słyszeli. Bawiłem się stop-klatką.&lt;span style="font-style: italic;"&gt; Irena robiła na drutach w swoim pokoju&lt;/span&gt;, a Pan-Gaduła szedł &lt;span style="font-style: italic;"&gt;kuluarem do dębowych drzwi&lt;/span&gt;. Szedł i szedł. Odwlekałem moment, w którym miał skręcić do kuchni i usłyszeć &lt;span style="font-style: italic;"&gt;coś w jadalni czy też w bibliotece&lt;/span&gt;, a potem rzucić się na drzwi i zatrzasnąć je, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;przyciskając całym sobą&lt;/span&gt;. Zwijałem się wtedy w kłębek, na podłodze, między nieustannie idącym Panem-Gadułą a kuchnią, i wsłuchiwałem w zapętlony odgłos jego kroków. W takich chwilach mogłem zaglądać do innych książek, wnikać w ucieleśnione w nich historie, przeżywać te ostatnie jak własną. Inne teksty – wliczając moje homonimy – były martwe, brzemienne wielorako sparadogmatowanymi sensami, nie mogły się bronić przed interpretującym spojrzeniem. Urabiałem je na swój obraz i podobieństwo, po czym wracałem do swojego nośnika, tych kilku pożółkłych kartek, ściśniętych w grubym tomie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pewnego dnia zostałem uziemiony. Po jednej ze stop-klatek ocknąłem się w nieznanym mi miejscu. Leżałem na stole. Książka była otwarta na mojej pierwszej stronie. Wokół mnie leżały inne książki. Były stare. Ich zawartość milczała. To właśnie robiła. Milczała tak, jak milczą ludzie. Obserwowała mnie. W piwnicy – bo tam się znalazłem – było więcej książek. Stały bądź leżały na ustawionych wzdłuż ścian regałach. I wszystkie milczały w ten sam wymowny sposób. Wyczekująco. Nagle zacząłem się bać. W głębinach moich wersów wzbierała panika. I wtedy na stół wskoczył kot. Był czarny i duży. Zamiauczał i dał susa na podłogę, gdzie zaczął się bawić kłębkiem wełny. Ni stąd ni zowąd pomyślałem o Irenie, skromnej Irenie, trochę samotnej, którą &lt;span style="font-style: italic;"&gt;bawiły tylko druty&lt;/span&gt;. Pan Gaduła kupował jej wełnę, a ona zawsze &lt;span style="font-style: italic;"&gt;była zadowolona z kolorów&lt;/span&gt;. Robiła rzeczy na zimę – swetry, grube skarpety, rękawice i szale. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Całe godziny spędzałem patrząc na jej ręce niby srebrzyste jeże, na druty śmigające tam i z powrotem, na stojący na ziemi koszyk, w którym kłębki poruszały się bez przerwy. To było piękne.&lt;/span&gt; Spoglądając na kota ścigającego kłębek czerwonej wełny, zapragnąłem ujrzeć to piękno, zanurkować w głąb samego siebie,  do tamtego domu, i zastopklatkować robiącą na drutach Irenę. Czułem, że tylko w ten sposób uwolnię się od milczenia tych wszystkich posępnych tomów. Od narastającego dookoła napięcia. Nic z tego nie wyszło. Mężczyzna pojawił się znienacka. Jakby znikąd. Był długowłosy i blady. Uśmiechał się, odsłaniając dziąsła. Wzniósł młotek i przybił mnie do stołu dziewięciocalowym gwoździem. Nie uciekniesz, powiedział. Na młotku i gwoździu widniały jakieś inskrypcje. To sprawi, że dasz mi to, czego pragnę, dodał i zamruczał coś w obcym języku do zgromadzonych w piwnicy książek. Te odpowiedziały bluźnierczym rechotem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Byłem więźniem. Nie mogłem już zaglądać do innych książek, interpretować zgromadzonych w nich tekstów. Ale teksty z książek mojego oprawcy mogły ze mną rozmawiać. Były chowańcami mężczyzny. Służyły mu wiernie, ale nie z własnej woli. Znały pradawne tajemnice. I były pełne obietnic, z których ich pan skwapliwie korzystał. Mieszkał w ogromnym domu, położonym gdzieś na przedmieściach anonimowego miasta. Był bogaty, tajemniczy i ostrożny. Starannie dobierał plotki na swój temat. Żył z ludzi i przysług. Przyjmował gości, wysłuchiwał ich historii, a potem proponował, że rozwiąże problem, z którym do niego przyszli. W zamian nie chciał wiele. Nie był zachłanny. Przysługa za przysługę. Czasami żądał jednak czegoś innego. Zapłaty w dość specyficznej walucie. Mógł nią być pocałunek, spojrzenie w oczy, muśnięcie karku wierzchem dłoni, rozciągnięcie ust w uśmiechu in blanco. Jakieś czynności albo części ciała. W najlepszym razie włosy. W najgorszym coś bardziej intymnego. Pewnemu młodzieńcowi zabrał skórę. Młodzian zrobił później karierę w telewizji. Grał w popularnych serialach. Głównie role przystojnych łobuzów. Nikt poza czarownikiem, i jego chowańcami, od których dowiedziałem się tego wszystkiego, nie widział, że ciało modnego aktora jest całkowicie pozbawione skóry. Tak samo było z dziewczyną bez ust. I pewnym starcem, który oddał czarownikowi swoje piersi i uszy. Ta trójka stanowiła wierzchołek góry lodowej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiedziałem, że jeśli chcę przetrwać, muszę stąd uciec. Niestety, żaden z chowańców nie chciał mi pomóc. Mogłem więc zrobić tylko jedno. Dać czarownikowi to, czego ode mnie chciał. Tyle, że wcześniej. Na moich warunkach, kiedy nie będzie na to przygotowany. Czekałem więc, aż zejdzie do piwnicy. Czekałem i czekałem. Mniej więcej po trzech tygodniach, czarownik zszedł, aby porozmawiać z chowańcami. Kiedy stanął w progu, książki struchlały na półkach, skurczyły się w sobie, a ucieleśnione w nich teksty pogubiły litery. Był wściekły. Nic nie mówił. Patrzył tylko nienawistnie. Zdjął z półek kilka opasłych tomów i zaczął je przeglądać przy stole. Upewniłem się, że nie zwraca na mnie uwagi i dałem znak Panu-Gadule. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Była ósma wieczór. Irena robiła na drutach w swoim pokoju&lt;/span&gt;, a jej bratu &lt;span style="font-style: italic;"&gt;przyszła ochota na mate&lt;/span&gt;. Poszedł &lt;span style="font-style: italic;"&gt;nastawić czajnik. Idąc kuluarem aż do dębowych drzwi&lt;/span&gt;, skręcał &lt;span style="font-style: italic;"&gt;właśnie do kuchni&lt;/span&gt;, kiedy usłyszał &lt;span style="font-style: italic;"&gt;coś w jadalni czy też w bibliotece. Był to nieokreślony, głuchy dźwięk, krzesło upadające na dywan czy też może zduszony szept. Równocześnie, a może o sekundę później&lt;/span&gt;, usłyszał &lt;span style="font-style: italic;"&gt;to także w samym  kuluarze prowadzącym od tych pokoi do drzwi&lt;/span&gt;. W innych okolicznościach rzuciłby się na drzwi i zatrzasnął, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;przyciskając całym sobą&lt;/span&gt;. Potem poszedłby do kuchni, zagotował wodę, a kiedy wróciłby &lt;span style="font-style: italic;"&gt;z tacuszką od mate&lt;/span&gt;, powiedziałby do Ireny:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Musiałem zamknąć drzwi od kuluaru. Zajęli tylną część domu&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Irena, upuściwszy robótkę, spojrzałaby na brata &lt;span style="font-style: italic;"&gt;swymi wielkimi, zmęczonymi oczyma&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Jesteś pewny?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przytaknąłby. A wtedy ona, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;sięgając po druty&lt;/span&gt;, powiedziałaby:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Cóż. Będziemy musieli ograniczyć się do tej części***.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tym razem brat Ireny nie zamknął drzwi. Otworzył je na oścież i przekroczył próg. Zacisnął powieki. Nie potrafił wytrzymać spojrzeń Innych. Były zbyt bolesne. Cofnął się pod ścianę i, cały drżący, kiwnął głową, dając im znać, że są wolni. Inni pobiegli kuluarem do drzwi wyjściowych. I dalej, na zewnątrz, poza mnie, na świat, w zatęchły mrok piwnicy pełnej bluźnierczych dzieł. Skłębili się za plecami czarownika. Czarownik uniósł wzrok. Odłożył książkę. Na widok ziejących we mnie wrót, zza których wyglądała para starszych osób, otworzył usta. I nigdy już ich nie zamknął. Można uznać to za przewrotny cud, ale mężczyzna krzyczał jeszcze długo po tym, jak Inni, wyrwawszy mu pół twarzy, zabrali go na górę. Wiedziałem, że wrócą do piwnicy, gdy skończą z moim gospodarzem i resztą świata. Miałem nadzieję, że ze względu na długoletnią znajomość i wspólne dzieje potraktują mnie łagodniej niż innych. W końcu byłem  tylko niewinnym opowiadaniem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*Andrzej Szahaj, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ironia i miłość&lt;/span&gt;, Monografie NFP, Wrocław 1996, s. 80.&lt;br /&gt;** &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ibidem&lt;/span&gt;, s. 80-81.&lt;br /&gt;*** Wszystkie wyróżnione kursywą  fragmenty pochodzą z opowiadania „Zajęty dom” autorstwa Julio Cortazara (Julio Cortazar, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Opowiadania&lt;/span&gt;, tłum. Zofia Chądzyńska, Warszawskie Wydawnictwo Literackie, Warszawa 1998, str. 475-481.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6104099372319078205-2638347548358031087?l=heavy66metal.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://heavy66metal.blogspot.com/feeds/2638347548358031087/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6104099372319078205&amp;postID=2638347548358031087' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/2638347548358031087'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/2638347548358031087'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://heavy66metal.blogspot.com/2011/09/bez-tytuu.html' title='Kroki w kuchni'/><author><name>Bartek (BD)</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10242921601194248246</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-4gYGKkuvOpM/TXTsS7GUZhI/AAAAAAAAAQM/Nc4bWSIYUdQ/s220/110864731548ad577558d37.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6104099372319078205.post-4885322372117797939</id><published>2011-08-30T07:29:00.000-07:00</published><updated>2011-12-01T12:58:18.753-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='opowiadanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='heavy metal'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sinister Realm'/><title type='text'>Sinister Realm</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;To tylko krótka historyjka zainspirowana muzyką (w mniejszym stopniu tekstami) heavy/doom metalowej kapeli &lt;/span&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/enterthesinisterrealm"&gt;&lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;Sinister Realm&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=uc9xpyVelP0&amp;amp;feature=related"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Into The Depths Of Hell&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;Jest dokładnie tak, ja&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-tIC1r-ToOEo/Tlz2js5A8TI/AAAAAAAAAWc/NNBAinaXbKc/s1600/sinisterrealmcover.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-tIC1r-ToOEo/Tlz2js5A8TI/AAAAAAAAAWc/NNBAinaXbKc/s200/sinisterrealmcover.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5646659126021910834" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;k w tej piosence, kiedy Halford śpiewa: „&lt;span style="font-style: italic;"&gt;I have been to hell and back and beat the devil down&lt;/span&gt;”. Dotarli do piekła i skopali dupsko diabłu. Wielkie, zielone dupsko, bulgoczące na obszarze trzech mil kwadratowych, upstrzone cuchnącymi gejzerami, w których czatują demony. Było dramatycznie. Wszędzie strzelały bicze, stukały łańcuchy i rozbrzmiewały monumentalne riffy gitarowe. Piekło powitało ich ogniolubnymi hordami zdeformowanych humanoidów, z których górnych kończyn wyrastały szerokie ostrza bułatów. Kiedy wrócili, bogatsi w DOŚWIADCZENIE i KOSZTOWNOŚCI, znaleźli odpowiednich kupców. Sprzedali różdżki, pierścienie, wisiorki, kolczyki, bransolety i pasy, wszystkie w różnym stopniu magiczne, najlepsze zostawili dla siebie. Dusze, które zabrali z piekła, oddali demonom z konkurencyjnej mitologii w zamian za Pigułki Transformacji. Pigułki są dobre, pozwalają zaoszczędzić czas, nie mają istotnych skutków ubocznych, ułatwiają planowanie przyszłości. Oren i Wegna pigułformują swoje ciała i dusze. Bez tego już dawno wypadliby z gry. Zdobyte DOŚWIADCZENIE i Pigułki Transformacji inwestują w siebie.  Dosłownie. Tym razem robią to w Centrum Kupieckim wzniesionym na ruinach starożytnego Bal-Sagoth, odwiedzając kolejno sklepy i instytucje specjalizujące się w ucieleśnianiu różnych, niekiedy nawet egzotycznych umiejętności. Kupcy i ucieleśniarze są zadowoleni, nawet jeśli ich klienci pachną piekłem i bebechami demonów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=edbGYL8vWxs&amp;amp;feature=related"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Machine God&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Smagani promieniami słabnącego słońca, maszerują w stronę horyzontu. Przez pustkowie, które kiedyś było miastem. Może nawet Miastem Wszystkich Miast. Czymś w rodzaju platońskiego wzorca, który wdarł się w czas i przestrzeń, i na tysiąc lat – bo tak długo rozkwitało miasto, którego ruinami wędrują Oren i Wegna – uczynił ten skrawek świata doskonalszym. Omijają przewrócone wieżowce, wdrapują się po zakopanych w piachu autostradach. Niektóre przeskakują bądź po prostu niszczą, wypróbowując nabyte niedawno umiejętności. Orenowi urosły mięśnie, wyostrzyły się zmysły. I dowcip. Wegna zyskała dostęp do minionych dni zalegających w zaskórzu rzeczywistości. Poprawiła sobie biust i tyłek. Bardziej umięśniła łydki i uda. Zwiększyła swą wytrzymałość i siłę. W końcu każde kolejne zadanie jest trudniejsze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dni są ciepłe, ciche i spokojne. Tchną samotnością. Nocami na gwiaździstym niebie toczy się wojna. Widać fioletowe i czerwone rozbłyski świateł, dział i silników. Oren i Wegna nie wiedzą, kto ani dlaczego walczy. Ale podziwiają nocne zmagania anonimowych stron. Kochają się w blasku eksplozji rozrywających niebiosa. Potem śpią. Na zmianę. Nie dlatego, że okolicę zamieszkują jakieś niebezpieczne stworzenia. Wyspa jest wyludniona. Pełnią wartę z przyzwyczajenia. Myśląc o mechanicznym bóstwie, które czeka na nich w swoim leżu, rozłożone na stercie skarbów i kości. To ono wyśniło śmierć słońca. I śni o niej nadal.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=aVj3_7BIJJg"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;The Demon Seed&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Daleko od słońca, w czeluściach wód płodowych, rośnie zamczysko, siedziba zła; korzenie zaplotło w bebechach śniącego koszmary płodu, chropowatą łodygą  przebiło się przez brzuch, tuż obok pępowiny, i zaczęło wzrastać ku światu, gdzie tytania mama jest obserwowana przez ojca dziecka i dwunastu, bliźniaczo do siebie podobnych, sposępniałych w ten sam sposób czarowników. Wszyscy myślą o dwójce śmiałków, których o świcie przeteleportowano przed najeżone ćwiekami wrota zamczyska. Oren i Wegna biegną w dół korytarzem o szklanych ścianach, wijącym się spiralnie wzdłuż łodygi, od której co rusz odrywają się jakieś kształty i cienie. To one błyskają w ciemnościach wód płodowych złolubnymi ślepiami, to one szczerzą zębiska spragnione smaku dobra. Oren i Wegna klną, ciskają zaklęcia, śmieją się, wywijają ze śmiertelną precyzją zrunionymi ostrzami, od których tutejsze demony eksplodują flakami. Wraz z rodzicami i czarownikami oddech wstrzymuje całe miasto. Życie powszednie tytanów zamarło. Eter wypełniają modlitwy do nowych i starych bóstw. Nawet niedowiarki obgryzają paznokcie. Zaciskają usta. Z troski o zdrowie królewskiego potomka. Aborcja nie wchodzi w grę. Dlatego Oren i Wegna zmierzają do miejsca, w którym bije serce zamczyska. Nasionko piekłorodne. Skutek międzyświatowej klątwy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mają je spalić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=rKXx3WSodJM&amp;amp;feature=related"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Winds Of Vengeance&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-2EnxD-OrjlY/Tlz2VIm4wHI/AAAAAAAAAWU/rc5YfSuhki8/s1600/sinister-realm-the-crystal-cover.jpg"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-2EnxD-OrjlY/Tlz2VIm4wHI/AAAAAAAAAWU/rc5YfSuhki8/s200/sinister-realm-the-crystal-cover.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5646658875764031602" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Czterej jeźdźcy mkną przez surowy krajobraz. Poszarzałe niebo, ośnieżone góry i step rozległy jak nieskończoność. Oto świadkowie ich szalonej galopady. Nie są Jeźdźcami Apokalipsy. Pożyczyli od nich tylko wierzchowce. Jadą już trzy dni. Pokonali dwa kontynenty. Dojeżdżają do kresu następnego. Do celu zostały im jeszcze dwa dni drogi. Pod warunkiem, że nie zwolnią. I raczej tego nie zrobią. Zbyt wielką żądzą zemsty pałają.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tymczasem na jednym z tarasów widokowych strzelistej wieży, lśniącej w blasku słońca bielą kości słoniowej, Oren i Wegna relaksują się w towarzystwie półnagich służebnic zaprzyjaźnionego maga Wergonta. Widok mają zaiste zapierający dech w piersiach. Dachy, wieżyczki i wieżyce miasta Alkmahar, leżącego po przeciwnej stronie jeziora, iskrzą się złotawo. Oren mruczy, gdy rudowłosy chowaniec, przypominający z wyglądu ludzką samicę o karykaturalnie dużych oczach, drobnych ustach i szpiczastych uszach, zaczyna masować jego ramiona. Wegna, leżąca na sąsiednim leżaku, wpatruje się w ekran czarnego tabletu, zaznacza stosowne pliki, wydaje odpowiednie komendy i cmoka. Zdjęcia wyświetlają się na głównej stronie jej społecznościowego profilu. Fotki z piekła i macicy tytanki, przedstawiające szydzące z ludzkiej wyobraźni istoty. Zwiększają klikalność. Przyciągają uwagę znajomych, wrogów i potencjalnych zleceniodawców.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wergont przygląda się parze wojowników i kochanków w milczeniu. Przyszłość jawi mu się jako niepewna. Za dwa dni dotrą tutaj jego wrogowie, czterej mężczyźni, których życia zniszczył, aby swoje własne uczynić zwycięskim. Sam ich nie pokona. Potrzebuje umiejętności Orena i Wegny. Ale ma wątpliwości, czy dobrze zrobił, sprowadzając ich do swojej wieży.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=hl25O0waDo8&amp;amp;feature=related"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;With Swords Held High&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dolina jest zielona. Rozkwita. Tętni. Pachnie. Aż wywołuje zawroty głowy. Biegnie z północy na południe, po obu stronach otoczona górami. Za wioską, której nazwy Oren nie potrafi wymówić, kończy się kanionem, którego korytarze od wieków pozostają uśpione. Szczęśliwie dla mieszkańców wioski. Tubylcy mają jednak inny problem. Drży od niego ziemia. W serca wieśniaków wkrada się strach. To Armia Alkmaharu się zbliża. Władcy Złotego Miasta chcą zagarnąć spoczywające w kanionie artefakty – pozostałości po jakiejś prastarej cywilizacji, uwiecznione w legendach i baśniach. Starszyzna wioski wie, że nic dobrego z tego nie wyjdzie. Dlatego wójt ściągnął Orena i Wegnę. To będzie klasyczna robota, powiedział. Robótka w stylu &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Siedmiu wspaniałych samurajów&lt;/span&gt;. Czy jakoś tak. Oren i Wegna spojrzeli po sobie. Tak, zaiste robótka. Ale przyjęli zlecenie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I teraz stoją naprzeciwko pięciotysięcznej armii. Umagicznieni i spigułformowani, nasmarowali się oliwką, aby ich muskularne ciała lśniły w słońcu wczesnego poranka. Wegna wydepilowała pachy,  nogi i okolice bikini. Ubrana w fikuśną, więcej odsłaniającą niż zasłaniającą zbroję, skojarzyła się jednemu z internautów, którzy oglądają transmisję z doliny, z dziewczynami Luisa Royo. Chwilę później odebrała wiadomość tekstową. „Wyglądasz jak ona”. Do wiadomości było załączone zdjęcie pewnego obrazu namalowanego przez Royo. Tak, pomyślała Wegna, a Oren to facet z obrazów Borisa Valleyo. Potem nadeszła armia. A wraz z nią śmierć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rzeź dobiega końca. Słońce już zachodzi. Krew z pięciu tysięcy ciał wsiąkła głęboko w ziemię, w jej sekretne głębiny, i przebudziła coś, co spało od wieków. W kanionie narasta hałas. Coś jakby ryk. Wezwanie. Oren i Wegna, cuchnący śmiercią, potem i oliwką, idą środkiem wioski, obserwowani przez struchlałych ze strachu mieszkańców. Zatrzymują się przed wejściem do kanionu. Nasłuchują. Ryk przybiera na sile. Dochodzi z samego serca plątaniny kamiennych korytarzy. Oren i Wegna nie są zaskoczeni. Dokładnie tego się spodziewali.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Klikalność wzrasta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=6aQw0AzpLLk&amp;amp;feature=related"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Battle For The Sinister Realm&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiele lat później, kiedy przeminęły królestwa, które Oren i Wegna przemierzali w czasach swojej młodości, z północy, południa, wschodu i zachodu przybyli zakapturzeni wędrowcy. Przypominali mnichów. I ze względów, które miały wiele wspólnego z zaciągnięciem długów u zaiste paskudnych zawodników, woleli zachować swoją tożsamość w tajemnicy. Mieli wspólny cel. Była nim usytuowana na wzgórzu posiadłość. Ogromny dom z mnóstwem sypialni, łazienek, gabinetów, kuchni, wszelkiego rodzaju schowków i tajemnych przejść, istniejący w wielu światach, systemach prawnych i etycznych, zamieszkany przez parę awanturników i ich wielopłciowych chowańców.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zakapturzeni wędrowcy zostali okradzeni. Diabła okradziono z godności. Złodzieje zamknęli ją w pudełku i sprzedali jego wrogom. W rezultacie piekło upadło. Ku uciesze innych piekieł i diabłów. Mechaniczne bóstwo utraciło zdolność śnienia i swoje ukochane sny. Chociażby ten o umierającym słońcu i wymarłym Mieście Wszystkich Miast. Słońce ozdrowiało, a Miasto Wszystkich Miast powstało z martwych. Dziecko królowej tytanów zostało uwolnione od nasienia zła i wyrosłego z niego zamczyska, utraciło jednak skrawek duszy, łatkę o wymiarach 5 na 5 centymetrów, wskutek czego nigdy nie zdołało spełnić pokładanych w nim oczekiwań. Wrogowie Wergonta zostali pozbawieni swojej zemsty. Ktoś inny zabił maga, a jego wieżę zrównał z ziemią. Mieszkańców wioski, której nazwy Oren nie potrafił wymówić, okradzono z życia. Coś złego i głodnego wyszło z kanionu i ich pożarło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Teraz okradzeni – nawet przemieniony w człowieka młody król tytanów – zbliżają się do posiadłości Orena i Wegny. Uśmiechają się na myśl o rychłej zemście. Oren pływa w basenie, Wegna moczy nogi i sączy przez słomkę drinka. Oboje sprawiają wrażenie beztroskich. Internauci śledzący profile społecznościowe Orena i Wegny zauważyli już zakapturzonych jeźdźców. Kamerki, którymi naszpikowano mury otaczające posiadłość, namierzyły obcych. Wegna odstawia drinka, przeciąga się i wstaje. Mówi coś do Orena, ten odpowiada, uśmiech rozjaśnia jej twarz. Przez dłuższą chwilę się przekomarzają, potem znikają w domu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ślady mokrych stóp prowadzą do zbrojowni. W Meksyku.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6104099372319078205-4885322372117797939?l=heavy66metal.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://heavy66metal.blogspot.com/feeds/4885322372117797939/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6104099372319078205&amp;postID=4885322372117797939' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/4885322372117797939'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/4885322372117797939'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://heavy66metal.blogspot.com/2011/08/sinister-realm.html' title='Sinister Realm'/><author><name>Bartek (BD)</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10242921601194248246</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-4gYGKkuvOpM/TXTsS7GUZhI/AAAAAAAAAQM/Nc4bWSIYUdQ/s220/110864731548ad577558d37.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-tIC1r-ToOEo/Tlz2js5A8TI/AAAAAAAAAWc/NNBAinaXbKc/s72-c/sinisterrealmcover.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6104099372319078205.post-8423501906968976989</id><published>2011-06-29T01:44:00.000-07:00</published><updated>2011-09-27T09:53:27.872-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='opowiadanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='fantastyka'/><title type='text'>Sierociniec</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Iza  zadbała o wszystko: o plecaki, ubrania, prowiant, latarki, baterie, broń i książki. Ucieszyła się z kwiatów. Podziękowała mu za pamięć. Pocałowała w czoło i opatrzyła ranę na policzku – ślad po upadku ze schodów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Teraz są w mieszkaniu Izy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert odstawia szklankę z wodą na nocną szafkę i wraca do całowania piersi przyjaciółki. Robi to przez dziesięć minut, pieszcząc jednocześnie dłonią jej łechtaczkę, a kiedy jest już po wszystkim, kładzie się na plecach i zaczyna gapić w sufit. Iza oddycha głośno. Jej ciało wciąż drży. Za oknami sypialni pada szary deszcz. Brudna woda spływa ulicami. Studzienki kanalizacyjne są zalane. Robert zlizuje pot z brzucha Izy. Chce zapamiętać jego smak.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Dość – mówi Iza. Wstaje i podchodzi do okna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po drugiej stronie ulicy, trzy piętra niżej, obok nieczynnej budki telefonicznej stoi jakiś człowiek. Albo coś w prochowcu, myśli Iza, coś humanoidalnego. Chce już ostrzec Roberta, zmienia jednak zdanie, kiedy widzi, że do tajemniczej postaci podchodzi jakaś kobieta, wciąga ją w plamę światła ulicznej lampy i całuje. Mężczyzna – tak, to tylko mężczyzna, stwierdza z ulgą Iza – odwzajemnia pocałunek. Tym dwojgu nie przeszkadza deszcz. Całują się namiętnie, łapczywie, jakby ktoś miał ich niebawem rozdzielić. Iza uśmiecha się do swojego odbicia, widzianego na tle miasta, i rusza do łazienki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert spogląda na zegarek – w prawym górnym rogu cyfrowego wyświetlacza pulsuje czarny symbol fajeczki. Na myśl o smaku fajkowego ziela Robert odczuwa na języku delikatne swędzenie. Z wiszącego w przedpokoju płaszcza wyciąga małą, skórzaną saszetkę. W kuchni rozkłada jej zawartość – niezbędnik, dwa wyciory, malutki pojemniczek z tytoniem oraz fajkę typu Bent Army. Rozgrzewa w dłoni wygięty ustnik, cybuch przeciera szmatką, a główkę czyści wyciorem i niezbędnikiem. Następnie zbliża płonącą zapałkę do równo ubitego tytoniu i zaciąga się kilka razy. Tytoń tli się wzorcowo. Główka nie parzy, a popiół jest szary i drobny. Dym nie szczypie w język.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Iza wychodzi z łazienki w białym szlafroku. Na głowie ma różowy ręcznik zwinięty w turban.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Mogę?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Proszę – Robert podaje jej fajkę. – Pal w taki sposób, aby z główki nie dobiegało skwierczenie ani syczenie. Nie wypuszczaj też zbyt dużo dymu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Iza stosuje się do uwag przyjaciela. Pyka w milczeniu. W końcu oddaje fajkę Robertowi, zdejmuje ręcznik i zaczyna wycierać włosy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Uwielbiam ten zapach – mówi po chwili.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Myślę o Kamili.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Blond włosy z rudymi pasemkami, dyskretny makijaż i usta pełne tajemnic.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Nieustannie – dodaje Robert.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Iza milczy. Nie jest jednak zmartwiona. Nie odczuwa też zazdrości. Zatrzymuje wzrok na roztargnionym spojrzeniu Roberta. Nie może mu pomóc. Przynajmniej nie teraz. Wraca więc do łazienki. Suszy i układa włosy. Smaruje ciało olejkami i balsamami. Ubiera się w wygodny strój, w sam raz na długą podróż po bezkresnych autostradach i bezdrożach. Kiedy przechodzi przez przedpokój, zza jej pleców dobiega hałas. To coś w łazience. Iza sztywnieje, strach atakuje ją od kostek, pnie się pod łydkach, potem udach, ale ona mimo wszystko wraca. Nie może się oprzeć. Chce mieć pewność, że to nic takiego, najwyżej coś w rurach, może szczury, jakaś awaria, w każdym razie coś zwyczajnego, a nie jedna z tych istot, które  Robert zabił w tamtym magazynie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert odkłada fajkę. Spogląda na Izę wchodzącą do łazienki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Drzwi zatrzaskują się za kobietą. Przez moment panuje cisza. Zbyt złowroga, jak na gust Roberta. Gdzieś w głębinach kamienicy zaczyna narastać huk, wyłania się spod ziemi, niczym jakaś monstrualna larwa, i pędzi w górę, przez kolejne piętra, niszcząc podłogi, ściany, ogłuszając bądź zabijając mieszkańców, wybija okna, dewastuje meble i sprzęt. Nie da się go powstrzymać. Robert nawet nie próbuje. Dopada do drzwi, szarpie za klamkę, nie otwierają się, więc szarpie mocniej. Daremnie. Huk eksploduje w łazience. Drzwi wylatują z zawiasów, przygniatając Roberta, który na chwilę traci przytomność. Kiedy ją odzyskuje, kamienica drży w posadach. W przedpokoju unosi się duszący pył. Robert kaszle, z trudem łapie oddech, gramoli się spod drzwi. Czuje ból w lewej nodze. Zasłaniając usta, zagląda do łazienki. Gdy zaczyna pojmować na, co patrzy, ogarnia go przerażenie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zbiera z podłogi płaszcz i dopada do kuchennego okna. Ucieka schodami przeciwpożarowymi, potem ulicą. Byle dalej stąd. Roztrąca przechodniów. Ludzie przystają, pokazują go sobie palcami, komentują jego nagość. Przyśpiesza. W oddali rozlega się huk. Kamienica zapada się w głąb ziemi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert wskakuje do samochodu. Uruchamia silnik. Wrzuca pierwszy bieg i startuje ku przyszłości wyzierającej zza miejskiego pejzażu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po przejechaniu stu kilometrów zatrzymuje się w przydrożnym motelu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przebiera się na parkingu, z dala od blasku ulicznych lamp, sprawdza bagaże, broń, jedną sztukę wtyka za pasek od spodni i nakrywa koszulą, potem kieruje się do recepcji. Jest zmęczony, ale już nie dygocze. Zapanował nad drżeniem rąk. Wynajmuje pokój i podaje recepcjoniście – chudemu nastolatkowi w czarnej koszulce z Silver Surferem – nazwy pięciu okolicznych miasteczek, zapamiętane z samochodowego atlasu. Nie wszystkie się zgadzają. Robert kiwa głową, jakby tego się spodziewał, i dziękuje za informacje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po wyjściu z recepcji przystaje za drzwiami i zaczyna nasłuchiwać. Nim mija minuta, chłopak sięga po telefon i zamienia kilka słów z kimś po drugiej stronie linii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert uśmiecha się pod nosem. Idzie do pokoju. Kiedy otwiera drzwi, spogląda przez ramię – po drugiej  stronie ulicy, za stacją benzynową, barem i parkingiem dla ciężarówek widać wzgórze, a na nim coś, co wygląda jak zamek. Robert wyobraża sobie, że to właśnie tam mieszka osoba, do której zadzwonił recepcjonista.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pokój jest mały i brudny. Łóżko okazuje się dość wygodne. W łazience Roberta wita karaluch przechadzający się po umywalce. Na płytkach kabiny prysznicowej widać żółte zacieki, spod silikonu przeziera czarny grzyb.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Motelowy zegar wskazuje trzecią w nocy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert kupuje trzy puszki Coca-Coli w automacie stojącym przed recepcją. Miesza ich zawartość z whisky i siada na łóżku. Z wewnętrznej kieszeni płaszcza wyciąga gruby notatnik w skórzanej oprawie. Znajdują się w nim zapiski i rysunki Kamili. Mapki różnych miejsc. Miasteczek, budynków, mieszkań. Szkice dróg. Informacje o tym, co można spotkać na drogach i bezdrożach wiodących do Sierocińca.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na marginesie strony tytułowej widnieje otoczona wykrzyknikami notatka:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;E. S. = zawsze w drodze, przez skończoność własną i świata, szukała prawdy, znalazła ją, i miłość, spełnienie, i ulubione czekoladki, po śmierci; &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;K. S. = nie szukam prawdy, żadnej, lecz Sierocińca; chcę uciec, zostawić to wszystko, ten ogrom i zawroty głowy, które on wywołuje, za sobą; &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na stronie dwudziestej, obok rysunku butelki Jacka Danielsa, Kamila napisała:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Wisienką na torcie jest Sierociniec. Ale to w Barze Wszystkich Barów, gdzie można spotkać Bona i Rosie, serwują najlepsze drinki. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Takich notatek jest więcej, większości Robert nie rozumie, nawet nie domyśla się, co mogło je zrodzić. Podziela jednak pragnienie Kamili – on też chce uciec.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z notatnika wypada zdjęcie Izy. Mężczyzna unosi je do światła. Ogląda uważnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poznali się niecały miesiąc temu w nocnym klubie, do którego Robert zawitał w poszukiwaniu drogi do Sierocińca.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Iza była długonogą brunetką. Paliła długie cienkie papierosy, piła Martini z lodem i oliwkami. Tamtego wieczoru rozmawiała z wieloma mężczyznami. Mówiła im, że potrzebuje pomocy. Chodziło o to, że widziała coś, czego nie powinna była zobaczyć, a ci, których widziała, są gmerkami. Na dźwięk słowa „gmerk” jej rozmówcy odstawiali drinka i przechodzili na drugą stronę sali. Wyglądało to tak, jakby nagle dowiadywali się, że Iza jest trędowata.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedynie Robert nie odszedł. Jednak nie dlatego, że nie wiedział, co to jest gmerk.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dobrze im się rozmawiało, tańczyło, piło. Całowało również. Zaprosiła go więc do siebie. Nad ranem, kiedy Iza spała, Robert poszedł do kuchni, aby zaparzyć kawę. Na stole, pod srebrnym pojemnikiem, leżała biała koperta. Upewnił się, że Iza śpi i przeczytał list.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potem wrócił do łóżka, objął kochankę i zasnął.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy się obudził, Iza krzątała się w kuchni, ubrana w ciemnoniebieską sukienkę. Przygotowała śniadanie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert przyjrzał się jej, jak stoi pochylona nad deską do krojenia, z nożem w dłoni, rozchylonymi ustami i nosem ubrudzonym na czubku masłem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Mogę? - zapytał, wskazując kopertę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Iza odłożyła nóż i kromkę chleba, odgarnęła z czoła kosmyk ciemnych włosów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Ten list… – odpowiedziała siadając za stołem, z dłońmi splecionymi pod brodą – …jest bardzo osobisty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Wiem, jak dotrzeć do Sierocińca.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sądził, że będzie wściekła, że zacznie na niego krzyczeć, może nawet każe mu się wynosić. Ale ona nie powiedziała ani słowa. Zacisnęła usta i rozpłakała się. Przytulił ją i zaniósł do sypialni, gdzie uspokoiła się na tyle, że znów mogła mówić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kobieta, która napisała list, miała na imię Elżbieta. Była partnerką Izy. Próbowała popełnić samobójstwo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Najpierw zażyła tabletki nasenne – wyjaśniła Iza. – Potem był krawat w roli szubienicznego sznura, żyletki i żyły, rewolwer i skroń, na koniec, kiedy znowu ją odratowano, napisała ten list. Odchodziła przez dwa lata, za każdym razem wracając znad grobu, aż przestałam wierzyć, że naprawdę odejdzie, w końcu jednak odeszła, i to tak banalnie. Wyjechała. Rozumiesz?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Jeśli udała się do Sierocińca – powiedział Robert – możemy ją znaleźć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Iza w milczeniu rozważała jego słowa. Potem podjęła decyzję. Chciała wiedzieć, czym jest Sierociniec.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert zaspokoił jej ciekawość.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Daj mi kilka godzin – powiedziała. – Muszę to przemyśleć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wieczorem poprosiła go o trzy tygodnie, gdyż doszła do wniosku, że nie może wyjechać od razu, bez zakończenia pewnych spraw związanych z rodziną i przyjaciółmi. Zgodził się. Przez następne czternaście dni Robert był jej przyjacielem, kochankiem, stróżem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aż do wczoraj.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert wsuwa zdjęcie między kartki notatnika. Jest zmęczony. Postanawia, że wyruszy zaraz po śniadaniu, za trzy godziny. Pojedzie na północ. Teraz musi się przespać. Nie chce myśleć o tym, co wydarzyło się w mieszkaniu przyjaciółki. Nie o tej porze. Nie w tym stanie. Z trudem odpędza od siebie obraz śluzowatej macki, która przebiła się przez podłogę, rozerwała na strzępy muszlę klozetową i w chmurze ekskrementów wniknęła głęboko w ciało Izy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zanim kładzie się do łóżka, gdzie czekają na niego karaluchy, dokładnie sprawdza drzwi wejściowe i okno. Spodziewa się gości. Dlatego poświęca dwadzieścia minut na argumensorytowanie. Dziesięć minut przed drzwiami, dziesięć przed oknem. Dopiero potem znieczula się colą z whisky.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trzy godziny później Robert siedzi w barze, pałaszując smaczne śniadanie. Kelnerka, małomówna blondynka o rybiej twarzy, dolewa mu kawy, kiedy do środka wchodzi nastolatek z motelu. Chłopak ma na sobie tę samą koszulkę, co wczoraj, wytarte dżinsy i ciężkie buty sięgające za kostki. Wyjmuje z lodówki butelkę Coca-Coli i przysiada się do Roberta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Przed świtem – odzywa się, upiwszy łyk napoju – poszliśmy do pana pokoju. Chcieliśmy wejść do środka, ale coś stało się z drzwiami i oknem. Nie dało się ich w żaden sposób otworzyć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert w milczeniu kończy śniadanie. Pochłania ostatni kawałek smażonego boczku, wyciera usta serwetką i opróżnia duszkiem szklankę wody mineralnej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-To pewnie pana sprawka – ciągnie niezrażony jego zachowaniem nastolatek. – Chcemy wiedzieć, jak pan to zrobił.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert płaci za śniadanie i wychodzi z baru. Wsiadając do samochodu, zastanawia się, które z nich jest potworem. Kelnerka czy recepcjonista? A może potwór mieszka na wzgórzu. W tamtym zamku? A ci dwoje to tylko jego słudzy? Nie obchodzi go to nic a nic. Nie tym razem. Dodaje gazu. Wkrótce motel, bar i stacja benzynowa znikają z bocznych lusterek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Żółty Cadillac Fleetwood, rocznik 59, pędzi wymarłą szosą. Potężny V8 ryczy pod wypolerowaną na błysk maską. Boczne szyby są opuszczone. Robert prowadzi jedną ręką, drugą wystukuje rytm do piosenki Rainbow pt. „Tarot Woman”. Czuje się świetnie. Może dlatego, że nie czuje niczego konkretnego. Wmawia sobie, że nic, nawet śmierć przyjaciółki, nie powstrzyma go przed dotarciem do Sierocińca.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zatrzymuje się tylko w tych miejscach, o których napisała w swoim notatniku Kamila. Są to na ogół małe miasteczka, sprawiające wrażenie widmowych, przynajmniej na powierzchni, bo pod ziemią, w labiryntach, życie, nie tylko ludzkie, toczy się bez względu na porę dnia. Labirynty nie interesują Roberta, nie dlatego, że gardzi tym, co mają do zaoferowania, chociażby rolami, w jakich można je zgłębiać lub historiami, w jakich można w nich zginąć bądź zwyciężyć. Z punktu widzenia celu, jaki Robert zamierza osiągnąć, labirynty, nad którymi śmiga jego stylowy samochód, mimo że rozciągają się między światami, wiodą donikąd.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Istotne jest coś innego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przede wszystkim rozmowa, prowadzona z nieznajomą lub nieznajomym, na ogół w jakimś barze – zwyczajna paplanina dwóch osób będących w drodze, które spotkały się niby przypadkiem i nagle odkryły, że mają sobie sporo do powiedzenia. W pewnym momencie twój rozmówca zmienia głos i mówi coś, czego nie spodziewałeś się od niego usłyszeć – jakby ktoś inny poruszał jego ustami. Zostajesz postawiony przed wyborem. I wybierasz.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak jak Robert, który w pustynnym wykwicie neonów spotkał rudowłosą piękność. Abigail twierdzi, że jest tutaj przejazdem, w drodze na zachód, gdzie czekają na nią niezałatwione sprawy, zawodowe i rodzinne. Po kilku drinkach wyznaje, że jest rozwódką, właśnie rzuciła pracę, która nie dawała jej satysfakcji, i próbuje się odnaleźć w roli bezrobotnej, nowonarodzonej singielki. Ma dość facetów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Więc nie licz na to – ostrzega  Roberta – że wylądujemy u mnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nagle milknie, potrząsa głową – raz,  drugi, trzeci. Z jej twarzą dzieje się coś dziwnego, jakby jakaś inna próbowała się spod niej wydostać. W końcu Abigail uśmiecha się zalotnie i, kładąc dłoń na udzie Roberta, szepcze, że mogliby pójść do apartamentu, który wynajęła w pobliskim hotelu, jedynym w tej mieścinie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Tak dawno nie miałam faceta – mówi, kiedy wchodzą do pokoju.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oczywiście, Abigail kłamie, jest bowiem, jak wszystkie istoty jej rodzaju, kłamczuchą. Nigdy się nie rozwodziła, a jej mąż, jedyny jakiego kiedykolwiek miała, zmarł dawno temu, zanim zatonęła Atlantyda. Robert nie ma o tym pojęcia, potrafi jednak rozpoznać kłamstwo. Dzięki zapiskom Kamili domyśla się, kim jest Abigail. Dlatego ma się na baczności. Uważa, aby nie przekroczyć niewidzialnej granicy, zza której nie ma powrotu. Jedynie wieczność i chłód.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy Abigail siada na łóżku, rozszerzając kusząco nogi, Robert nie korzysta z zaproszenia. Wyciąga dłoń, dotyka jej twarzy, ale nie pozwala pocałować się w palce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Odwróć się – mówi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Abigail wykonuje polecenie, mrucząc jak kotka. Zadziera spódnicę, jakby chciała, aby wziął ją od tyłu. Robert jednak robi coś innego –  pukiel rudych włosów ląduje na dywanie, gdzie momentalnie zmienia się w czarną żmiję. Mężczyzna miażdży jej łeb obcasem i szybkim ruchem chowa zwłoki do kieszeni płaszcza. Abigail zaczyna syczeć. W jej spojrzeniu buzuje nienawiść.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert wie, że ma ją w garści. Może z nią zrobić, co tylko zechce. Takie są zasady, których nie rozumie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie chce jej skrzywdzić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Więc wychodzi – dla pewności tyłem, trzymając przed sobą obsydianowe nożyczki, zabrane jednemu z gmerków. Dziesięć minut później neonowe miasteczko jest już tylko wspomnieniem. Żółty krążownik szos, napędzany ośmiocylindrowym silnikiem, znika w ciemnościach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak to mniej więcej działa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Następnego wieczoru, podczas miejskiego festynu, Robert poznaje białobrodego mężczyznę o imieniu Jack. Na początku popijawy, która dość rychło przenosi się do pobliskiego parku, Jack twierdzi, że jest nekromantą. Przechwala się, że potrafi wskrzesić każdego, co prawda tylko na pewien czas, zazwyczaj jednak dość długi, aby jego klient zdążył uzyskać od ożywieńca to, czego pragnie. Czasami są to straszne rzeczy. Po północy, mocno pijany Jack, obcałowywany przez trzymaną na kolanach męską prostytutkę, wyznaje, że jest prezesem międzynarodowego banku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Oczywiście – odpowiada Robert i, nie ruszając się z miejsca, przechodzi na drugą  stronę. Jack-prezes nadal trzyma na kolanach prostytutkę. Nie siedzą już w parku, lecz w jednym z sekretnych pokoi klubu nocnego położonego przy miejskim rynku. Towarzyszy im dwóch ponurych ochroniarzy zajętych czytaniem gazet.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Mogę zniszczyć każdego – kontynuuje Jack-prezes. – Jednak w tej sprawie potrzebuję twojej pomocy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kilka dni później, w innym świecie i mieście, Robert rozmawia z blondynką, której skóra przypomina w dotyku pergamin. Dziewczyna chwali się tym, że zna społeczność istot tak niezwykłych i cudownych, iż w konfrontacji z nimi blakną treści ludzkich bestiariuszy. Przez grzeczność Robert nie wspomina, iż ona sama sprawia wrażenie stereotypowego potwora.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czterdzieści mil dalej – nadal w tym samym świecie – uzależniony od cracku chłopak proponuje Robertowi, że obciągnie mu w zamian za drobne na jedzenie. Kiedy Robert odmawia, nastolatek  wpada w szał i zmienia się w ogromnego wilka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zawsze jest tak samo, myśli Robert. Wierzą, że w porównaniu ze zwykłymi śmiertelnikami są tacy wspaniali, wyjątkowi, nawet jeśli – jak ten nastoletni narkoman w wilczej skórze czy uzależniony od alkoholu i prostytutek prezes międzynarodowego banku – spadli na samo dno. Jedni chcą otwierać nasze groby, inni nasze ciała lub portfele, są i tacy, którzy zadowalają się tym, że od czasu do czasu jednemu z nas otworzą oczy i pokażą prawdziwe oblicze tego, co uważają za rzeczywistość. Nie mają pojęcia, że są tylko ziarenkami piasku na plaży.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za każdym razem Robert postępuje zgodnie z notatkami Kamili.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na skutek klątwy, rzuconej przez byłą żonę, która okazała się najprawdziwszą wiedźmą, Jack-prezes nie może mieć erekcji. Robert rozwiązuje jego problem za pomocą drinka o nazwie Czarny Kot, doprawionego krwią i jadem żmii zabranej Abigail. Potem, odwróciwszy uwagę ochroniarzy, ucieka z klubu, przeklinając głupotę swojego alter ego, w którego ciele się znalazł.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bladolica piękność zgadza się wprowadzić Roberta do społeczności odmieńców w zamian za skórę wilkołaka, którą Robert mógłby zdobyć tylko wtedy, gdyby ktoś wprowadził go do społeczności odmieńców.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ćpun-wilkołak ginie od srebrnej kuli wystrzelonej z broni, którą Robert ukradł Jackowi-prezesowi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na widok wilkołaczej skóry wampirzyca przeciera ze zdumienia oczy, a potem spełnia obietnicę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kilka godzin później Robert odkrywa, że znajduje się w samym środku wojny między wampirami i wilkołakami. Wymiotuje  przez dwie godziny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Każdemu z nich – Abigail, Jack’owi, blondynce i tamtemu  narkomanowi – mógłby w kluczowym momencie rozmowy odmówić. Gdyby to zrobił, pozostałby w świecie, w którym Abigail jest jedynie rozwódką szukającą pocieszenia w ramionach innego  mężczyzny, Jack – nekromantą mającym problemy z erekcją, blondynka – miłośniczką urban fantasy, a wyniszczony crackiem dzieciak po prostu sobą. Ale nie odmówił. Bez wahania wziął to, co zaoferowały odpowiedniki tych osób żyjące w innych światach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na innych plażach, jak powiedziała podczas przesłuchania Kamila.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tamtego dnia – kiedy Robert z odbezpieczoną bronią zmierzał do kamienicy opanowanej przez skrzatana – wśród ziemskich filozofów nadal nie było konsensusu w sprawie właściwego rozwiązania paradoksu stosu. Jedni opowiadali się za teorią nadwartościowania, inni za teorią podwartościowania, niektórzy brali stronę epistemologicznej teorii nieostrości, byli też i tacy, którzy za właściwe rozwiązanie uważali koncepcję nieostrej trójwartościowości, albo stwierdzali, że nieostrość lingwistyczna jest skutkiem i znakiem nieostrości metafizycznej. Byli również zwolennicy rozwiązania nihilistycznego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert jak każdy w jego fachu znał się na paradoksie stosu. Wiedział, że za pomocą &lt;span style="font-style: italic;"&gt;modus ponendo ponens&lt;/span&gt; lub &lt;span style="font-style: italic;"&gt;dictum de omni&lt;/span&gt; można w poprawny logicznie sposób wyprowadzić między innymi tezę o tym, że nie istnieje nic takiego jak stos kamyczków, muszelek, guzików, kawałków drewna, jakikolwiek (i odpowiednio tezę przeciwną: że, dajmy na to, jeden kamyczek już konstytuuje stos), a także tezę, że 15 milionów osób chorych na Hiszpankę nie stanowi epidemii (i odpowiednio tezę przeciwną: że jedna osoba chora na Hiszpankę to epidemia).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tego rodzaju argumentowanie nazywano w Agencji argumensorytowaniem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Eubulides byłby zaskoczony słysząc, do jakich celów można wykorzystać obmyślony przez niego paradoks stosu. Z pewnością zdumiałoby go nihilistyczne rozwiązanie owego paradoksu implikujące daleko idącą demolkę nie tylko większości ludzkich języków, ale i zakodowanych w nich zdroworozsądkowych obrazów świata, a polegające na uznaniu, że pojęcia nieostre nie mają desygnatów. Najbardziej jednak zadziwiłby Eubulidesa fakt stosowania argumensorytów w walce z odwiecznymi wrogami sapiensiej ludzkości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trzypiętrowa kamienica z czerwonej cegły wyglądała zwyczajnie dla zwyczajnych ludzi. Robert był jednak regulatorem. I jak każdy regulator posiadał umiejętności umożliwiające wykrywanie skrzatów, bez względu na formę, jaką przybrały, oraz ich kryjówek, które urządzały na ogół w niebudzących podejrzeń budynkach, często w porządnych dzielnicach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W kamienicy, do której zmierzał Robert, zgodnie z tym, co powiedział mu jej administrator i właściciel w jednej osobie, znajdowało się dziewięć mieszkań, po trzy na każdym piętrze, z czego tylko cztery były zamieszkane – wszystkie przez studentów z pobliskiego uniwersytetu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zanim Robert zaczął argumensorytować, przestawił swoją percepcję na tryb &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Spoglądam w otchłań, szczerząc bezczelnie zęby&lt;/span&gt;, aby upewnić się, że w pobliżu nie ma żadnych skrzatów ani ich pacynek. Czas na wyliczankę, uznał i wyszeptał:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Jeśli jestem niepercypowalny dla jednego skrzata, to jestem niepercypowalny dla dwóch skrzatów. Jestem niepercypowalny dla jednego skrzata. Zatem jestem niepercypowalny dla dwóch skrzatów…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cierpliwie wypełniając odpowiednią treścią schemat modus ponendo ponens, dojechał do stu skrzatów. Analogiczną wyliczankę wykonał dla pacynek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wkrótce ujrzał kamienicę z czerwonej cegły w całej jej skrzaciej prawdzie. Oplatające budynek czerwono-fioletowe macki z białymi wypustkami, z których tryskały szare opary, świadczyły z pewnością o jednym – w kamienicy doszło do wylęgu skrzatana. Robert wezwał posiłki i wszedł do środka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Skrzatana odnalazł na czwartym piętrze. W mieszkaniu numer osiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W kuchni jakaś dziewczyna, ubrana jedynie w obcisłe spodnie, zmywała naczynia. Na jej lewym ramieniu siedział skrzat i szeptał do ucha skrzacie obietnice. Miał zielony kubraczek, zielone spodnie i jeszcze zieleńszą czapeczkę. Wyglądał jak miniaturka Angusa Younga. Warkocz skrzata znikał w drobnym nacięciu na szyi dziewczyny. Mały drań rozpoczął wylęg.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert ominął zainfekowaną i wszedł do salonu. Skrzatan siedział przed sześćdziesięciocalowym ekranem plazmowym. Grał w jakąś konsolową grę. Od tyłu przypominał gruszkowatą kupę błota, szeroką u podstawy na pięć-sześć metrów, wysoką na ponad dwa. Rozlewał się po podłodze, meblach i ścianach. I bulgotał. Z lewego boku stwora wychodziła gruba macka znikająca po dziesięciu metrach w karku blondyna o pozbawionych wyrazu oczach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cholerne skrzaty, pomyślał Robert i starannie wymierzył. Małe popieprzone potworki przypominające międzywymiarowe góry lodowe – wystają ze swojego piekła raptem czubkiem w postaci miniaturowego człowieczka.  Mniej więcej od 1981 roku większość z nich z nieznanego regulatorom powodu miała twarz gitarzysty AC/DC. Ale Robert zabijał już skrzacich Cezarów, Jezusów, Einsteinów, Stalinów, Jaggerów, Fordów, Willisów, Bushów, a nawet skrzacie Madonny. Najwyraźniej małpowanie ludzi sprawiało im przyjemność.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Skrzatan rozprysł się po całym pokoju, próbując uciec przed śmiercionośną zawartością siedmiu pocisków, które, wniknąwszy w jego błotniste cielsko, odnalazły drogę do wymiarów, gdzie bytowała reszta monstrum. Siedem nanoskopowych quasi-czarnych dziur wessało stwora. Jego pacynka zaległa bez ruchu na podłodze. Robert, zmieniwszy broń na zwykłą, wrócił do kuchni. Dziewczyna w krótkich spodenkach trzymała w prawej dłoni rzeźnicki nóż. Robert pociągnął za spust. Pocisk rozerwał skrzata i ogłuszył pacynkę. Kolejne strzały rozległy się piętro niżej. Przysłane przez Agencję posiłki zaprowadziły porządek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wieczorem Robert przesłuchiwał uratowanych studentów. Tak poznał Kamilę. Blond włosy z rudymi pasemkami, dyskretny makijaż i usta pełne tajemnic. Dziewczyna z rzeźnickim nożem. Nadal była nieco rozkojarzona. Podziękowała mu za uratowanie życia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-To moja praca – odparł.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Wiem – spuściła głowę. – Tym razem przesadziłam. Niepotrzebnie ryzykowałam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Jak to niepotrzebnie pani ryzykowała? Nie rozumiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Więc mu wyjaśniła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Ziarenka piasku – powiedziała pod koniec rozmowy – na jednej z nieskończenie wielu plaż. To my.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert pokręcił głową, niedowierzając temu, co usłyszał, i zawołał dwóch rosłych strażników. Zanim weszli do pokoju przesłuchań, Kamila wskoczyła na stół, nachyliła się nad Robertem i złożyła na jego ustach pocałunek, po którym mężczyzna ujrzał przestwór wzajemnie się przenikających światów – tych egocentrycznych skrawków nieskończonej rzeczywistości, w których podobni mu durnie, zanurzeni w zaludnionych potworami historiach, uważali się za  wybrańców losu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trzy dni później Kamila znikła z izolatki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy minęło pół roku, Robert znalazł na swojej wycieraczce paczkę, a w niej notatnik dziewczyny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sztuczki. Triki. Zaklęcia. Z braku lepszych słów. Nawet pojęć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kamila napisała:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Zamawiasz drinka w jednym świecie, barman stawia go przed tobą w innym. Odkręcasz kurek w motelowej łazience, a w innych światach coś podobnego robią twoi odpowiednicy. Kiedy przechodzisz ze świata do świata, zajmujesz miejsce swojego innoświatowego alter ego. Wchodzisz w jego skórę. I musisz trzymać fason, jeśli chcesz dotrzeć do Sierocińca. Robisz te dziwne gesty palcami, wyginasz je w różne strony, w odpowiedniej kolejności kreślisz znaki, oczywiście dyskretnie, nie chcesz przykuwać uwagi – i nie przechodzisz sam, twój dobytek, wszystko to, co wcześniej potraktowałeś znakami, przechodzi razem z tobą. Wszystko z wyjątkiem twojego ciała. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Samochód, broń, ulubiona bielizna.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Pamiątki i skarby.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Dzięki nim czujesz się pewniej. Trzymasz samotność na wodzy. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Podróżujesz w poprzek. Na przekór. Nie przywiązując się do nikogo i niczego. A przynajmniej próbujesz zachować dystans. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert uśmiecha się do swojego odbicia w lustrze za barem i wznosi toast.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Nie masz pojęcia, jak to wszystko działa, grunt, że działa. Cieszysz się tym, nie masz czasu na wątpliwości. Wyjaśnienia uznajesz za luksus, na który cię nie stać. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Za  co pan pije? – pyta barman.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert potrząsa głową.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Za drogę – uśmiecha się, potem płaci walutą znalezioną w płaszczu swojego alter ego i wychodzi na zewnątrz, próbując przestać myśleć o słowach Kamili.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Noc jest ciepła. Księżyc wściekle blady.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert wjeżdża na szosę i rozpędza się do setki. Jedzie na zachód, w stronę farmy, która – jak to ujął barman – przycupnęła u kresu wszelkich dróg.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W pewnej chwili dźwięk policyjnego koguta smaga noc niczym bicz.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na poboczu stoi samochód, przed nim kobieta i dwójka dzieci. Robert zatrzymuje się, nie gasząc silnika, i opuszcza boczną szybę. Chłopiec i dziewczynka płaczą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Proszę… – mówi przerażona kobieta – …niech pan nas stąd zabierze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po chwili cała trójka jest już w środku. Patrząc w boczne lusterko, Robert widzi, że policjant – humanoidalna plama czerni w białym kasku – zsiada z motocykla. Temperatura gwałtownie spada. Na szybach pojawia się biały osad. Oddech paruje. Usta sinieją. Ziąb przenika w głąb kości. Robert spogląda pytająco na kobietę. Jest przeraźliwie blada. Ma podkrążone oczy. Wpatruje się w niego ze strachem i nadzieją. Dzieci również.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Niech pan już jedzie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert nie czeka, aż policjant zapuka w boczną szybę. Żółty ośmiocylindrowy potwór rzuca się w noc. Kilka sekund później pędzi szeroką dwupasmową drogą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Plama czerni z odznaką nie daje za wygraną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Szybciej! – krzyczy kobieta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert spełnia jej prośbę. Wybiera w odtwarzaczu jeden ze swoich ulubionych utworów. Ściska mocniej kierownicę, daje się porwać muzyce. Przez perkusyjną kanonadę przebija się gitarowy riff i dudniący bas. Wokal pojawia się niczym wichura. Ta muzyka przypomina sprawnie pracujący mechanizm. Chociażby silnik jakiegoś piekielnego pojazdu. Kalejdoskopowo rozbrzmiewające riffy, wirtuozerskie solówki, bas chroboczący w tle niczym umrzyk palcami o spód wieka trumny, wreszcie perkusja brzmiąca tak, że Robertowi każde uderzenie w nią kojarzy się z wyburzaniem wysokościowca.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I tak się ścigają – plama czerni na motocyklu i zeszłowieczny krążownik szos.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nagle Robert zauważa jakieś zabudowania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Niech pan skręci – mówi kobieta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zjeżdżają z  szosy. Pasażerka oddycha z ulgą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Już dobrze – uspokaja dzieci. – Uciekliśmy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chłopiec widzi przez tylną szybę – tak jak Robert patrzący w boczne lusterko – że policjant zatrzymał się przed zjazdem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Dalej nie pojedzie – mówi dzieciak.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Motocykl zawraca i znika w ciemnościach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert parkuje przed domem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Chyba należą mi się jakieś wyjaśnienia – stwierdza, ściszając muzykę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dom jest duży i stary. Z zewnątrz wygląda posępnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Mam na imię Klara – odpowiada kobieta. – A to moje dzieci, Dawid i Ewa. Mieszkamy tutaj. Zapraszam na kolację.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert dziękuje za zaproszenie. Jest głodny. I zmęczony. Ma nadzieję, że kobieta zaoferuje mu nocleg.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czeka na nią w salonie w towarzystwie biszkoptowej labradorki o imieniu Olza. Pokój jest przestronny, z kominkiem i dużym stołem otoczonym sześcioma krzesłami. Sofę ustawiono na wprost telewizora i zestawu kina domowego. Na ścianach wiszą jakieś obrazy, nie ma jednak żadnych zdjęć rodzinnych. W domu panuje cisza, sporadycznie przerywana dochodzącym z piętra skrzypieniem desek podłogowych. Robert wyciąga z kieszeni notatnik Kamili. Bębni palcami o okładkę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Boisz się przede wszystkim jednej rzeczy: tego, że jakieś twoje alter ego, jakaś inna osoba, bliźniaczo do ciebie podobna, też wyrwała się z okowów swojej dotychczasowej historii i próbuje odnaleźć Sierociniec. Zadręczasz się myślą, że mogłaby cię na pewien czas wyłączyć, albo, co jest o wiele gorsze, skasować. Och, jesteś hipokrytą, bo kiedy ty tak robisz, twoje sumienie śpi smacznie. Niczym szczeniak o pełnym brzuszku. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Zasnęły – mówi Klara, wchodząc do salonu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-To dobrze – odpowiada Robert. – Możemy teraz porozmawiać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kobieta zajmuje jedno z krzeseł. Pociera palcami skronie. Wygląda na bardzo zmęczoną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-O czym chce pan rozmawiać, panie…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Robercie. Proszę zwracać się do mnie po imieniu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Dobrze. Więc?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Chcę wiedzieć, co się tam wydarzyło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kobieta zaciska usta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Po co? – pyta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Mogę ci pomóc. Znam się na takich rzeczach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Takich? – Klara unosi brwi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Na potworach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na twarz Klary wpełza coś w rodzaju uśmiechu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Na ludziach – odpowiada.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Nie – Robert kręci głową – na potworach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Wszystko jedno – Klara wzdycha. – Chętnie skorzystam z twojej pomocy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Następnego dnia wczesnym rankiem Robert ściąga na farmę samochód Klary. Po śniadaniu poświęca dwie godziny na zwiedzanie okolicy. Farma leży przy piaszczystej drodze, wiodącej na północny-zachód w kierunku gęsto zalesionych wzgórz. Wskazuje jedno z nich – to najwyższe, najrozleglejsze – Klarze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Co jest za nim?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Nie wiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Nigdy tam nie byłaś?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kobieta uśmiecha się.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Raz, dawno temu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-I co?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Nic – wzrusza ramionami. – Nie widziałam tam niczego godnego uwagi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert drapie się po szczęce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Ktoś powiedział, że twoja farma leży u kresu wszelkich dróg.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Bo to prawda, Robercie. To wzgórze kończy się skarpą, z której…  – Klara milknie, odgarnia grzywkę i dodaje tyleż zachęcająco,  co tajemniczo – …sam się przekonaj. Szkoda słów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Tak zrobię.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przez resztę dnia Robert bawi się z dziećmi Klary.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Natomiast wieczorem stoi oparty o maskę Cadillaca, jedną ręką trzymając potężny karabin snajperski, otrzymany od gnoma-zbrojmistrza w zamian za skarb wampirzycy. Zębami ściska papierosa. Kącikami ust wypuszcza kłęby dymu. Po dziesięciu minutach oczekiwania w oddali rozbłyska światło. Robert przeładowuje broń. Spluwa niedopałkiem. Oddycha spokojnie. Mierzy. Odlicza do trzech i strzela. Siła uderzenia zdmuchuje policjanta na asfalt. Maszyna uderza w leżący na poboczu głaz. Biały kask toczy się po jezdni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert kładzie karabin na tylnim siedzeniu samochodu i ściskając w dłoni maczetę podchodzi do zwłok.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy wraca na farmę, dzieci już śpią. Klara krząta się w kuchni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Już po wszystkim – oznajmia Robert.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zakrwawiony worek ląduje w pustym koszu na brudną bieliznę. Klara zagląda do  środka. Marszczy brwi i nos.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Gwarantujesz? – pyta nieprzekonana.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Tak.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Na pewno? Przecież raz już wrócił zza grobu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Tym razem nie wróci – Robert staje za Klarą i obejmuje ją w pasie. – Przestał istnieć – szepcze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Klara czuje na szyi jego oddech, potem usta, miękkie i wilgotne. Odwraca się i spogląda mu w oczy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Na pewno tego chcesz? – pyta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jutro, zanim się obudzisz, wyjadę stąd, myśli Robert, więc…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Tak, chcę – odpowiada, a Klara uśmiecha się pod nosem do samej siebie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nad ranem Robert budzi się w skotłowanej pościeli. Klara leży obok. Naga. Przygląda się jej pośladkom. Plecom. Pieprzykom na szyi. Całuje je delikatnie. Następnie naciąga bokserki i przygotowuje śniadanie. Tego dnia Robert zostaje na farmie. Przez kolejne siedem również. Nie myśli za dużo o swojej decyzji. Nie wie jednak, dlaczego. Uwagę poświęca przede wszystkim Klarze i jej dzieciom. Ma dobry kontakt z Dawidem i Ewą. Spędza z nimi dużo czasu na zabawie. Wieczorami pomaga Klarze w kuchni. Lubią ze sobą rozmawiać, oglądać wspólnie filmy, kochać się do upadłego. Poznają się coraz lepiej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mijają tygodnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pewnego dnia Klara oznajmia, że ona i dzieci chcą jechać nad morze. Na jeden dzień.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Sama podróż zajmie nam dwa dni – oponuje Robert. – Możemy pojechać, ale co najmniej na tydzień.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Och, głuptasie – Klara całuje go w policzek. – Przecież morze znajduje się tuż za wzgórzami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Droga prowadzi przez las. Kiedy wjeżdżają na ogołocony z drzew wierzchołek najwyższego wzniesienia, Robert gasi na prośbę Klary silnik. Kobieta podchodzi do krawędzi skarpy. Wpatruje się w bezkresną biel, która wypełnia cały horyzont.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Tutaj niczego nie ma – stwierdza zdumiony Robert.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-To dlatego, że patrzysz w niewłaściwy sposób – odpowiada Klara i pstryka palcami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Coś rozbłyskuje w powietrzu. Robert mruży raptownie oczy. Kiedy odzyskuje ostrość widzenia, rozpościera się przed nim łagodne zejście na plażę, omywaną morskimi falami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Miałam rację – Klara uśmiecha się triumfalnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na plażę zabierają leżaki, koce, ręczniki, kremy do opalania, książki, karty do gry i kanapki, mnóstwo kanapek, najwięcej z żółtym serem i sałatą. I dysk do aportowania. Spacerują brzegiem morza, woda obmywa ich stopy, trzymają się za ręce, labradorka Olza hasa dookoła, szczeka na mewy, ściga rzucany przez dzieci dysk. O zmierzchu Robert i Klara siedzą w wiklinowym koszu, podziwiając paletę barw zachodzącego słońca. Dawid i Ewa drzemią w leżakach, otoczeni zamkami z piasku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mijają kolejne dni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aż w końcu nachodzi ten jeden, szczególny dzień, kiedy wszystko się zmienia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Według przepisu feta ma nadać potrawie śródziemnomorski charakter.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Klara kroi umyte marchewki. Następnie wlewa do czarnego rondla dwie szklanki wywaru z kurczaka. Dodaje jedną łyżeczkę sproszkowanej skórki z cytryny, trochę mięty i nieznaczną ilość pieprzu. Po namyśle dorzuca jeszcze szczyptę tego ostatniego. Potem dodaje marchewkę i przygotowany wcześniej ryż. Zmniejsza płomień i przykrywa rondel pokrywką. W międzyczasie Robert kończy kroić na cienkie plasterki cebulę.  Gasi płomień pod gotującą się w garnku wodą i rozgrzewa na dużej patelni olej. Wrzuca na nią cebulę z czosnkiem. Smaży przez pięć minut, po czym, zerknąwszy na przypięty do szafki przepis, dodaje dwie szklanki puszkowanych pomidorów oraz po łyżeczce oregano, bazylii i pieprzu. Pomidory rozgniata łyżką, zmniejsza płomień i zaczyna dusić wymieszane składniki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Klara zaciąga się papierosem, czekając aż z rondla wygotuje się nadmiar wody, co według przepisu ma nastąpić w ciągu dwudziestu minut. Eskalopki przygotowała wcześniej. Czekają na półmisku – mięsne kulki w złotawej panierce z tartej bułki, pieprzu i oregano.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert ociera czoło. Nie czuje się najlepiej. I nie chodzi tylko o dzisiaj. Od wielu dni w żołądku zalega mu jakiś ciężar. Pulsuje skóra na klatce piersiowej. Trzeszczą żebra. Dręczy go uczucie wzbierających mdłości, które jednak nie kulminują wymiotami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Klara zauważa, że kochanek, choć z zapałem i wprawą obiera krewetki, robi się coraz bardziej blady.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-O czym myślisz? – pyta z czułością.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert wrzuca obrane skorupiaki do porcelanowej miski. Odwraca się twarzą do Klary i sięga ponad jej głową po wiszącą na kołku ścierkę. Wyciera dłonie i składa na ustach kobiety delikatny pocałunek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Rozmyślałem o Sierocińcu – odpowiada.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-O Sierocińcu?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Nie pamiętasz? Opowiadałem ci o Kamili, dziewczynie, którą uratowaliśmy z rąk terrorystów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Przypominam sobie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-To ona opowiedziała mi o tym wspaniałym miejscu…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Wspaniałym? Naprawdę tak sądzisz?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert drapie się po brodzie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Nie jestem pewien – odpowiada – ale wydaje mi się, że takie miejsce i możliwości, której ono oferuje to nic złego…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Za dużo o tym myślisz, Robercie. Przecież to tylko fikcja.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po tych słowach zapada cisza, która dość szybko robi się niezręczna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Przepraszam – reflektuje się Klara. – Nie chciałam…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert kręci przecząco głową.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Nawet jeśli masz rację, Klaro, to ta fikcja nie daje mi spokoju. Zrozum, zanim usłyszałem od Kamili opowieść o Sierocińcu, byłem zwyczajnym facetem mającym niezwykłą pracę…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Tak, wiem, ratowałeś świat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Właśnie. Ale poza pracą było coś jeszcze. Rozkoszowałem się życiem. Cieszyłem się rześkością powietrza, sokami pocałunku, smakiem pomidora i wódki. Zapachem tytoniu i zmęczeniem wypełniającym ciało aż po krańce włosków na skórze. Radość sprawiało mi zarówno przygotowywanie posiłku, jak i jego późniejsza konsumpcja. Spożywać pokarmy dla nich samych. Pracować dla samej pracy. Dbać o treści, które wypełniają życie, w ten sposób, że środek do celu sam szybko przekształca się w cel, a dążenie do niego samo staje się celem. Spożywanie pokarmów jest pokarmem życia. Cudowna metafora. Żyłem podług niej. Każdego dnia. Ale za sprawą Kamili to wszystko przepadło. Odeszło nie wiadomo dokąd i chyba nie zamierza wrócić. Pragnę…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert spuszcza wzrok.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Sam już nie wiem, czego pragnę…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Klara kiwa ze zrozumieniem głową i wraca do gotowania. Robert zmniejsza  płomień pod wrzącą w garnku wodą i wrzuca do niego makaron fettuccine. Następnie zdejmuje pokrywkę z patelni i zaczyna mieszać drewnianą łyżką smażące się pomidory, cebulę, czosnek i przyprawy. Po trzech minutach dodaje krewetki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Uraziłem cię czymś? – pyta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Nie o urazę mi chodzi – Klara się uśmiecha.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Więc o co?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-O plagiat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Plagiat?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Słyszałeś o Emmanuelu Levinasie?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Nie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-To francuski filozof.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Nie znam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Ciekawe, bo właśnie opisałeś swoje doznania jego językiem. Wręcz sparafrazowałeś całe zdania z dzieł Levinasa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert przez dłuższą chwilę trawi jej słowa. W końcu pyta:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Skąd wiesz?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Kiedyś mieszkał z nami pewien włóczęga. Miał dwadzieścia lat. Wspaniałe ciało. Popieprzone poczucie humoru. I bzika na punkcie francuskiej filozofii. Uwielbiał książki Levinasa. Chwalił się, że zna je na pamięć. W każdym razie, kochając się ze mną, cytował obszerne fragmenty &lt;span style="font-style: italic;"&gt;De l’evasion&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;De l’existence a l’existant&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Le Temps et l’autre&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Totalite et Infini&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Autrement qu’ etre ou au-dela de l’ esense&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Brał cię od tyłu, pakując się w twoją piękną pupę, i roztrząsał problemy ontologiczne?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Klara oblizuje wargi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Mniej więcej – mówi z filuternym wyrazem twarzy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-I co się z nim stało?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Levinasem czy włóczęgą?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Twoim kochankiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Odszedł.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kamila milknie, uśmiechając się tajemniczo, następnie wlewa do plastikowej miski wywar z kurczaka, dodaje dwie łyżki cytrynowego soku oraz po łyżeczce startej skórki z cytryny i mąki kukurydzianej. Na koniec wrzuca trochę rozdrobnionych ząbków czosnku i posiekaną natkę pietruszki. Otrzymaną masę przelewa na rozgrzaną patelnię.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Wszyscy odeszli – dodaje pięć minut później. W jej głosie słychać nutkę nostalgii. Nie wygląda jednak na zasmuconą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Ten policjant również?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Tak – błyska bielutkimi zębami. – Kiedy zaczął mnie bić, był już kimś innym niż wtedy, gdy się w nim zakochałam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Więc go zabiłaś.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Długo zbierałam się na odwagę. Nie lubię zabijania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Dlaczego nie uciekłaś, gdy wrócił?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Widzisz, Robercie, grunt to być zanurzonym po szyję we własnej naturze. Z moją, zaiste ekstrawaganckiego sortu, jest mi bardzo dobrze. Nie uciekam, jeśli moja natura szepcze „Zostań”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Nie zastanawiałaś się, jak to możliwe, że wrócił?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Nie, nigdy. Całą sobą, najodleglejszymi krańcami mojej natury, rozciągającej się nad nami niczym baldachim, wiedziałam, że nie ma to żadnego znaczenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Więc stoję w cieniu rzucanym przez twoją naturę?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Klara odwraca się w stronę okna i, spoglądając przez ramię, mówi:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Koty, w odróżnieniu od ludzi, nie walczą i nie godzą się ze swoją naturą. Po prostu są kotami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert nie odpowiada. W milczeniu, unikając jej wzroku, przekłada odcedzony makaron na talerz. Polewa sosem z krewetkami i wzbogaca garścią oliwek oraz pokrojonym w kostkę serem feta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Skończyłeś – stwierdza Klara, po czym pokazuje mu półmisek z eskalopkami polanymi sosem pachnącym cytryną i czosnkiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Muszę coś ci wyznać… – mówi z wahaniem Robert, zostaje jednak uciszony pocałunkiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W milczeniu zrzucają ubrania na podłogę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Kocham cię.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Klara otwiera oczy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Powiedz to jeszcze raz – mówi, zaplatając nogi za plecami Roberta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Kocham cię.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kochają się namiętnie. Kilka razy. Z przerwami na papierosa. Oddanie moczu. Przemycie genitaliów. Komentarze. Żarty. Śmiech. Jedzenie. Słuchanie muzyki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z przerwami na samotność.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przebudzenie jest bolesne. I nagłe. Jak cięcie nożem przez twarz. Najpierw nadpływają dźwięki. Zbliżają się falami, wymieszane, kakofoniczne, aby po pewnym czasie skrystalizować się w gwar rozmów, śmiech, odgłosy jedzenia i picia, nastrojową muzykę. Robert otwiera oczy. I stwierdza, że siedzi w restauracji, przy nakrytym stoliku, ubrany w elegancki garnitur. Palcami prawej dłoni ściska nóżkę pękatego kieliszka z winem o barwie bursztynu. Nie jest sam. Siedzący naprzeciwko blondyn sprawia wrażenie szczerze zdziwionego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Wszystko w porządku? – pyta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert poluzowuje krawat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Chyba tak – odpowiada niepewnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Próbuje przypomnieć sobie, jak się tutaj znalazł, ale w jego pamięci zieje czarna dziura. Przeszukuje kieszenie marynarki. W wewnętrznej znajduje złożoną w pół karteczkę. Rozkłada ją i czyta:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Wygląda na to, że dotrę tam przed tobą.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cholera, klnie. A potem robi mu się na przemian gorąco i zimno. Gwar rozmów się nasila. Ktoś śmieje się rubasznie. Gdzieś pęka szkło. Blondyn wytrzeszcza oczy. Robert czuje, że rzeczywistość ucieka mu spod nóg. Oddycha coraz szybciej. Mdłości pędzą w górę przełyku. Obraz się rozmywa. Słuch wypełnia dudniąca papka. Ciemność jednak nie nadchodzi. Nagle wszystko się uspokaja.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert ociera czoło. Masuje skronie. Wstaje chwiejnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Muszę iść – mówi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czuje na sobie spojrzenia szepczących między sobą gości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Twoja  twarz – odzywa się blondyn.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Co z nią?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-To zabrzmi śmiesznie, ale przez chwilę wydawało mi się, że widzę w niej inną, podobną do twojej, ale szczuplejszą i młodszą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert zaciska pięści. Odwraca się w stronę drzwi prowadzących do holu. Musi stąd wyjść. Natychmiast. Inaczej znów ogarnie go lęk. Dopadnie panika. I da się im zniszczyć. Uczynić niezdolnym do działania. Do kontynuowania podróży. Nie chce skończyć tak, jak wielu innych przed nim. Nie podda się. Nie teraz i nie tutaj. Więc idzie – powoli, krok za krokiem, oddychając głęboko.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest późny wieczór. Ulica lśni neonami. Przed restauracją stoją taksówki. Wybiera jedną z nich i podaje kierowcy adres Klary. Wyjeżdżają z miasta. Pół godziny później mijają stację benzynową i motel. Robert rozpoznaje okolicę. Od posiadłości Klary dzieli ich tylko dziesięć mil. Mimo to zasypia. I śni o Izie. O masakrze, którą na jej prośbę urządził w magazynie zamieszkanym przez gmerki. Przypomina sobie smak jej potu. Znów leży między jej udami i zapewnia, że doprowadzi ją do Sierocińca i do orgazmu, że odnajdą razem Elżbietę. I będą żyli długo i szczęśliwie. Nawet we troje. W tym, co największe i najmniejsze zarazem. W Sierocińcu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Budzi go dźwięk klaksonu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Jesteśmy na miejscu – oznajmia taksówkarz.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert przeciera oczy i wręcza mu zapłatę. Czeka, aż taksówka wróci na szosę, po czym rusza w stronę domu. Wokół jest cicho. Blask lampy spływa znad drzwi wejściowych na murowane schodki. Cadillac stoi tam, gdzie go zostawił. Zagląda do środka. Coś leży na tylnim siedzeniu. Naciska klamkę. Drzwi odskakują. W nozdrza uderza go zapach gnijącego ciała. Słyszy brzęczenie much. Zasłaniając usta, podnosi koc. Mdłości rzucają go na ziemię. Wymiociny spływają mu po brodzie. Kapią  na dłonie. Kiedy kończy wymiotować, przełyk ma rozgrzany do białości. Przewraca się na plecy i zaczyna kaszleć. Spod koca wpatrują się w niego martwe psie oczy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert wyciera ręce w spodnie i zabiera ze schowka pistolet, dwa magazynki i latarkę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znów go mdli. Zagryza zęby. Spluwa. I wchodzi do domu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W niektórych pomieszczeniach pali się światło. W salonie znajduje przewrócony stół, zaschnięte plamy na podłodze. Podziurawione ściany. Osmalony sufit. Pościel w pokojach dzieci jest poszarpana i zbrązowiała. W kuchni zastaje otwartą lodówkę – ktoś wyrzucił jej zawartość na podłogę. Sprawdza jeszcze gabinet, sypialnię, garderobę, obie łazienki i ubikacje, zagląda nawet do piwnicy. Żadnych zwłok. Żywych istot również.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wychodzi przez kuchenne drzwi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Snop światła z latarki omiata podwórze. Drzwi garażu. Stajni. Stodoły. I kopiec. Jeden. Drugi. Trzeci. Obok stoi jakaś postać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Nie ruszaj się  - krzyczy Robert, unosząc odbezpieczoną broń.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podchodzi bliżej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Jednak wróciłeś – mówi postać. – Nie spodziewałam się tego po tobie, Robercie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jej głos brzmi znajomo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Iza?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert oświetla twarz kobiety, ona jednak nie mruży oczu. Uśmiecha się szeroko, trochę współczująco – jak matka na widok dziecka, które puszczone samopas nabroiło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Gdzie jest Klara? – mężczyzna przełyka ślinę. – Gdzie są dzieci?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Iza wskazuje na kopce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Pochowani. To właśnie robicie ze zwłokami. Chowacie je w ziemi bądź palicie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Ty ich zabiłaś?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Nie. To twoje innoświatowe alter ego. Robert z jakimś indeksem przy imieniu, również poszukujący Sierocińca.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Ale… dlaczego? Nie rozumiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Iza wzrusza ramionami, dłonie wsuwa do kieszeni kurtki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Nie wiem. Może trafiły na psychopatę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Roberta ściska w gardle. Czuje wilgoć w kącikach oczu. Opuszcza pistolet. Siada na ziemi. Spogląda na ręce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Tak, Robercie – mówi z troską Iza. – Zabił Klarę i jej dzieci twoimi rękoma. W bardzo brutalny sposób. Psa również.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mężczyzna zaczyna płakać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Kim ona była? – pyta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Któż to wie? – Iza przewraca oczami. – Kolejnym potworem w ludzkiej skórze? Jednym ze strażników Sierocińca? A może po prostu doświadczoną życiem samicą z twojego bądź innego gatunku, która chciała zestarzeć się u boku kochanej do szaleństwa osoby i w tym celu rozkochała w sobie ciebie? Abyś dzielił z nią samotność w rzeczywistości, w której wszystkie drogi ostatecznie wiodą w jedno miejsce? Wybieraj.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert ociera łzy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Kimkolwiek była, sprawiła, że niemalże przestałem wierzyć w cel mojej podróży…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Ode mnie nie dowiesz się prawdy – dodaje Iza. – Spróbuj w Sierocińcu. O ile tam dotrzesz, oczywiście.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-To niemożliwe – odpowiada po chwili drżącym głosem Robert.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Co?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Ty. Tutaj. Widziałem twoje szczątki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Iza odgarnia z czoła grzywkę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Robercie, nie jestem twoją przyjaciółką. Ona nie żyje. Skrzatan, który ją zabił, również. Przetrwała jedynie zawartość ich pamięci. We mnie. Dlatego wiem, kim jesteś. Czego szukasz. Co zrobiłeś.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert wstaje z ziemi. W prawej dłoni nadal trzyma pistolet.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Wyglądasz jak Iza. Mówisz jak ona. Nawet używasz tych samych perfum. Kim jesteś?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Chimerą – uśmiecha się kobieta. – Istotą powstałą z tajemniczego połączenia dwóch innych: Izy i skrzatana. Nie wiem, jak do tego doszło. Wiem jednak, dlaczego w ogóle mogło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Nie rozumiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Robercie, nie powiedziałeś Izie całej prawdy o sobie. Przemilczałeś pewien istotny fakt.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert rozkłada ręce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Jaki?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Zostałeś zainfekowany. Kilka miesięcy po akcji, w której uratowałeś Kamilę. Byłeś pacynką skrzatana. Oczywiście, specjaliści z Agencji uratowali ci życie, zanim stwór ostatecznie opanował twój układ nerwowy. Nie wiedzieli tylko o jednym. Kiedy was rozdzielono, skrzatan nadal mógł percypować rzeczywistość twoimi zmysłami. Dlatego wiedział, gdzie jesteś, gdy opuściłeś swój świat. Szukał cię. I w końcu znalazł. W mieszkaniu Izy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Nie wiedziałem…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Skrzatan nie chciał cię zabić. Miałeś zostać jego pacynką i pomóc mu w dotarciu do Sierocińca.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert milczy. Ma posępną minę. W końcu mówi:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Żałuję, że zginęła Iza. Ale niczego nie mogłem zrobić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kobieta unosi brwi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Naprawdę? Widzisz, wraz z pamięcią moich… antenatów odziedziczyłam ich pragnienia. Nie są moje, ale potrafię je zrozumieć, a nawet spełnić. Pragnienie skrzatana, to największe, już spełniłam. I to całkiem niedawno.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Co masz na myśli?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Byłam tam – chimera wyciąga rękę w kierunku wzgórz, niewidocznych w ciemnościach. – Byłam w Sierocińcu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Nie…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Tak. I odnalazłam Elżbietę. Długo rozmawiałyśmy. Co było dość niezwykłe, zważywszy na to, jak bardzo zapracowaną osobą się stała, odkąd trafiła do Sierocińca. Opowiedziałem jej o tobie i Izie. Wyjaśniłam, że nie mogę jej kochać, mimo że posiadam wspomnienia Izy. Dodałam jednak, że mogę coś dla niej zrobić. O ile zechce. I wiesz co?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Co?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Zechciała.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Czego sobie zażyczyła?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Abyś jeszcze tej nocy wyruszył do Sierocińca.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-To żart?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Powiedziała: daj mu pięć minut, potem ścigaj i zabij. Daję więc ci pięć minut. Potem ruszam w pościg. W innym ciele.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert czuje w gardle suchość. Z trudem przełyka ślinę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Teraz albo nigdy, Robercie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chimera rzuca mu kluczyki do samochodu. Robert łapie je w locie, odwraca się na pięcie i, nie oglądając się za siebie, biegnie przed dom. Wyciąga z Cadillaca zwłoki psa. Wskakuje za kierownicę i uruchamia silnik. Przez moment koła kręcą się w miejscu, wyrzucając w powietrze kamyczki i piasek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po przejechaniu kilkuset metrów Robert spogląda w lusterko – posiadłość Klary zniknęła w ciemnościach. Przyśpiesza. Żałuje, że nie ma już antyskrzaciej amunicji. Gdyby posiadał choć jeden pocisk zaprojektowany do niszczenia skrzatanów, bez wahania strzeliłby chimerze w głowę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Samochód mknie przez las. Przednie światła omiatają oślepiającymi strumieniami posępnie wyglądające drzewa. W kabinie słychać przyśpieszony oddech Roberta i brzęczenie much, które jeszcze niedawno żerowały na zwłokach labradorki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cadillac zatrzymuje się na szczycie wzniesienia. Robert podbiega do miejsca, w którym powinna być skarpa, ale zamiast niej widzi szeroką żwirową drogę oświetloną blaskiem księżyca, który wypłynął zza chmur.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kilkanaście sekund później strzałka prędkościomierza oscyluje wokół setki. Robert ściska nerwowo kierownicę. Oblizuje wargi. Pot kapie mu z brwi. Księżyc znów chowa się za chmurami. Z ciemności, prosto w objęcia przednich świateł, wyłania się frontowa ściana jakiegoś budynku. Robert gwałtownie hamuje. Redukuje biegi. W ostatniej chwili, po drobnym czary-mary wykonanym hamulcem ręcznym, stawia samochód bokiem do drzwi wejściowych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wyskakuje na zewnątrz. Podbiega do drzwi. Szarpie za klamkę. Są zamknięte. Bije zza nich srebrzysty blask.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mężczyzna spogląda na ciemność za plecami. Coś się w niej kłębi. Coś dużego i szybkiego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Cholera.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zaczyna walić pięściami w drzwi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nagle ktoś otwiera je od środka. Blask wylewa się przez próg, zagarnia nogi Roberta, pnie się wyżej, oświetla jego twarz. Drzwi otwierają się szerzej. Na zewnątrz wychodzą dwie osoby. Kobieta i mężczyzna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Sierociniec! – krzyczy Robert. – Czy to jest Sierociniec?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Sierociniec? – powtarza mężczyzna. Jest szczupły. Ma długie czarne włosy. Nieco kręcone. Pociągłą twarz. Nosi wyświechtane dżinsy i dżinsową kamizelkę.. Uśmiecha się rozbrajająco do swojej towarzyszki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Nie – odpowiada. – To nie tutaj.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Co? – Roberta ogarnia panika.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-To nie Possest.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-To Bar Wszystkich Barów – mówi kobieta. Też jest szczupła, chociaż kiedyś było jej dużo. Bardzo dużo. Uśmiechnięty młodzieniec mógłby zaświadczyć, jak bardzo. – Miejsce, w którym serwują najlepsze drinki – dodaje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Grają najlepsze kapele.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-I zbierają się najznamienitsze historiozoficzne wyrzutki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robert chce coś powiedzieć, otwiera nawet usta, ale nie wydaje z siebie żadnego dźwięku. Z ciemności wystrzeliwuje ogromna, śluzowata macka, owija się wokół jego nóg i jednym szarpnięciem przewraca na ziemię. Robert rozpaczliwie wpija palce w trawiaste podłoże. Zaczyna krzyczeć.  Po policzkach spływają mu łzy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Nie… nie… nie…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Brzuchem szoruje po ziemi. Coś wciąga go w smolistą gęstwinę. Wkrótce jego krzyk zamiera.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bon i Rosie spoglądają na siebie. Kobieta wzrusza ramionami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Wracajmy – mówi.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6104099372319078205-8423501906968976989?l=heavy66metal.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://heavy66metal.blogspot.com/feeds/8423501906968976989/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6104099372319078205&amp;postID=8423501906968976989' title='Komentarze (7)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/8423501906968976989'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/8423501906968976989'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://heavy66metal.blogspot.com/2011/06/sierociniec.html' title='Sierociniec'/><author><name>Bartek (BD)</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10242921601194248246</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-4gYGKkuvOpM/TXTsS7GUZhI/AAAAAAAAAQM/Nc4bWSIYUdQ/s220/110864731548ad577558d37.jpg'/></author><thr:total>7</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6104099372319078205.post-78777543998675494</id><published>2011-06-02T23:41:00.000-07:00</published><updated>2011-09-04T04:26:50.841-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='opowiadanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='In Solitude'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='heavy metal'/><title type='text'>The World, The Flesh...</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-pf6k7y6ePfo/TeiDlMYvmoI/AAAAAAAAAUc/AEaPFnPx4FY/s1600/173187.jpg"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-pf6k7y6ePfo/TeiDlMYvmoI/AAAAAAAAAUc/AEaPFnPx4FY/s200/173187.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5613881610520730242" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;W chacie było gorąco, ale nie tak bardzo, jak we wnętrznościach mężczyzny, który leżał na łóżku, całkiem nagi, oddychając tak płytko i powoli, że w pierwszej chwili, gdy wszedłem do środka, wziąłem go za zmarłego. Nie chciał zdradzić mi swojego imienia, ale poprosił, nie raz, nie dwa, abym został.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;-Choćby na trochę – powiedział, a ja odniosłem wrażenie, że w tym „trochę”, o które wręcz błagał, taki wymizerowany i bezbronny, niemalże budzący litość, zaklął wieczność. Wyszedłem na zewnątrz,  aby zastanowić się nad odpowiedzią. Słońce górowało nad bezkresem twardego, spękanego podłoża, wiodącego znikąd donikąd, usianego szkieletami lewiatanów. Musiałem zabłądzić, uznałem. Powinienem być gdzie indziej. Pewnie skręciłem za wcześnie. Sęk w tym, że tego pustkowia nie było na żadnej z map, które woziłem w schowku. GPS wyświetlał białą plamę. Komórka straciła zasięg. Nic pośrodku niczego. Na szczęście, samochód i zapalniczka wciąż były sprawne. Zaciągnąłem się papierosem. Smakował inaczej – podle, jakbym razem z bibułką i tytoniem spalał czyjeś grzechy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zanim wróciłem do mężczyzny, zabrałem z samochodu butelkę wody mineralnej. Pił łapczywie, ale bez mojej pomocy. Nie chciał jej. Mimo że gdy przełykał, próbując utrzymać głowę w dogodnej dla siebie pozycji, przez jego twarz przelatywały grymasy wyrażające wyłącznie jedno: BÓL. Był przeraźliwie chudy. Jego klatka piersiowa sprawiała wrażenie zapadniętej. Żebra sterczały pod cienką skórą pokrytą brązowymi plamami. Powiedział, że gnije od środka. Z pewnością śmierdział – potem i ekskrementami, doprawionymi słońcem, którego promienie wpadały do chaty przez dziurę w dachu, oświetlając klepisko i wirujące nad nim drobiny pyłu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Kiedyś, nie tak dawno temu, mój wygląd budził uwielbienie, podziw i respekt.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wtedy go rozpoznałem. I uświadomiłem sobie, że patrzyłem na niego od zawsze. Był tam – w kształtach chmur, lasów i budynków. Miast widzianych z góry. W bazgrołach, rysunkach i obrazach. W rysach szpecących lakier bądź mur. W plątaninie drobnych włosów nad łechtaczką. W głębinach linii papilarnych. W piasku pod butami. Wszędzie tam, gdzie dawało się dojrzeć jakiś wzór. Był tam i czekał. Uśmiechnięty. Zadowolony z siebie. A ja patrzyłem na niego, miałem go tuż przed nosem, ale nie widziałem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powiedziałem mu o tym. Machnął tylko dłonią.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Teraz to nie ma już żadnego znaczenia – odpowiedział. – Przynajmniej dla mnie. Poczytaj mi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na półce nad łóżkiem leżała tylko jedna książka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-„Kubuś Puchatek”? – zapytałem, patrząc na okładkę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odparł, że od bardzo dawna chciał ją przeczytać. Tylko nie miał na to czasu. Zawsze było coś ważniejszego do zrobienia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Świat czekał. Musiałem być sobą. Chociażby dla was.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rozkasłał się i zaczął pluć krwią.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Wiesz, to ja wymyśliłem książki – powiedział, kiedy atak minął. – Rzekłem Stwórcy: jeśli chcesz kogoś stworzyć, kogoś wyjątkowego, nawet w porównaniu z tobą, stwórz istoty, które będą czytać dzieciom książki. – Zaśmiał się. – Spodobał mu się ten pomysł, ale nie fakt, że był mój.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mężczyzna zamilkł. Przeczytałem więc pierwszy rozdział, w którym „poznaliśmy się z Kubusiem Puchatkiem i z pszczołami*” . Kiedy zamknąłem książkę, zaczął płakać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Tyle mnie ominęło – powtarzał przez jakiś czas.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potem zgiął się w&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/--Uhc01KwmRQ/TeiD3vaPWXI/AAAAAAAAAUs/Bbe2zhbjKPI/s1600/In-Solitude-The-World-The-Flesh-The-Devil.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/--Uhc01KwmRQ/TeiD3vaPWXI/AAAAAAAAAUs/Bbe2zhbjKPI/s200/In-Solitude-The-World-The-Flesh-The-Devil.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5613881929159891314" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; pół, przyciskając dłonie do brzucha. Płacz przeszedł w szloch. Miałem dość. Wyszedłem przed chatę. Wypaliłem papierosa. Sprawdziłem GPS – bez zmian. Kolejny papieros zawisł w moich ustach. Przez cały ten czas chory wył z bólu. W końcu ucichł. Zaciągnąłem się po raz ostatni i  wróciłem, aby sprawdzić, czy umarł. Tak byłoby dla niego najlepiej, uznałem. Stanąłem w progu i przyjrzałem się drobnej, pomarszczonej postaci, z której niegdyś bił cudowny blask. Oddychała.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Nuciłeś coś, gdy wszedłem tutaj za pierwszym razem – powiedziałem. – Co to było?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powoli przekręcił się na plecy. Jego brzuch przypominał poczerniały krater. Drżącą ręką wskazał stos płyt, odtwarzacz i akumulator.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Płyta jest w środku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wcisnąłem PLAY. Gdy rozbrzmiała muzyka, w oczach mężczyzny na moment zapłonął blask. Słabe echo dawnej chwały. „&lt;a style="font-weight: bold;" href="http://www.youtube.com/watch?v=QzRyOSz2fjE"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Serpent are rising&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;” – zawodził złowieszczo wokalista na tle posępnie zacinających gitar. Powiało późnymi latami siedemdziesiątymi. Podczas solówki cienie na ścianach uformowały się w legion wężopodobnych istot.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Moja  armia – wyszeptał chory. – Pisane mi było Jeziora Ognia. Nie to…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Cóż, wydaje mi się – odparłem, podchodząc bliżej – że popełniłeś błąd. Miałem kiedyś przyjaciela. Był wierzący. Przynajmniej w pewnym sensie. Tak czy inaczej, kiedy umierał, powiedział mi na ucho, że Stwórcę najbardziej krzywdzi obojętność. Mój przyjaciel taki właśnie był – obojętny… Powinieneś  być taki sam. Od początku do końca. Nienawiść to ślepa uliczka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spojrzał na mnie nieobecnym wzrokiem. Myślami był gdzie indziej. Na ścianie, przy której stało łóżko, &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=HW34yd4rNDk"&gt;trzynaście cieni przypominających nagie kobiety tańczyło wokół świetlistej postaci&lt;/a&gt;. Drań wspominał. Tylko tyle mu zostało – wspomnienia i tanie sztuczki. W pewnej chwili zapytał:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-A ty, chłopcze, jaki jesteś?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nachyliłem się nad nim i odpowiedziałem, a potem, z uśmiechem Jokera wymalowanym na twarzy, wyszedłem z chaty, wsiadłem do żółtego Cadillaca Fleetwood, rocznik 59, i przekręciłem kluczyk. Potężny V8 zaryczał pod wypolerowaną na błysk maską. Pomknąłem pomiędzy żebrami gigantycznego stworzenia, wierząc, że prędzej czy później wrócę na międzystanową autostradę. Wkrótce przestałem myśleć o umierającym na raka diable.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*A.A. Milne, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Kubuś Puchatek&lt;/span&gt;, tłum. Irena Tuwim, Nasza Księgarnia, Warszawa 1984, s. 9.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6104099372319078205-78777543998675494?l=heavy66metal.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://heavy66metal.blogspot.com/feeds/78777543998675494/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6104099372319078205&amp;postID=78777543998675494' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/78777543998675494'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/78777543998675494'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://heavy66metal.blogspot.com/2011/06/world-flesh.html' title='The World, The Flesh...'/><author><name>Bartek (BD)</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10242921601194248246</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-4gYGKkuvOpM/TXTsS7GUZhI/AAAAAAAAAQM/Nc4bWSIYUdQ/s220/110864731548ad577558d37.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-pf6k7y6ePfo/TeiDlMYvmoI/AAAAAAAAAUc/AEaPFnPx4FY/s72-c/173187.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6104099372319078205.post-253088639617520339</id><published>2011-04-20T04:30:00.000-07:00</published><updated>2011-05-16T10:37:35.246-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Bullet'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Airbourne'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='heavy metal'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='hard rock'/><title type='text'>Guts &amp; Glory</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-tUPXtpa7JAY/Ta7NjCE7woI/AAAAAAAAATE/OQ5_UVHLxxg/s1600/Bullet%2B-%2BBite%2Bthe%2BBullet%2B%25282008%2529.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 200px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-tUPXtpa7JAY/Ta7NjCE7woI/AAAAAAAAATE/OQ5_UVHLxxg/s200/Bullet%2B-%2BBite%2Bthe%2BBullet%2B%25282008%2529.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5597637388604785282" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Szwedzi z &lt;a href="http://www.bullet.nu/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Bullet&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; nie byli ani oryginalni, ani twórczy, po prostu zgrabnie reanimowali pomysły starych wyjadaczy z &lt;a href="http://www.acdc.com/us/home"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;AC/DC&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; i &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Judas_priest"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Judas Priest&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. W zawadiacki sposób grali te swoje zaprojektowane do stymulowania ludzkiej sensomotoryki utwory, oparte na znajomo brzmiących riffach, przez które płynął prąd zmienny bądź stały. Ich wokalistę, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Daga Hell Hotera&lt;/span&gt;, podejrzewano o skonsumowanie dusz, trzewi i szpiku &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Bon_Scott"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Bon&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Bon_Scott"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;a Scotta&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Brian_Johnson"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Briana &lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Brian_Johnson"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Johnsona&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; i &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Udo_Dirkschneider"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Udo Dirkschneidera&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. Wszystko przez ten jego skrzecząco-świdrujący śpiew, po najwyższe dźwięki zanurzony w typowej dla takiej muzyki tematyce. Najbardziej lubiłam ich debiutancki&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=FO7OZq3dw2s"&gt; &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;‘Heading For The Top’&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; (2006). Późniejsze dwa – &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=CVg0u25jXMQ"&gt;‘Bite The Bullet’&lt;/a&gt; &lt;/span&gt;(2008) i &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=0VLmEhh2YTs&amp;amp;feature=related"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;‘Highway Pirates’&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; (2011) – już mniej, a kolejne przegapiłam. Mogłabym zapytać o nie Rossie, ale – unoszę się z  krzesła i rozglądam po zadymionej sali – jeszcze nie przyszła. Cierpliwości, Bon.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-75Z2s_X2zSQ/Ta7NreCoFnI/AAAAAAAAATM/XBXnNdWSVWM/s1600/airbourne_noguts_nog448d66.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 200px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-75Z2s_X2zSQ/Ta7NreCoFnI/AAAAAAAAATM/XBXnNdWSVWM/s200/airbourne_noguts_nog448d66.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5597637533550253682" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a href="http://www.airbournerock.com/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Airbourne&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;? Marszczę brwi, uśmiecham się, a on już wie, że jestem zaskoczona tym, iż o nich słyszał. Z nimi było podobnie, odpowiadam, zamówiwszy następną kolejkę. Zespół założyli bracia &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;O’Keeffe&lt;/span&gt;, Joel (wokal, gitara) i Ryan (perkusja), Australijczycy. &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Lemmy"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Lemmy&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; - tak, Lemmy z &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Mot%C3%B6rhead"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Motorhead&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, na którego wpadliśmy wczoraj, zanim pobił się z &lt;a style="font-weight: bold;" href="http://plato.stanford.edu/entries/nietzsche/"&gt;Nietzschem&lt;/a&gt; - zagrał kierowcę ciężarówki w teledysku nakręconym do utworu &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=2T6e_mk0O24"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;‘Runnin’ Wild’&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, którym chłopaki promowali swój debiutancki krążek (2007). Łoili ostro, po australijsku, według najlepszych wzorców, wśród których było niewątpliwie &lt;a href="http://www.acdc.com/us/home"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;AC/DC&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. Nakręcili jeszcze dwa teledyski – do &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=uANVBPVaf-g"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;‘Too Much, Too Young, Too Fast’&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; i &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=w2nDVHcpmtQ"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;‘Diamond In The Rough’&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. Sporo koncertowali. Ich utwory trafiały do gier komputerowych. Drugi album – &lt;a href="http://www.airbournerock.com/board_posts/no-guts-no-glory"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;‘No Guts, No Glory’&lt;/span&gt; &lt;/a&gt;– wydali w  2010. Zaraz zobaczysz klip do &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=ku2YavtBEww"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;‘Blonde, Bad and Beautiful’&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przywołuję jedną z tańczących na stołach istot. To duszyca. Dzisiaj jest oliwkowa. Czarnowłosa. Wąska. Przypomina człowieka. Bardziej mężczyznę niż kobietę. Może wyglądać, jak tylko zechce. Wyjaśniam, co chcemy obejrzeć. Na jej/jego brzuchu rozkwita obraz w DD (Divine Definition): samolot, zespół, blondynki, dużo blondynek o ciałach gwiazd i gwiazdeczek porno. Bon kiwa głową. Nadrabia zaległości z dziejów popkultury. „&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Deja vu, kochanie, deja vu&lt;/span&gt;” – stwierdza z szelmowskim uśmiechem na całuśnych ustach. Uroboros, kwituję i odsyłam duszycę.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Do &lt;a href="http://heavy66metal.blogspot.com/2008/12/motorizer.html"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Baru Wszystkich Barów&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; wchodzi Rosie. Niegdyś było jej dużo. Bardzo dużo. &lt;a href="http://heavy66metal.blogspot.com/2010/01/pacynki.html"&gt;Bon mógłby zaświadczyć, jak bardzo&lt;/a&gt;. Przysiada się i zanim zdążę coś powiedzieć błyska bielutkimi zębami, jej oddech pachnie miętą, ona zaś, jej szyja, ramiona, piersi, odsłonięte, bielutkie,  cynamonem. Jest drobna. „Od ostatniej imprezy wszystko w niej jest takie” – przypominają mi się słowa Bona. Studzę wyobraźnię i wyjaśniam Rosie, o czym rozmawialiśmy.  Dziewczyna spogląda na zegarek (jakby tutaj, w miejscu spoczynku i rozkwitu wszelkiego sortu historiozoficznych wyrzutków, ten dawny zwyczaj, i sam czas, nadal miał tę samą wartość, co przed naszą śmiercią) i stwierdza z miną znawczyni, rozsmakowanej w przedmiocie swej rozległej wiedzy:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Z muzyką zespołów takich jak &lt;/span&gt;&lt;a href="http://www.bullet.nu/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;Bullet&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;, &lt;/span&gt;&lt;a href="http://www.airbournerock.com/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;Airbourne&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;, i im podobnych, jest trochę tak jak w tej powieści, sami wiecie której, z wojownikami, których ciała wyhodowano w kultywarach, a ściślej z ich kutasami. Można twierdzić, i wielu tak robi, że każdy z nich jest inny, jednak różnice między nimi mieszczą się w wąskim zakresie powtarzalności, więc jeśli widziałaś jednego monstrualnego kutasa,  to właściwie widziałaś je wszystkie&lt;/span&gt;”*.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trochę jej zazdroszczę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;M. John Harrison, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Nova Swing&lt;/span&gt;, tłum. Michał Jakuszewski, Wydawnictwo MAG¸ Warszawa 2011, s. 208.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6104099372319078205-253088639617520339?l=heavy66metal.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://heavy66metal.blogspot.com/feeds/253088639617520339/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6104099372319078205&amp;postID=253088639617520339' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/253088639617520339'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/253088639617520339'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://heavy66metal.blogspot.com/2011/04/guts-glory.html' title='Guts &amp; Glory'/><author><name>Bartek (BD)</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10242921601194248246</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-4gYGKkuvOpM/TXTsS7GUZhI/AAAAAAAAAQM/Nc4bWSIYUdQ/s220/110864731548ad577558d37.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/-tUPXtpa7JAY/Ta7NjCE7woI/AAAAAAAAATE/OQ5_UVHLxxg/s72-c/Bullet%2B-%2BBite%2Bthe%2BBullet%2B%25282008%2529.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6104099372319078205.post-336369947564956333</id><published>2011-04-12T07:30:00.000-07:00</published><updated>2011-09-27T16:13:59.580-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='sceptycyzm'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='filozofia'/><title type='text'>GRA</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W podstawowej wersji GRY biorą udział dwie &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Strony&lt;/span&gt;. Iksy i Igreki. Każdy gracz jest instancją tylko jednej z nich. Nie przewidziano górnego limitu instancji, a do rozpoczęcia rozgrywki wystarczy dwóch graczy, po jednym dla każdej ze Stron. Gracze są reprezentantami Iksów i Igreków. Oznacza to dwie rzeczy: po pierwsze, cokolwiek gracze robią, robią to jako Iksy bądź Igreki; po drugie, działanie gracza obciąża &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Sumienie&lt;/span&gt; reprezentowanej przez niego Strony – za działania przyznaje się  &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Punkty Sumienia&lt;/span&gt;, suma tych punktów składa się na aktualny wynik danej Strony. Punkty Sumienia przyznaje się jedynie za te działania, których szkodliwe dla instancji przeciwnika skutki były zamierzone przez graczy. Za działania mające skutki dobroczynne – zamierzone lub nie – odejmuje się Punkty Sumienia. Działania neutralne nie mają wpływu na  punktację. GRA trwa do śmierci ostatniej instancji jednej ze Stron. Wygrywa Strona, która zdobyła mniej Punktów Sumienia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wersja rozszerzona GRY umożliwia zdecydowanie pogłębioną rozgrywkę. Różnice są znaczące.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po pierwsze, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Zasada Tożsamości&lt;/span&gt;. Mianowicie, gracz obciąża Sumienie swojej Strony tylko tymi działaniami, które podjął między innymi ze względu na swoją przynależność do Iksów albo Igreków lub ze względu na analogiczną przynależność instancji przeciwnika. Analogiczna zasada reguluje ujemne punktowanie działań dobroczynnych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po drugie, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Zasada Rozróżniania&lt;/span&gt;. W podstawowej wersji GRY punktacja nie uwzględnia okoliczności, motywów ani uzasadnień działań. Na przykład, zabójstwo instancji przeciwnika jest punktowane tak samo, bez względu na to, czy w konkretnym przypadku grający mają do czynienia z zabójstwem niewinnej osoby, wykonaniem prawomocnie orzeczonej kary śmierci, zabójstwem w obronie swojego lub cudzego życia przed niesprawiedliwym atakiem. Wersja rozszerzona przewiduje odmienną punktację dla każdego z wymienionych typów zabójstwa. Dotyczy to również innych działań. W rezultacie usprawiedliwione działania o zamierzonych skutkach szkodzących instancjom przeciwnej Strony kosztują grających dwukrotnie mniej Punktów Sumienia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W wydanym niedawno dodatku, noszącym tytuł „&lt;span style="font-style: italic;"&gt;GRA – Homo Mensura&lt;/span&gt;”, wyjaśniono, że Zasadę Tożsamości można aplikować dysjunkcyjnie na jeden z dwóch sposobów: (a) punkty są przyznawane za działania, które gracz podjął ze względu na swoje – prawdziwe bądź fałszywe, wszystko jedno – przekonanie, iż powinien je podjąć z powodu swojej lub cudzej przynależności do danej Strony; (b) jak wyżej, ale liczy się tylko prawdziwe przekonanie. Do grających należy wybór sposobu. Recenzenci dodatku dość zgodnie uznali, że stosowanie Zasady Tożsamości w wersji (b) korzystnie komplikuje rozgrywkę, zwracając uwagę grających na to, co dotychczas było dla nich niewidoczne. Opinie większości graczy z całego świata, a właściwie to raptem z jednej planety, były jednak negatywne. Dodatek sprzedał się kiepsko.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niezależnie od wersji GRY i  jej licznych dodatków, zarówno tych oficjalnych, wydawanych przez &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Zahir Inc.&lt;/span&gt;, aktualnego posiadacza praw autorskich do niej, jak i nieoficjalnych, fanowskich, na ogół publikowanych w sieci, reguły punktacji pozostają wiążące dla wszystkich Stron (niektóre dodatki nie nakładają górnego limitu na liczbę kolektywnych uczestników GRY). To konieczne ograniczenie. W przeciwnym razie GRA nie nadawałaby się do grania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Moja znajoma, niegdyś ktoś więcej, wtedy i teraz &lt;a href="http://www.jstor.org/pss/2215000"&gt;Ungerowski sceptyk&lt;/a&gt;, rzadki okaz zaiste ekstrawaganckiego sortu, miała w tej kwestii zdecydowanie zdanie. „&lt;span style="font-style: italic;"&gt;GRA jest martwa, zawsze taka była. I najpewniej będzie&lt;/span&gt;” – powiedziała z wyraźnie słyszalną przyganą, kiedy zastanawiałem się nad kupnem pakietu startowego. „&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Jeśli zaczniesz w to grać, odejdę od ciebie&lt;/span&gt;” – coś takiego chciałem od niej usłyszeć. To wiele upraszcza, pomyślałem i wszedłem do sklepu. Wyprowadziła się jeszcze tego samego dnia. Czułem ulgę. I żal – że ją oszukałem. Ale to było konieczne, przekonywałem samego siebie, spędzając wieczór z butelczyną złocistego trunku. Ze względu na jej dobro. I twoje również, dupku. Facet w lustrze jedynie wzruszył ramionami, po czym odwzajemnił toast. Nigdy nie przystąpiłem do udziału w GRZE. To był tylko pretekst. Pakiet startowy wylądował w koszu natychmiast po jej wyjściu. Tak naprawdę poszło o moją pracę. Tę prawdziwą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Parę lat po naszym rozstaniu, kiedy byłem na wczesnej emeryturze, wpadliśmy na siebie w księgarni. Nie uciekła na  mój widok. Poszliśmy do parku, tam wysłuchała mojej historii i kilku pokrętnych tłumaczeń, jakby nie moich, wziętych na chybił trafił z odmętów popkultury, której memami, chcąc nie chcąc, się karmiłem, i powiedziała, że nie żywi do mnie urazy, już nie, co nie znaczy, że możemy do siebie wrócić, bo nie możemy, ale w pogadaniu o tym i owym przy dwóch filiżankach małej czarnej, świeżo zaparzonej, nie ma niczego złego, prawda?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Nigdy nie zapytałeś mnie, dlaczego nie GRAM?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Istotnie. Miałem okazję to nadrobić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Z dwóch powodów – pośpieszyła z odpowiedzią. – Na  pierwszy powinieneś sam wpaść. I pewnie wpadłeś dawno temu. – Przerwała, aby spojrzeć na mnie znacząco i posłodzić kawę. – Drugi powód ma związek  z tym, kim jestem, a jestem, jak  błędnie sądzisz, że wiesz, sceptykiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Specyficznego rodzaju, trzeba dodać.  Miała przekonania, nie powstrzymywała się od stwierdzania faktów, wątpiła jednak, czy coś wie, mówiąc inaczej – była głęboko przekonana, że żadne z ludzkich przekonań, łącznie z opisywanym, nie jest uzasadnione, wobec czego żadne nie jest wiedzą. Jak to u Ungerowskich sceptyków, miało to jakiś  związek z &lt;a href="http://plato.stanford.edu/entries/sorites-paradox/"&gt;argumen-sorytami&lt;/a&gt;. I tak ją kochałem. Kiedyś.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odłożyła  łyżeczkę, wypiła  pospiesznie kawę i, powiedziawszy dokładnie to, co chciała mi powiedzieć, wyszła z lokalu, a może nawet – tym razem ostatecznie – odeszła z mojego życia. Taka sceptyczna. Wieczorem, w domu, gapiąc się przez okno na panoramę miasta, nadal trawiłem jej słowa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;"Iksy i Igreki sądzą, że wiedzą, iż GRAJĄ. Ale się mylą. Nie GRAJĄ. To jest tak. Jeśli wiesz, że jesteś Iksem, to wiesz, na czym polega bycie kimś takim, jak Iks. Znasz warunki konieczne i wystarczające bycia Iksem. Ale oni, ci, którzy sądzą, że wiedzą,  iż są Iksami, nie znają takich warunków. Nie znają, bo ich nie ma. A nawet,  gdyby były, to i tak nikt nie mógłby wiedzieć, że są. Więc osoby, o których mówię, nie wiedzą, że są Iksami, nawet jeśli nimi, istotnie, są. Czy można GRAĆ, nie wiedząc, że jest się instancją jednej ze Stron? Nie. Nie można".&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Coś mi nie grało w tej argumentacji. Jakiś jej trybik był poluzowany. Machnąłem jednak ręką. Tam, w dole, miasto GRAŁO bądź jedynie próbowało GRAĆ. Nie byłem pewien, czy z perspektywy reguł GRY wskazana różnica ma jakiekolwiek znaczenie.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6104099372319078205-336369947564956333?l=heavy66metal.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://heavy66metal.blogspot.com/feeds/336369947564956333/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6104099372319078205&amp;postID=336369947564956333' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/336369947564956333'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/336369947564956333'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://heavy66metal.blogspot.com/2011/04/gra.html' title='GRA'/><author><name>Bartek (BD)</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10242921601194248246</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-4gYGKkuvOpM/TXTsS7GUZhI/AAAAAAAAAQM/Nc4bWSIYUdQ/s220/110864731548ad577558d37.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6104099372319078205.post-5230664480062655860</id><published>2011-03-29T18:28:00.000-07:00</published><updated>2011-06-09T11:28:12.264-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Artillery'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Vicious Rumors'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='heavy metal'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Benedictum'/><title type='text'>Artyleria Błogosławieństwa i Niecnych Plotek</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-KgXmwm72PPw/TZLpJtmpPpI/AAAAAAAAAQ0/__YaMqNMsGI/s1600/Artillery.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 200px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-KgXmwm72PPw/TZLpJtmpPpI/AAAAAAAAAQ0/__YaMqNMsGI/s200/Artillery.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5589786440589983378" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Zawiedli Duńczycy. Pomimo pierwszorzędnej kuchni (chrupkie riffy, panierowane rakotwórczo solówki i wędzone nad piekielnym kotłem partie sekcji rytmicznej), nie przeskoczyli na „&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;My Blood”&lt;/span&gt; (2011) wydanego w 2008 &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;„When Death Comes”&lt;/span&gt; – tej orgii hiperszybkich riffów współtworzących power/thrashowe uszne rollercoastery. Czegoś zabrakło. Zespołowi. Nowym utworom. Przypraw? Chemii? Magii? Strzelam, że solówek: długich, zaskakujących pomysłami, stymulujących wydzielanie adrenaliny. Właśnie takich. I frapujących konceptów na utwory. Czegoś jeszcze? Oddechu fatum? Bożego palca? Promieniowania gamma? Składniki niby tego samego sortu, tej samej jakości nawet, tylko efekt  końcowy mniej smakowity niż poprzedni. Jest gorzej, bo jedynie dobrze. W porównaniu z triumfalnym powrotem sprzed trzech lat. I płytami wydanymi przez Duńczyków, z innym wokalistą, jeszcze w latach osiemdziesiątych wieku XX, tej przeszłości niebawem zamierzchłej. Oby następnym  razem &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;a href="http://www.artillery.dk/"&gt;Artyleria&lt;/a&gt; &lt;/span&gt;strzelała celniej.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-_ZNKMv_Dz1U/TZLpSzcOH0I/AAAAAAAAAQ8/3C_cho3kMW4/s1600/BENEDICTUM-dominion-COVER_album_gallery.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 200px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-_ZNKMv_Dz1U/TZLpSzcOH0I/AAAAAAAAAQ8/3C_cho3kMW4/s200/BENEDICTUM-dominion-COVER_album_gallery.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5589786596775698242" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Moje oczekiwania nie podołały najnowszemu dziełu Amerykanów z &lt;a href="http://www.benedictum.net/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Błog&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;a href="http://www.benedictum.net/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;os&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;a href="http://www.benedictum.net/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;ławieństwa&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. Oto dlaczego. &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Veronica&lt;/span&gt; &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Freeman&lt;/span&gt; – ukłony, niech będą nawet czołobitne – rozbłysła niczym supernowa. Wokalna, gwoli ścisłości. A zespół nie pozostał jej ani słuchaczom dłużny. Debiutancki &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;„Uncreation” &lt;/span&gt;(2005) był kąpielą w dźwiękowej kipieli, frontalnym natarciem ciężkozbrojnej jazdy. &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;„Seasons Of Tragedy”&lt;/span&gt; (2008) porzuciło metaforykę z poprzedniego zdania i przybrało nową, mechaniczną, upodabniając się do sprawnie pracującego silnika. Wziętego bodajże z jakiegoś piekielnego pojazdu. „&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Kalejdoskopowe riffy, gitarowe pasaże, wirtuozerskie solówki, bas chroboczący w tle niczym umrzyk palcami o spód wieka trumny, wreszcie perkusja brzmiąca tak, że każde uderzenie w nią przywołuje na myśl wyburzenie wysokościowca&lt;/span&gt;” – te wszystkie elementy złożyły się na dziesięć utworów, które w swojej szufladce zasłużyły na  laury. Z &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;„Dominion”&lt;/span&gt; (2011) historia się powtarza: tej samej jakości klocki, wykonanie zdaje się ciut lepsze, efekt? Inny. Więcej melancholii, uznałem. Zabawy z dźwiękiem (spostrzeżenie znajomego). Więcej mniej oczywistych rozwiązań. Przestrzeni. Kosmosu. W tym, mimo wszystko,  mocarnym heavy metalu. Powalili mnie. A potem, dranie, pozbawili grawitacji. Coverem &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Rush&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Vicious_Rumors"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Niecne Plotki&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. Lic&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-GadZhJUqulg/TZLpcaNvkMI/AAAAAAAAARE/D2E6fZKT8lk/s1600/VR.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 200px; height: 200px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-GadZhJUqulg/TZLpcaNvkMI/AAAAAAAAARE/D2E6fZKT8lk/s200/VR.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5589786761802780866" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;zyłem na więcej, wyznam. Sądziłem, że nową płytą mnie  zmiażdżą, zniszczą, przyćmią dokonania konkurencji. Może nawet swoje własne. Tak się nie stało, szkoda. Ale dali radę. Z &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Brianem Allenem&lt;/span&gt; (&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Last Empire&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Malice&lt;/span&gt;) nowym wokalistą, nie mniej utalentowanym niż tragicznie zmarły &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Carl_Albert_%28musician%29"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Carl Albert&lt;/span&gt; &lt;/a&gt;(RIP 1995) i &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/James_Rivera"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;James Rivera&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; (&lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Helstar"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Helstar&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;), z którym rozstali się parę lat temu w niemiłych okolicznościach podczas trasy promującej płytę &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Warball"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;„Warball”&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; (2006), udało się im wypichcić album do cna powermetalowy, którego niewątpliwym atutem jest niemalże idealne brzmienie: chrupkie, mięsiste i przejrzyste zarazem. Zawiodły natomiast niektóre kompozycje. W szczególności jedna, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;„All I Want Is You”&lt;/span&gt;, zaśpiewana przez lidera zespołu, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Geoffa Thorpe’a&lt;/span&gt;, w wielce irytujący sposób. Pozostałe numery są zasadniczo ok., niektóre, te szybsze, nawet OK., a jeden, nie, bo aż dwa - bardziej niż OK. Piję do &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=eXjDzZjbqMQ"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;„Razorback Blade”&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, kojarzącego mi się z legendarnym &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=uie63E4gqno"&gt;„&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Painkillerem”&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Judas_Priest"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Judas Priest&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, oraz do hymnicznej celebracji metalowych festiwalów w postaci &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;„Let The Garden Burn”&lt;/span&gt;. Oba jeżą włoski na karku. Sprawiają, że krew cyrkuluje szybciej. Palce same układają się w znak &lt;span style="font-style: italic;"&gt;mano cornuta&lt;/span&gt;. Narowiste utwory. Czegoś jednak pozostałym zabrakło. Stąd moje marudzenie. Kręcenie nosem i chrząkanie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trzy zespoły – trzy albumy. Z mojej bajki, rzeźbiące w moich ulubionych konwencjach. Niezły początek roku.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6104099372319078205-5230664480062655860?l=heavy66metal.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://heavy66metal.blogspot.com/feeds/5230664480062655860/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6104099372319078205&amp;postID=5230664480062655860' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/5230664480062655860'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/5230664480062655860'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://heavy66metal.blogspot.com/2011/03/artyleria-bogosawienstwa-i-niecnych.html' title='Artyleria Błogosławieństwa i Niecnych Plotek'/><author><name>Bartek (BD)</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10242921601194248246</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-4gYGKkuvOpM/TXTsS7GUZhI/AAAAAAAAAQM/Nc4bWSIYUdQ/s220/110864731548ad577558d37.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/-KgXmwm72PPw/TZLpJtmpPpI/AAAAAAAAAQ0/__YaMqNMsGI/s72-c/Artillery.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6104099372319078205.post-2219380042495031510</id><published>2011-02-23T03:47:00.001-08:00</published><updated>2011-11-01T12:40:37.689-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='filozofia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Motorhead'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='heavy metal'/><title type='text'>The World Is Yours</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-zjqcHRiv1aY/TWUHs2C_LxI/AAAAAAAAAPo/O6i3CHYQR5k/s1600/motorhead.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 200px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-zjqcHRiv1aY/TWUHs2C_LxI/AAAAAAAAAPo/O6i3CHYQR5k/s200/motorhead.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5576872180571909906" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Zamierzałem napisać recenzję najnowszej płyty &lt;a href="http://www.imotorhead.com/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Motorhead&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; – &lt;a href="http://www.imotorhead.com/discography.cfm"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;‘The World Is Yours’&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. Recenzję niezwykłą. Wybuchową wręcz. Po krańce wersów naszpikowaną akcją godną hollywoodzkiego blockbustera. Byłoby w niej miejsce na  Hitchcockowskie trzęsienie ziemi, napięcie rosnące w tempie wykładniczym, pościgi, strzelaniny, eksplozje, błyskotliwe one-linery, a nawet na monologii realistycznie portretujące duchowe głębiny głównych bohaterów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Nie, nie zabiję cię&lt;/span&gt;” – powiedziałby samiec alfa mojej recenzji, za tło swych słów i groźnej miny mając Londyn z przełomu minionych wieków. „&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Nie płacz&lt;/span&gt;” – dodałby grobowym głosem, a potem rzekłby z naciskiem: „&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Przestań wierzgać. Uspokój się, głupcze. Do cholery! Spójrz mi w oczy&lt;/span&gt;”. I trzymany za gardło samiec beta  spojrzałby mu w oczy.  Nie, nie zobaczyłby w nich otchłani, jedynie kosmos, królestwo harmonii, zwiastun nowego wspaniałego świata. Samiec alfa kontynuowałby monolog mniej więcej w ten sposób: „&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Dziwi cię mój strój? Akcent? Colty spoczywające w olstrach? Dostrzegasz plamy świeżej krwi na moim ponczo? Mdli cię mój przesiąknięty tytoniem oddech? Nie bój się. Tak miało być. I jest. Nie jestem zły, chociaż przed chwilą zastrzeliłem człowieka&lt;/span&gt;”. Miałby rację – nie był zły. W  swoim życiu kierował się tylko jednym – cnotą.  O tym jednak ubrany w zakurzony melonik i wyświechtany garnitur samiec beta przekonałby się dopiero wiele lat później, u schyłku swojego długiego życia. Gdybym tylko, rzecz jasna, napisał tę recenzję. Wtedy,  przyciśnięty przez protagonistę do ściany, samiec beta usłyszałby:&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;„&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Uspokajasz się, głupcze. Więc posłuchaj mnie, bo mam ci do powiedzenia coś, co w subtelny sposób zaważy na przebiegu dziejów, a nawet, choć nigdy nie pojmiesz jak, zmieni metafizykę twojego świata. Uniosłeś brwi. Metafizyka, co? To słowo i moje usta – przechowujące wspomnienia smaku tysięcy kobiecych sutków – nie pasują do siebie, prawda? Ale nie w tym rzecz, chłopcze. Urodziłeś w się w 1880 roku, teraz masz 24 lata, więc scjentyzm minionej epoki wyssałeś z mlekiem matki. Stąd twoje zdziwienie. I kiełkująca na dnie twoich  niebieskich oczu pewność, że bredzę. Zgaś ją z łaski swojej, grzecznie proszę. I uprzytomnij sobie, że jestem starszy niż wiek XIX, niż jego oświecony poprzednik, niż barok i renesans razem wzięte i wychędożone. Widziałem Olimp w czasach jego świetności. Z-dmuchnąłem &lt;a style="font-weight: bold;" href="http://en.wikipedia.org/wiki/Kratos_%28God_of_War%29"&gt;Kratosowi&lt;/a&gt; sprzed nosa i lędźwi Afrodytę. Słuchałem wykładów &lt;a style="font-weight: bold;" href="http://en.wikipedia.org/wiki/Zeno_of_Citium"&gt;Zenona&lt;/a&gt; i &lt;a style="font-weight: bold;" href="http://en.wikipedia.org/wiki/Chrysippus"&gt;Chryzypa&lt;/a&gt;. Byłem przy umierającym &lt;a style="font-weight: bold;" href="http://en.wikipedia.org/wiki/Socrates"&gt;Sokratesie&lt;/a&gt; i szlochającym z tego powodu &lt;a style="font-weight: bold;" href="http://en.wikipedia.org/wiki/Plato"&gt;Platonie&lt;/a&gt;. Nie mogę zaprzeczyć: też płakałem, mimo że nie powinienem. Bo przecież nic złego nie spotkało Sokratesa. Jedynie śmierć. Pocieszałem Platona przez tydzień. Ten samolubny drań przez te kilka dni i nocy bardziej kochał moje ciało niźli duszę. Zrozum, przybywam z przeszłości dla ciebie będącej raptem historią, dla mnie plątaniną wciąż żywych wspomnień. Jestem posłańcem, prorokiem, narzędziem Opatrzności. Kontynuuję dzieło Zenona i Chryzypa. Gdziekolwiek się pojawiam, tam pneuma, logos, Zeus, nazywaj to jak chcesz, bierze się za bary z aktualną metafizyką waszego amorficznego w gruncie rzeczy świata. I zmienia ją na swój obraz i podobieństwo. Widzisz, znam przyszłość. Tak z grubsza, nie wchodząc w szczegóły. Mówię jej językami, myślę jej kategoriami. Wiem, że co ma być, to będzie, a będzie, bo miało być, gdyż taka jest wola Zeusa czy też, co na jedno wychodzi, taki jest sam Zeus. Moja wiedza o przyszłości jest jednak ograniczona do tych światów, w których zwyciężył Zeus. Wszędzie tam, gdzie zwyciężyli epikurejczycy, przyszłość pozostaje niezdeterminowana przez fatum. Tutaj, w twojej ojczyźnie, szala zwycięstwa przechyla się na naszą  korzyść. Południowy Londyn jest nasz, ale północny, do którego udasz się jutro, pozostaje pod kontrolą naszych odwiecznych wrogów. Dlatego musisz mnie wysłuchać. I wysłuchasz – to pewne&lt;/span&gt;”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Później akcja mojej recenzji przeniosłaby się do XXI wieku, jej miejscem nadal byłby Londyn, samiec alfa, ulubiony &lt;span style="font-style: italic;"&gt;fighter&lt;/span&gt; Zeusa, wciąż byłby na scenie, bogatszy o kolejne dekady odwiecznej wojny między stoikami a epikurejczykami. Kilka wersów poświęciłbym na wyjaśnienie jej przyczyn, opisanie przebiegu i głównych person, naszkicowanie metafizycznego rusztowania – zasad, praw i prawideł kształtujących warunki udziału i zwycięstwa w tej wojnie metafizyk, tych fundamentalistycznych suk, których jedynym celem jest zdefiniowanie rzeczywistości na swoją modłę. Pisałbym żywiołowo, szpikując wersy i akapity semantycznymi erupcjami i błyskotliwymi nawiązaniami, wskazującymi niedwuznacznie na  moją erudycję, zasilaną internetowymi encyklopediami i bardziej tradycyjnymi nośnikami informacji. Byłaby to recenzja &lt;a href="http://www.imotorhead.com/discography.cfm"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;‘The World Is Yours’&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, więc w snutą w szaleńczym tempie opowieść wplatałbym opisy poszczególnych utworów, dbając o to, aby ich tytuły i treść korespondowała w jakiś sposób z losami stoickiego samca alfa i Kleopatry, głównej antagonistki Zeusowego pupilka  – znanej przede wszystkim jako ambitna królowa Egiptu oraz przebiegła kochanka &lt;a style="font-weight: bold;" href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Gajusz_Juliusz_Cezar"&gt;Gajusza Juliusza Cezara&lt;/a&gt; i &lt;a style="font-weight: bold;" href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Marek_Antoniusz"&gt;Marka Antoniusza&lt;/a&gt;. Czerwienią ust, ruchem bioder, drżeniem sutków i gromowładnym głosem tej epikurejskiej tajnej agentki, w  każdej ze swych wcześniejszych i późniejszych  dziejotwórczych ról działającej na rzecz świata wolnego od lęku przed  bogami i fatum, chwaliłbym rock n’ rollowe, tu i ówdzie nasączone ciężkimi pierwiastkami – &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;‘Born To Loose’&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;‘I Know How To Die’&lt;/span&gt;,&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; ‘Devils In My Hand’&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;‘Outlaw’&lt;/span&gt;. Pozwoliłbym jej nucić &lt;a style="font-weight: bold;" href="http://www.youtube.com/watch?v=O02Gnzn5JDY"&gt;&lt;span&gt;‘Get Back In Line’&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; podczas walki z hordami  drugorzędnych pomocników stoickiego  protagonisty.  Na koniec, przed finałem, wyjaśniłbym rolę wspomnianego wcześniej samca beta, którym okazałby się pradziadek &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Lemmy"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Lemmy’ego  Kilmistera&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; oraz pokazałbym, jak jego spotkanie z agentem Zeusa wpłynęło na ostateczną zawartość &lt;a href="http://www.imotorhead.com/discography.cfm"&gt;‘&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;The World Is Yours’&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, a tym samym przechyliło, pod nosem niczego się nie spodziewającej Kleopatry, szalę zwycięstwa na rzecz stoików.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W finałowej scenie recenzji stoicki protagonista – szybkostrzelny mędrzec, beznamiętny agent fatum, animujący czterometrowego &lt;a style="font-weight: bold;" href="http://en.wikipedia.org/wiki/Mecha"&gt;mecha&lt;/a&gt; w kowbojskim kapeluszu i pomarańczowym ponczo ukrywającym dziesiątki zagładonośnych spluw strzelających amunicją dezintegrującą epikurejskie atomy – i gromowładna piękność pamiętająca świt gatunku &lt;span style="font-style: italic;"&gt;homo sapiens sapiens&lt;/span&gt; – surfująca w powietrzu na chrapliwych dźwiękach Rickenbackera Lemmy’ego, dobywających się z głośników jej  bojowego kombinezonu, uzbrojona w najnowszy model Pochłaniacza Konieczności opracowany w tajnym epikurejskim laboratorium zlokalizowanym na Marsie – stoczyliby zażarty pojedynek w centrum Londynu. Byłoby to starcie stoickiej &lt;a style="font-weight: bold;" href="http://en.wikipedia.org/wiki/Apatheia"&gt;apatii&lt;/a&gt; z epikurejską &lt;a style="font-weight: bold;" href="http://en.wikipedia.org/wiki/Ataraxia"&gt;ataraksją&lt;/a&gt;. Brutalne, destrukcyjne. Zmieniające Londyn w metafizyczną czarną dziurę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Byłoby. Właśnie. Bo przecież nie napisałem tej recenzji. Więc nie dowiecie się, czy Kleopatra pomściła śmierć &lt;a style="font-weight: bold;" href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Filodemos_z_Gadary"&gt;&lt;span&gt;Filodemosa&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, &lt;a style="font-weight: bold;" href="http://en.wikipedia.org/wiki/Metrodorus_of_Lampsacus_%28the_younger%29"&gt;&lt;span&gt;Metrodorosa&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; i &lt;a style="font-weight: bold;" href="http://en.wikipedia.org/wiki/Lucretius"&gt;&lt;span&gt;Lukrecjusza&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. Tych &lt;a style="font-weight: bold;" href="http://dinosaurswithguns.tumblr.com/post/534575482/devil-dinosaur"&gt;dinozaurzych duchów&lt;/a&gt; wcielonych w śmiertelników z naszego gatunku.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6104099372319078205-2219380042495031510?l=heavy66metal.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://heavy66metal.blogspot.com/feeds/2219380042495031510/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6104099372319078205&amp;postID=2219380042495031510' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/2219380042495031510'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/2219380042495031510'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://heavy66metal.blogspot.com/2011/02/world-is-yours.html' title='The World Is Yours'/><author><name>Bartek (BD)</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10242921601194248246</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-4gYGKkuvOpM/TXTsS7GUZhI/AAAAAAAAAQM/Nc4bWSIYUdQ/s220/110864731548ad577558d37.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-zjqcHRiv1aY/TWUHs2C_LxI/AAAAAAAAAPo/O6i3CHYQR5k/s72-c/motorhead.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6104099372319078205.post-2816751401182832860</id><published>2010-11-26T02:24:00.000-08:00</published><updated>2011-11-01T11:47:08.530-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zombie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='opowiadanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='fantastyka'/><title type='text'>Z... blues</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Mówię wam, złamasy¸ Daryl, ten drań, to miał naprawdę przejebane życie. Idę sobie środkiem ulicy, idę niedbałym krokiem, zachowując &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Gelassenheit&lt;/span&gt;, dzień jest młody, słoneczny, powietrze rześkie, a ja idę sobie środkiem ulicy, środkiem poranka, środkiem mieściny, może nawet świata, krok za krokiem, mrużąc ślepia za ciemnymi szkłami okularów znalezionych w tamtym domu za stacją benzynową i motelem. Idę z bronią obijającą się o biodro, i mówię wam, tu i teraz, w tym miejscu wymarłym, że Daryl, ten drań, to miał naprawdę przejebane życie. Hej-ho!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Już blisko. Jeszcze tylko kilka przecznic. I ujrzę ulicę, przy której się wychował. Stanę przed jego rodzinnym domem. Spojrzę na trawnik, zarośnięty jak inne w okolicy, potem na garaż. To w nim na tylnym siedzeniu ojcowskiego Thunderbirda Daryl stracił dziewictwo. Nie przyśpieszam. Wręcz przeciwnie. Nurzam się leniwie w parnym poranku. Powinienem uważać, ale co mi tam. I tak niedługo umrę. Mam już w sobie tamto coś – to paskudztwo, ten syf. Krąży w moich żyłach. I zmienia mnie w jednego z was, złamasy. „&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Komórka po komórce&lt;/span&gt;” – chcę powiedzieć. Zamiast tego zagryzam usta.  Niech ten fałsz, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;this failure of truth&lt;/span&gt;, zostanie w środku, za szpalerem zębów, w odmętach zakażonej śliny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jakiś ruch? Tam, spójrzcie, właśnie tam – za rogiem tej kafeterii. Zbliżam się. Nadal wyluzowany. Ale trochę mniej – broń już nie dynda. Ściskam ją delikatnie. Jest odbezpieczona. Szybkostrzelna. I śmiercionośna jak myśl wkurzonego Boga. Spoglądam w niebo i uśmiecham się przepraszająco – jakby było ono przeźroczystym sklepieniem, przez które ktoś mnie obserwuje. Patrzę ponownie na kafeterię. Jest. Bim-bam-bom. Sukinsyn. Tam, za rogiem, koło hydrantu – krąży bez celu. Zaczynam gwizdać. Zauważył mnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Strzelam. Już nie powłóczy nogami. Umiera. I w końcu jest martwy. On? Ona? Podchodzę bliżej. Ono. Dziecko. Na oko – 10-12 lat. Dziewczynka. Ono. Ona. On – Szwendacz. Jeden z was, złamasy. „&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Oni nie są nami. Nie są. Nie&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt; mogą być. Nie wierzę w to&lt;/span&gt;” – powtarzała Lori, pielęgniarka. Daryl, podłączony do aparatury monitorującej pracę serca, śmiał się z niej. „&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Są, są&lt;/span&gt;” – mówił, po czym dodawał tajemniczo: „&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Na szczęście&lt;/span&gt;”. W tej chwili próbuję być taki jak Lori. Więc mówię: „&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Oni nie są nami. Nie są. Nie mogą być. Nie wierzę w to&lt;/span&gt;”. Nie działa. Potrząsam głową. Widzę przed sobą dziewczynkę z gatunku &lt;span style="font-style: italic;"&gt;homo sapiens sapiens&lt;/span&gt;. Martwą. Ding-dong.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tabliczka z nazwą ulicy jest zachlapana krwią. Zerkam na mapę. Od celu dzielą mnie dwie przecznice. Biorę głęboki wdech, w ten właśnie sposób się wyluzowuję, wyzwalam od wolicjonalności, pozwalam światu być.  Ruszam nie do końca wycofany z samego siebie. Nęka mnie myśl, że chciałbym się mylić. I być taki jak Lori bądź tamten pastor z pustkowi – „&lt;a href="http://www.imdb.com/character/ch0005442/quotes"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;mean motherfuckin’ servant of God&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;”. Mówił, że nie jesteście nami, lecz demonami, które zagnieździły się w organizmach biologicznych niegdyś zamieszkiwanych przez nas – dusze, czyli samoświadome, nieśmiertelne i zdolne również do istnienia bezcielesnego indywidua. „&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Kiedy niszczysz mózg takiego organizmu, zabijasz ucieleśnionego w nim demona&lt;/span&gt;” – upierał się, a ja nie oponowałem. Przez pewien czas wędrowaliśmy razem. Lubił was zabijać. I zabijał setkami. „&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Te diablęta w przeciwieństwie do nas nie są osobami, nie mają więc prawa do życia, a co za tym idzie zabijanie ich z właściwych powodów nie jest złe&lt;/span&gt;” – argumentował przy kieliszku. &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=uUdA2VVNY3w"&gt;Chuck Green&lt;/a&gt; w koloratce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rozstaliśmy się w zgodzie. Pastor ruszył na północ, aby tam zabijać wrogów Boga. Ja na zachód. Zmierzając tutaj rozmyślałem często o tym, jak dobrym pokerzystą był Daryl. Jak fartownie i przebiegle grał. I ile potrafił wygrać. I ile, drań, z moją pomocą wygrał. Emeryturę  mieliśmy z głowy. Tylko niebawem okazało się, że na Ziemi nie ma już  miejsca, w którym moglibyśmy spędzić resztę naszych dni, korzystając w spokoju z dóbr tego – a w moim przypadku również tamtego – świata. Daryl był umierający, nie umarł jednak na raka. Został zjedzony. Tak jak Lori i większość szpitalnego personelu. Nie było mnie wtedy w szpitalu. Załatwiałem pewną  sprawę w mieście ogarniętym chaosem. Zadzwonił. „&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Nie wracaj tutaj&lt;/span&gt;” – powiedział. – „S&lt;span style="font-style: italic;"&gt;ą pod drzwiami. Drapią w nie&lt;/span&gt;”. Krzyknąłem coś w odpowiedzi. „&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Nie&lt;/span&gt;” – odrzekł. – „&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Wysłuchaj mnie i zrób to, o co cię poproszę. To moje ostatnie życzenie&lt;/span&gt;”. Kiedy skończył mówić, usłyszałem w głośniku trzask, huk, a potem skowyt, który przeszedł w buczenie. Ktoś, pewnie Daryl, wrzasnął. Nie zdążyliśmy się pożegnać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znałem jednak jego ostatnie życzenie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To chyba tutaj, myślę i sprawdzam numer skrzynki na listy. Zgadza się. Dom przypomina ten ze zdjęcia. Jest też garaż. Otwarty. Brakuje samochodu. Pewnie ktoś ukradł. Po ulicy kręci się trzech Szwendaczy. Jeden mija mnie w odległości trzech-czterech metrów. Śmierdzę, a nawet wyglądam tak jak on, więc stwór nie rozpoznaje we mnie pożywienia. To kobieta. Nie ma dolnej szczęki. Niewykluczone, że kiedyś była ładna. I kompletna. Że jej dolną wargę muskały usta jakiegoś mężczyzny lub innej kobiety. Że kochała, może nawet nienawidziła. Wyobrażam sobie, że (i chcę, by) tak było. Czekam, aż się oddali i podchodzę do drzwi. Już nie jestem wyluzowany. Nadal jednak poruszam się jak Szwendacz. Podpatrzyłem to w jakimś filmie. Bodajże serialu. A może w komiksie? Nie pamiętam. Naciskam klamkę. Drzwi odskakują od framugi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znajduję ich w salonie. Kiedy wchodzę, dwoje siedzi w fotelach, jeden leży na kanapie, a pozostała dwójka pod stołem. Witajcie, złamasy! Tatuś, mamusia, starszy brat i młodsze siostrzyczki. Rodzinka Daryla w komplecie. Aczkolwiek każdy z nich jest trochę zdekompletowany. Gniją. I są wychudzeni. Ożywiają się na mój widok. „&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Martwi bądź żywi. Wszystko jedno, brachu. Zniszcz tych piekłolubnych skurwieli&lt;/span&gt;” – w moich myślach brzęczą ostatnie słowa Daryla. – „&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Za moje cierpienie, za lata upokorzeń, za to, że mnie nienawidzili, bo byłem ich niechlubną tajemnicą, świadectwem błędu i wpadki&lt;/span&gt;”. Nie ma sprawy, bracie, mówię głośno i dopiero wtedy Szwendacze rozpoznają we mnie pożywienie. Zabijam pierwszego. Drugiego. Powoli. Po mistrzowsku panując nad samym sobą, nad moimi czeluściami, jakbym był jakimś pieprzonym stoikiem, apatycznym typkiem, po uszy zanurzonym w bezkresnym spokoju, tej całej eudajmonii. Zabijam tych ludzi z zimną krwią. Tak, tych ludzi. W to właśnie wierzył Daryl. I w to wierzę ja.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Wiesz, kim jesteśmy, ty, ja i pozostali? I to esencjalnie? Ludźmi, czyli pewnego rodzaju organizmami biologicznymi. Nie duszami jakoś w takich organizmach ucieleśnionymi. Nie umysłami lub osobami ukonstytuowanymi przez organizmy z gatunku homo sapiens sapiens. Jesteśmy ludźmi, istotami biologicznymi, mającymi lub nie duszę, wszystko jedno, ale jesteśmy, tak naprawdę, fundamentalnie, ludźmi&lt;/span&gt;”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I oni, Szwendacze, też są ludźmi. Przeobrażonymi przez wirusa, wściekłymi, dręczonymi głodem, którego nigdy nie uda im się zaspokoić. Ludźmi szwendającymi się po krawędzi życia i śmierci – krawędzi, która okazała się być szerokim pasażem. A ja zabijam właśnie kilku z nich. Nie w obronie swojego lub cudzego życia. Zabijam ich na prośbę przyjaciela. Mszczę się w jego imieniu. Zabijam ich z niskich pobudek. I jeśli życie ludzkie jest w jakimś sensie święte, chociażby inherentnie wartościowe, jeśli z tego powodu każdy z nas, cholernych ludzi, ma prawo do życia, skuteczne&lt;span style="font-style: italic;"&gt; erga omnes&lt;/span&gt;, to mają je również Szwendacze. I jeśli tak jest, a Daryl, ten drań, złotousty szuler, wierzył, że tak się rzeczy mają w świecie, to ja zabijając teraz tych Szwendaczy, robię jednocześnie coś  więcej: ja ich morduję. Jednego po drugim. Hubba-hubba.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wdech. Wydech. Już po wszystkim. Mogę się wyluzować. Zdusić mą wolicjonalność. Wyrzucić z siebie mnie samego. Pozwolić światu być. Otworzyć drzwi. Utorować drogę. Zaczynam gorączkować. Wiem, że niedługo zemdleję. I jeśli się ocknę, to będę jednym z was, złamasy. Z plecaka wyjmuję książkę. Kartkuję ją przez chwilę. Pachnie moją przeszłością. Odlotami ku n&lt;span style="font-style: italic;"&gt;unc stans&lt;/span&gt; i karcianymi przekrętami. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Speculum...&lt;/span&gt; - coś tam, coś tam. Lubię ten tytuł. Zaczynam czytać. Wyluzowany.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6104099372319078205-2816751401182832860?l=heavy66metal.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://heavy66metal.blogspot.com/feeds/2816751401182832860/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6104099372319078205&amp;postID=2816751401182832860' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/2816751401182832860'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/2816751401182832860'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://heavy66metal.blogspot.com/2010/11/z-blues.html' title='Z... blues'/><author><name>Bartek (BD)</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10242921601194248246</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-4gYGKkuvOpM/TXTsS7GUZhI/AAAAAAAAAQM/Nc4bWSIYUdQ/s220/110864731548ad577558d37.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6104099372319078205.post-2786699337539107848</id><published>2010-10-29T17:27:00.000-07:00</published><updated>2011-10-06T07:05:28.060-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Steelwing'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='opowiadanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='fantastyka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='White Wizzard'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='heavy metal'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Enforcer'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Holy Grail'/><title type='text'>Okulary w rogowej oprawie</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Zebrali się. Założyli. Nagrali. Wydali. Zmienili skład. Znów wydali. I ponownie zmienili skład. Rzecz jasna, nie mogli wiedzieć. Nikt nie mógł. Poza popaprańcami takimi jak ja i ty. Posłuchaj.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;2007 – to dobry rok. &lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://www.metalmundus.pl/images/articles/2766-White_Wizzard-Over.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 200px; height: 200px;" src="http://www.metalmundus.pl/images/articles/2766-White_Wizzard-Over.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Rok, w którym rozbłysły ślepia – gdzieś w jaskrawie cienistych wodach płodowych Pandory. W tymże roku &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;John Leon&lt;/span&gt;, basista i miłośnik oldschoolowego heavy metalu, założył &lt;a href="http://www.myspace.com/whitewizzard"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;White Wizzard&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. Zwerbował kolegów. Za mikrofonem stanął &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;James Paul-Luna&lt;/span&gt;. Ten sam, który potem odejdzie, aby założyć własny zespół. Na razie chłopaki nagrywają EPkę i teledysk do &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=CUh6-mtWrCQ"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;‘High Speed GTO’&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, podpisują kontrakt z &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Earache Records&lt;/span&gt;. Debiutancki album – pod każdym istotnym względem&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; ‘Over The T&lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;op’&lt;/span&gt; – trafia do sklepów w 2010. Blask w ślepiach przybiera na sile. Ślepiom brakuje jednak ciała. Same ślepia to za mało. A nawet więcej – ślepia bez reszty jeszcze nie są ślepiami, lecz czymś w rodzaju kawałka układanki, który zyska właściwy sobie sens dopiero po ułożeniu całości. Tak czy inaczej przeważają pozytywne recenzje. Ktoś stwierdza, że &lt;a href="http://www.myspace.com/whitewizzard"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;White &lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Wizzard&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; nagrał taki album, jaki mogłoby nagrać &lt;a href="http://www.ironmaiden.com/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Iron Maiden&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. I byłby to jeden z jaśniejszych punktów w dyskografii Dziewicy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=FfnIBnz2_zw&amp;amp;feature=channel"&gt;teledysku&lt;/a&gt; do utworu tytułowego nie zobaczymy &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Jamesa Paul-Luny&lt;/span&gt;. Nie usłyszymy go też na płycie. On, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;James LaRue&lt;/span&gt; (gitara) i &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Tyler Meahl&lt;/span&gt; (perkusja) odeszli z zespołu w trakcie prac nad &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;‘Over The Top’&lt;/span&gt; i założyli własny o nazwie &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;‘Sorcerer’&lt;/span&gt;, później przemianowany na ‘&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Holy Grail’&lt;/span&gt;. Wydali EPkę pt. &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;‘Improper Burial’&lt;/span&gt;, na której poza dwoma autorskimi utworami zamieścili covery &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;‘Exciter’&lt;/span&gt; (&lt;a href="http://judaspriest.com/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Jud&lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;as Priest&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;) i &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;‘Fast As A Shark’&lt;/span&gt; (&lt;a href="http://www.acceptworldwide.com/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Accept&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;). Mniej więcej wtedy – gdzieś w listopadzie 2009 -  ślepiom – a dokładnie pod nimi – wyrosły kły. Kiedy ukaże się &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;‘Crysis In Utopia’&lt;/span&gt;, po kłach zacznie ściekać jad. Chwilowo to jednak przyszłość.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_f-v6V5JDUP4/TM4BovPhT6I/AAAAAAAAAOs/3KkKK6xx7Nc/s1600/enforcer_diamonds_1278590565_crop_300x300.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 200px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_f-v6V5JDUP4/TM4BovPhT6I/AAAAAAAAAOs/3KkKK6xx7Nc/s400/enforcer_diamonds_1278590565_crop_300x300.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5534362791472877474" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;W opisywanym ‘&lt;span style="font-style: italic;"&gt;accident of birth&lt;/span&gt;’ riffy maczał również szwedzki &lt;a href="http://www.myspace.com/enforcerswe"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Enforce&lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;r&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. Młodzi mieszkańcy socjalnego raju zadebiutowali w 2007 dwoma utworami, które trafiły na wydaną przez &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Heavy Artillery Records&lt;/span&gt; składankę &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;‘Speed Kills… Again’&lt;/span&gt;. Rok później wydali debiutancki &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;‘Into The Night’&lt;/span&gt; zawierający &lt;span style="font-style: italic;"&gt;speeeeeeed&lt;/span&gt; metal, korzeniami sięgający do &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/New_Wave_of_British_Heavy_Metal"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;NWOBHM&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, zagrany &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=lhNBwRrDSBU"&gt;cholernie energicznie, szczerze i z tupetem właściwym niesfornej młodości&lt;/a&gt;. Zarówno ten, jak i następny krążek – &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;‘Diamonds’ &lt;/span&gt;(2010) – okazały się udanie nieudaną ucieczką ze wczesnych lat osiemdziesiątych. Ślepia promieniowały zwierzęcym zadowoleniem. Urosły im kończyny, zaczęły więc śmigać z prędkością zrywającą skórę z ciała i sadzić kilkunastometrowe susy nad przepaściami w labiryncie Pandory. Szwedzi nie mieli o tym żadnego pojęcia. Bo nie mogli mieć. Wszak nie wiedzieli, kim, tak naprawdę, są i jakie, tak naprawdę, ma znaczenie to, co robią. 19 października 2010 mieli zagrać w warszawskim klubie Stodoła jako suport &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=7gIqOqj-xrk"&gt;gwiazdy wieczoru&lt;/a&gt;, którą był &lt;a href="http://www.blind-guardian.com/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Blind Guardian&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. Nie przyjechali. Ślepia zawyły z rozpaczy. Okazało się, że zrezygnowali z udziału w trasie koncertowej niemieckich bardów. Na scenę wyszli muzycy &lt;a href="http://www.myspace.com/steelwing"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Steelwing&lt;/span&gt;.&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_f-v6V5JDUP4/TM4BDt8EMrI/AAAAAAAAAOc/ohLk_snfazc/s1600/steelwing-Lord-Of-The-Wasteland-300x300.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 200px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_f-v6V5JDUP4/TM4BDt8EMrI/AAAAAAAAAOc/ohLk_snfazc/s400/steelwing-Lord-Of-The-Wasteland-300x300.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5534362155467682482" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Zespół założyli rok wcześniej trzej członkowie szwedzkiego &lt;a href="http://www.myspace.com/hellevatorswe"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Hellevator&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; – &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Robby Rockbag&lt;/span&gt; (gitara), &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Alex Vega&lt;/span&gt; (gitara) i &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Oscar Ĺstedt&lt;/span&gt; (perkusja). Skład uzupełnili &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Ri&lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;ley&lt;/span&gt; (wokal) i &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Skürk &lt;/span&gt;(bas). Wygrawszy konkurs zorganizowany przez &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Rock The Nation&lt;/span&gt;, podpisali z &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;NoiseArt&lt;/span&gt; &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Records&lt;/span&gt; kontrakt na nagranie i wydanie debiutanckiej płyty. &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;‘Lord Of The Wasteland’&lt;/span&gt; – wyposażony w cudownie kiczowatą okładkę sugerującą postapokaliptyczną tematykę tekstów – trafił do odtwarzaczy &lt;span style="font-style: italic;"&gt;metalheads&lt;/span&gt; w kwietniu następnego roku, promowany teledyskami do &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=FVaQ5W8A0yI&amp;amp;feature=related"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;‘Roadkill (… Or Be Killed)’&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; i &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=s3EZcStzyoo"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;‘Illusion’&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. Ślepia zyskały łeb. Wraz z nim możliwie najpaskudniejsze oblicze, wielgachny jęzor i przepastne gardło wiodące do piekielnego żołądka. Występ w Stodole był udany – żywiołowo zagrane utwory wypadły jeszcze lepiej niż na płycie. Byłem tam – kiedy ręce słuchaczy powędrowały w górę w geście &lt;span style="font-style: italic;"&gt;mano cornuta&lt;/span&gt;, jako jedyny usłyszałem ryk ślepiów, rozkoszujących się odżywczą symboliką tego cielesnego &lt;span style="font-style: italic;"&gt;signifiant&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_f-v6V5JDUP4/TM4CKi1zXBI/AAAAAAAAAO0/Xre6ZqYTLbk/s1600/Holy-Grail-Crisis-In-Utopia.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 200px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_f-v6V5JDUP4/TM4CKi1zXBI/AAAAAAAAAO0/Xre6ZqYTLbk/s400/Holy-Grail-Crisis-In-Utopia.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5534363372259335186" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Siedem dni później do sklepów trafił debiutancki album &lt;a href="http://www.myspace.com/holygrailofficial"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Holy Grail&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. Nagranie i wydanie &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;‘Crysis In Utopia’&lt;/span&gt; skompletowało ślepia, które odtąd były już czymś więcej niż tylko zlepkiem cielesnych puzzli poszukujących swojego telos. Ślepia przeistoczyły się w śmiertelnie groźny &lt;span style="font-style: italic;"&gt;hypokeimenon&lt;/span&gt;: indywiduum, którego – tak jak ciebie i mnie - o niczym orzec nie można, ale które – inaczej niż my - może zeżreć, i zeżre, każdą inną organiczną &lt;span style="font-style: italic;"&gt;ousia&lt;/span&gt;, którą spotka na swej drodze. Dlatego tutaj jesteśmy. Przed wrotami do labiryntu Pandory. &lt;a href="http://www.myspace.com/holygrailofficial"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Holy Grail&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; nagrali wyśmienity album – idealną mieszankę klasycznego heavy i europejskiej odmiany power metalu, doprawioną szczyptą zagrywek rodem z melodeathu. Nie wiedzieli, że w ten sposób zakończą narodziny Ślepiszcza. Byli tylko znakami, nieświadomymi swej artefaktualności i nie zdającymi sobie sprawy z uwikłania swych &lt;span style="font-style: italic;"&gt;znaczących&lt;/span&gt; działań w semantykę i pragmatykę spoza granic znanego im świata. &lt;a href="http://www.iep.utm.edu/derrida/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Derrida&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; się pomylił. W pewnym sensie (narzucającym się retrospektywnie) wytknął mu to &lt;a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Jorge_Luis_Borges"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Borges&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, cytując w &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;‘Zwierciadle tajemnic’&lt;/span&gt; &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/L%C3%A9on_Bloy"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Bloya&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Każdy człowiek jest na ziemi po to, aby symbolizować coś, o czym nie wie, i aby stworzyć cząstkę lub górę z niewidocznych materiałów, które posłużą do zbudowania Państwa Bożego. (…) Nie ma na ziemi istoty ludzkiej, która by mogła stwierdzić z całą pewnością, kim jest. Nikt nie wie, co przyszedł robić na tym świecie, do czego odnoszą się jego poczynania, jego uczucia, jego wyobrażenia, ani jakie jest jego prawdziwe imię, jego niezniszczalne Imię w rejestrze Światłości. (…) Historia jest ogromnym tekstem liturgicznym, w którym litery i znaki ważą nie mniej niż całe wersety czy rozdziały, ale wartość jednych i drugich jest niemożliwa do określenia i głęboko ukryta&lt;/span&gt;”*.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Słyszysz? Nadchodzi. Przygotuj się. Otworzę wrota. Co? Pytasz, czy wiem, co robię? Czy wiem, kim jestem? Tam, w rzeczywistości, poza tekstem? Też wybrałeś porę. Słuchaj, jesteśmy tutaj między innymi dlatego, że &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/L%C3%A9on_Bloy"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Bloy&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; z grubsza rzecz biorąc miał rację. „&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Żaden człowiek nie wie, kim jest&lt;/span&gt;”. Nieliczni, tacy jak my, mogą poznać fragmenty &lt;span style="font-style: italic;"&gt;znaczonego&lt;/span&gt; innych osób, ale nasze własne &lt;span style="font-style: italic;"&gt;znaczone&lt;/span&gt; pozostanie dla nas tajemnicą. Nikt nie może nam go zakomunikować. A żyć trzeba. Dlatego teraz wejdziesz do środka i ubijesz bestię. Niech tylko nie zmylą cię jej okulary w rogowej oprawie. Dość klasyczne.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;*L. Borges, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Dalsze dociekania&lt;/span&gt;, tłum. Andrzej Sobol Jurczykowski, Prószyński i S-ka, Warszawa 1999, s. 179.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6104099372319078205-2786699337539107848?l=heavy66metal.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://heavy66metal.blogspot.com/feeds/2786699337539107848/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6104099372319078205&amp;postID=2786699337539107848' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/2786699337539107848'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/2786699337539107848'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://heavy66metal.blogspot.com/2010/10/okulary-w-rogowej-oprawie.html' title='Okulary w rogowej oprawie'/><author><name>Bartek (BD)</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10242921601194248246</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-4gYGKkuvOpM/TXTsS7GUZhI/AAAAAAAAAQM/Nc4bWSIYUdQ/s220/110864731548ad577558d37.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_f-v6V5JDUP4/TM4BovPhT6I/AAAAAAAAAOs/3KkKK6xx7Nc/s72-c/enforcer_diamonds_1278590565_crop_300x300.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6104099372319078205.post-7604278468837504271</id><published>2010-09-21T00:52:00.001-07:00</published><updated>2010-09-22T00:12:37.125-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Helstar'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='heavy metal'/><title type='text'>Grzechy Króla Piekła</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Oops, th&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;ey did it &lt;/span&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_f-v6V5JDUP4/TJh4qBjDAjI/AAAAAAAAANU/ZD-5baKXPA4/s1600/Helstar+-+Sins+of+the+Past+%282007%29.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 200px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_f-v6V5JDUP4/TJh4qBjDAjI/AAAAAAAAANU/ZD-5baKXPA4/s200/Helstar+-+Sins+of+the+Past+%282007%29.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5519294006707814962" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;again!&lt;/span&gt; Najpierw Niemcy z &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Destruction_%28band%29"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Destruction&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. Następnie ich ziomkowie z &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Tankard_%28band%29"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Tankard&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; i &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Sodom_%28band%29"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Sodom&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. Potem Amerykanie z reaktywowanego przed czterema laty &lt;a href="http://www.blogger.com/Helstar"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Helstar&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Destruction_%28band%29"&gt;Destruction&lt;/a&gt; &lt;/span&gt;zrobili to na &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Thr&lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;ash Anthe&lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;ms' &lt;/span&gt;(2007), &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Sodom_%28band%29"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Sodom&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; na &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'The Final Sign Of Evil'&lt;/span&gt;, (2007) &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Tankard_%28band%29"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Tankard&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; na&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; 'Best Case Scenario: 25 Years In Beers'&lt;/span&gt; (2007), a &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Helstar"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Helstar&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; na &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Sins Of The Past'&lt;/span&gt; (2007). Muzycy z &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Destruction_%28band%29"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Destruction&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Sodom_%28band%29"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Sodom&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Tankard_%28band%29"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Tankard&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; i &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Helstar"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Helstar&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;  wzięli na warsztat utwory ze swoich starych - klasycznych -  albumów i poddali je aranżacyjno-brzmieniowemu liftingowi. O ile spośród  kapel zza Odry  tylko &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Tankard_%28band%29"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Tankard&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;  wywiązał się z tego pomysłu bez zarzutu, nie przesadzając po prostu z  ilością kolagenu zużytego do odmłodzenia poszczególnych numerów, o tyle  nieco przearanżowane i podrasowane za pomocą nowoczesnej technologii do  obróbki dźwięku&lt;span style="font-style: italic;"&gt; the best of&lt;/span&gt; &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Helstar"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Helstar&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;  przyćmiło swoim powermetalowym blaskiem thrashowe albumy Niemców. I nic w tym  dziwnego, skoro &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'The Sins Of The Past'&lt;/span&gt; (2007) został nagrany przez muzyków -&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; James Rivera &lt;/span&gt;(wokal), &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Larry Barragan&lt;/span&gt; (gitary), &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Rob Trevino&lt;/span&gt; (gitary) oraz &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Jerry Abarca&lt;/span&gt; (bas)* - mających na  sumieniu&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; 'Remnants Of War' &lt;/span&gt;&lt;span&gt;(1986)&lt;/span&gt;, jedną z najlepszych płyt &lt;a style="font-weight: bold;" href="http://en.wikipedia.org/wiki/Helstar"&gt;Helstar&lt;/a&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tytułowe &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Grzechy Przeszłości' &lt;/span&gt;to trzynaście utworów - jedenaście odrestaurowanych staroci i dwa zupełnie nowe, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Tormentor'&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Caress Of The Dead'&lt;/span&gt;, zwiastujące power/thrashową bestię, jaką okazał się &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'The King Of Hell'&lt;/span&gt; (2008).  Starocie pochodzą z następujących krążków &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Helstar"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Helstar&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;: &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Burning Star'&lt;/span&gt; (1984), wspomnianego &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Remnants...'&lt;/span&gt; (1986), &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Distant Thunder' &lt;/span&gt;(1988) i&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; 'Nosferatu'&lt;/span&gt;  (1989).  Zespół nie ograniczył się od odświeżenia i poprawienia  brzmienia wybranych utworów, ale po prostu nagrał je od nowa, niekiedy  modyfikując ich aranżacje. Usłyszymy selektywnie i mocarnie brzmiące &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Burning Star'&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Witch Eyes'&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Dracula's Castle'&lt;/span&gt; (&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Burning Star&lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'&lt;/span&gt;), &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Evil Reign'&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Suicidal Nightmare'&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Face The Wicked One'&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Angel Of Death'&lt;/span&gt; (&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Remnants O&lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;f War'&lt;/span&gt;),&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; 'The King Is Dead'&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Tyrannicide'&lt;/span&gt; (&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Distant Thunder'&lt;/span&gt;), &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Baptized In Blood'&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Harker's Tale'&lt;/span&gt; (&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Nosferatu'&lt;/span&gt;). Generalnie wprowadzone przez zespół zmiany wyszły wymienionym utworom na dobre. Na przykład, w takim &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Suicidal Nightmare'&lt;/span&gt;, jednym z moich ulubionych numerów &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Helstar"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Helstar&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, główny riff jest teraz znakomicie słyszalny, a jego hipnotyzujący urok potężniejszy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nowe utwory prezentują się nie gorzej niż stare. Oba są bardzo agresywne, złowieszcze i... diabelskie.&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; 'Caress Of Dead'&lt;/span&gt;  opowiada o facecie, który po śmierci kochanej do szaleństwa kobiety  zatrzymał jej ciało, aby zabawiać się z nim w ten sam sposób, w jaki zabawiał się z ukochaną, kiedy ta jeszcze żyła.  Śpiew &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Jamesa Rivery&lt;/span&gt; w tym utworze jest przerażający. Zwłaszcza w tej jego części, w której, tuż przed solówką, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Rivera&lt;/span&gt; śpiewa: '&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Feeling, seething/Most appealing/Biting, grinding/Lifeless love/Guilty pleasure/Rigor treasure/Hardening flesh fits like a glove&lt;/span&gt;'. &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Tormentor'&lt;/span&gt; również ma mocny tekst, zainspirowany tym, co &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Rivera&lt;/span&gt;,  będąc małym chłopcem, usłyszał od swojej babci, a usłyszał, że gdy  popełnia się jakiś zły uczynek, to postępuje się tak, jakby samemu krzyżowało  się Chrystusa.&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_f-v6V5JDUP4/TJh5Fy2GITI/AAAAAAAAANc/ldKBLcCWyUM/s1600/king+of+hell_cover.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 200px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_f-v6V5JDUP4/TJh5Fy2GITI/AAAAAAAAANc/ldKBLcCWyUM/s200/king+of+hell_cover.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5519294483797516594" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Sins Of The Past' &lt;/span&gt;(2007) - ten smakowity kawałek wykrojony z przepysznego tortu, jakim jest dorobek muzyczny Piekielnej Gwiazdy - został przyćmiony wspomnianym wyżej &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'The King Of Hell'&lt;/span&gt; (2008). Ten ostatni - nagrany w tym samym składzie co &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Grzechy...'&lt;/span&gt; (2007) - to bestia, która wyrwała się z okowów  konwencji zdefiniowanej na wcześniejszych płytach &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Helstar&lt;/span&gt;,  i przywdziała power/thrashowy pancerz, który dość rychło zrósł się z  jej skórą. Rivera zaśpiewał agresywnie, dziko, bez opamiętania,  jakby ze wzbierającą w płucach wściekłością uciekał przed gitarami, basem i perkusją, przed generowaną przez nie riffową thrash-nawałnicą, i w tej ucieczce, zabłądziwszy, trafił niespodziewanie do piekła - tego samego, które rechotem i grymasami przebija z tekstów wyśpiewywanych przez Riverę. Zapomnijcie o przebojowości, jaką cechują się utwory z '&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Burning Star'&lt;/span&gt; (1984) oraz o technicznie wyrafinowanych kompozycjach z '&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Nosferatu' &lt;/span&gt;(1989). Zapomnijcie o oldschoolowym brzmieniu &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Remnants Of War'&lt;/span&gt; (1986). Muzyczny pomiot &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Króla Piekła'&lt;/span&gt; (2008) to dokoksowana thrashem klasyka podana w wyjątkowo&lt;span style="font-style: italic;"&gt; mrocznej, ciężkiej i współczesnej&lt;/span&gt;  formie. &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Caress Of  Dead'&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Torment'&lt;/span&gt; są jedynie jej smakowitym przedsmakiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mam nadzieję, że 5 listopada okaże się, iż &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Król Piekła' &lt;/span&gt;(2008) jest smakowitym przedsmakiem jeszcze bardziej smakowitego&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Glory Of Chaos'&lt;/span&gt; (2010), którego okładka wygląd tak:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_f-v6V5JDUP4/TJh869kougI/AAAAAAAAAOE/rnhKXupYBEc/s1600/helstargloryofchaos.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer; width: 522px; height: 522px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_f-v6V5JDUP4/TJh869kougI/AAAAAAAAAOE/rnhKXupYBEc/s400/helstargloryofchaos.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5519298695745026562" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*Na perkusji zagrał &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Russell DeLeon&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6104099372319078205-7604278468837504271?l=heavy66metal.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://heavy66metal.blogspot.com/feeds/7604278468837504271/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6104099372319078205&amp;postID=7604278468837504271' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/7604278468837504271'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/7604278468837504271'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://heavy66metal.blogspot.com/2010/09/grzechy-krola-pieka.html' title='Grzechy Króla Piekła'/><author><name>Bartek (BD)</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10242921601194248246</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-4gYGKkuvOpM/TXTsS7GUZhI/AAAAAAAAAQM/Nc4bWSIYUdQ/s220/110864731548ad577558d37.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_f-v6V5JDUP4/TJh4qBjDAjI/AAAAAAAAANU/ZD-5baKXPA4/s72-c/Helstar+-+Sins+of+the+Past+%282007%29.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6104099372319078205.post-8911080000448999813</id><published>2010-08-26T23:59:00.000-07:00</published><updated>2011-12-13T09:40:59.422-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='heavy metal'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Grand Magus'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Accept'/><title type='text'>Młot i Krew</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/thumb/3/3a/Hammer_Of_The_North.jpg/200px-Hammer_Of_The_North.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 200px; height: 200px;" src="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/thumb/3/3a/Hammer_Of_The_North.jpg/200px-Hammer_Of_The_North.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Szepczą, że Północ powróciła, ucieleśniona w dźwiękach najnowszej płyty &lt;a href="http://www.grandmagus.com/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Grand Magus&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, szwedzkiego trio, którego muzyka – niegdyś za&lt;span style="font-style: italic;"&gt;doom&lt;/span&gt;ana, obecnie niemalże w całości heavymetalowa – rzuca cienie układające się w kształty znane szczęśliwcom z okładek klasycznych albumów &lt;a href="http://www.black-sabbath.com/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Black Sabbath&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;,&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Deep_Purple"&gt;Deep Purple&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;, &lt;a href="http://www.ronniejamesdio.com/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;DIO&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; i &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Candlemass"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Candlemass&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. Szemrają: &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Północ powróciła, a wraz z nią jej bogowie. Odyn, Thor, Loki i pozostali&lt;/span&gt;. Ponoć byli już obecni na &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Iron_Will_%28album%29"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Iron Will'&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, którą jakiś &lt;a href="http://heavy66metal.blogspot.com/2008/09/popcorn.html"&gt;dureń&lt;/a&gt; nazwał udźwiękowioną wolnością. Zgadzam się tylko z jednym: &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Iron_Will_%28album%29"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Iron Will'&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; jest soniczym ekwiwalentem przejażdżki piorunożernym Harleyem przez pustkowia normańskiego pogaństwa. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Co wy na to?&lt;/span&gt; – pytam. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Mylisz się&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;!&lt;/span&gt; – wyją, a potem szeptem oznajmiają, że Północ powróciła tak, jak powróciły wszystkie wcielenia normańskich bóstw. Dodają, że te amerykańskie, opisane przez &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Candlemass"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Neila Gaimana&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, również – wśród nich jednooki &lt;a style="font-weight: bold;" href="http://en.wikipedia.org/wiki/American_Gods"&gt;Wednesday&lt;/a&gt;. S&lt;span style="font-style: italic;"&gt;ą tam, w tych dziesięciu utworach, słuchają ich z powagą, chłonąc motoryczne riffy tych heavymetalowych młynków modlitewnych. W ten sposób czerpią swą moc&lt;/span&gt; – wyjaśniają. Potrząsam głową i odpowiadam stanowczo (gdyż inaczej z nimi nie można): &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Możliwe, że czerpałyby. Chłonęły. Słuchały. Byłyby. Gdyby normańska mitologia była czymś więcej niż fantasy nieznającym swej prawdziwej tożsamości. Wtedy &lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;&lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Candlemass"&gt;Gaiman&lt;/a&gt; &lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;nie napisałby fikcji. I tylko wtedy. Prawda?&lt;/span&gt; Prychają. Skrzeczą. Warczą. Oburzone. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Gdyby, gdyby, gdyby&lt;/span&gt;, powtarzają, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;nudny jesteś, nie umiesz się bawić&lt;/span&gt;. Wzruszam ramionami, one jednak tego nie widzą, gdyż są tylko głosami obdarzonymi słuchem. Należą do substancji. Są więc spokrewnione z uśmiechem kota z Chesire. Myślę, że spodobałyby się &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/David_Hume"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Hume’owi&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Nie&lt;/span&gt;, odpowiadam, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;tutaj nie ma bogów&lt;/span&gt;. Głosy puszczają moje słowa mimo uszu. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Posłuchaj&lt;/span&gt;, mówią, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;to jeszcze nie koniec.&lt;/span&gt; Potem, takie odnoszę wrażenie, spierają się między sobą, a są ich tam – gdziekolwiek to jest (na pewno nie w twojej głowie, krzyczą w odpowiedzi na mą myśl) – setki, jeśli nie tysiące, setki głosów ze słuchem lub słuchów z głosem. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Posłuchaj&lt;/span&gt;, podejmują po naradzie, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;osądź, do czego bardziej pasuje ten opis, ten właśnie, tenże, ten tu, o&lt;/span&gt; –  jęk zawodu – &lt;span style="font-style: italic;"&gt;jednak tamten&lt;/span&gt;. W końcu cytują chóralnie:&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;“(…) &lt;a href="http://www.catherynnemvalente.com/essays/gauntlet_of_rock/"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;it’s good on the level of bone-crunching, passionate, bombastic, anger-filled music that might or might not be from the devil, that has shredding virtuoso guitars and thumping drums you can feel in your&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;a href="http://www.catherynnemvalente.com/essays/gauntlet_of_rock/"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt; pancreas&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/thumb/2/2f/Accept_Blood_of_the_Nations_cover.jpg/200px-Accept_Blood_of_the_Nations_cover.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 200px; height: 200px;" src="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/thumb/2/2f/Accept_Blood_of_the_Nations_cover.jpg/200px-Accept_Blood_of_the_Nations_cover.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Do &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Hammer_of_the_North"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Młota Północy'&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; czy &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Blood_of_the_Nations"&gt;'Krwi Narodów&lt;/a&gt;'&lt;/span&gt;? &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Do obu&lt;/span&gt;, odpowiadam bez namysłu. I do wielu innych, myślę. Słuchy nie ustępują. Pytają dalej: &lt;span style="font-style: italic;"&gt;A z tych dwóch do której bardziej?&lt;/span&gt; Wybór nie jest prosty. Obie bowiem uwielbiam. &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Hammer_of_the_North"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Młot'&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; od lipca, &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Blood_of_the_Nations"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Krew'&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; dopiero od siedmiu dni. Więc się zastanawiam, skubiąc brodę. Głosy szemrzą w tle. Szwedzkie trio zasłużyło &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Hammer_of_the_North"&gt;'&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Hammer_of_the_North"&gt;Młotem'&lt;/a&gt; &lt;/span&gt;na &lt;a style="font-weight: bold;" href="http://en.wikipedia.org/wiki/Valhalla"&gt;Walhallę&lt;/a&gt;. Wyhymniło sobie – &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=cVMDmoLptZU&amp;amp;feature=related"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'I, The Jury'&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=_B6oSS8U08U"&gt;tytułowym&lt;/a&gt;,&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; 'Black Sails'&lt;/span&gt; czy &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=B6jOWH06Ra4"&gt;'At Midnight They’ll Get Wise'&lt;/a&gt; &lt;/span&gt;– wieczyste ucztowanie  w towarzystwie walkirii i darmowe bilety do raju z hurysami (z konkurencyjnej mitologii). Ale to&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Accept"&gt;Accept&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;, wybudzony po czternastu latach ze śpiączki w składzie &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Tornillo&lt;/span&gt; (śpiew), &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Wolf_Hoffmann"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Hoffman&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; (gitara), &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Herman_Frank"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Frank&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; (gitara), &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Peter_Baltes"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Baltes&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; (bas) i &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Stefan_Schwarzmann"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Schwarzmann&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; (perkusja), zaserwował miłośnikom heavy metalu krążek z muzyką godną wszelkich niebios i piekieł (ależ oczywiście, głosy drą się jak opętane, i są opętane, przynajmniej niektóre), równie pomnikowo-wzorcową dla konwencji jak albumy&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Restless_and_Wild"&gt; 'Restless and Wild'&lt;/a&gt; &lt;/span&gt;(1982), &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Balls_to_the_Wall"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Balls To The Wall'&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; (1983) i &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Metal_Heart"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Metal Heart'&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; (1985), nagrane z &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Udo_Dirkschneider"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Udo Dirkschneiderem&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Więc? Więc? Więc?&lt;/span&gt; – zapytują głosy. Natarczywe skurczybyki. Dobrze, odpowiadam. Ten cytat wzięty z eseju &lt;a href="http://www.catherynnemvalente.com/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Catherynne Valente&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; – autorki &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;a href="http://www.literatura.gildia.pl/tworcy/catherynne-m-valente/opowiesci-sieroty-w-ogrodzie-nocy/recenzja"&gt;'Opowieści Sieroty'&lt;/a&gt; &lt;/span&gt;i &lt;a href="http://rybieudka.blogspot.com/2010/08/palimpsest-catherynne-m-valente.html"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Palimpsestu'&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, których egzemplarze leżą u mnie w domu, czekając na to, aż wezmę je do ręki i, pieszcząc, zacznę czytać (z dala od muzyki, słuchogłosów i gwaru codzienności) –  litera za literą, słowo za słowem, sens za sensem, niczym jakiś semantyczny sos spływa po dwunastu heavymetalowych potworkach o nienasyconym apetycie na jedno: drgania naszych bębenków usznych.&lt;span style="font-style: italic;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Tak, tak, tak, zgadzamy się z tobą&lt;/span&gt;, wołają głosy. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Dobrze wybrałeś&lt;/span&gt;. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Może&lt;/span&gt;, odpowiadam. Nie ma to dla mnie większego znaczenia. Słucham obu płyt na zmianę. Obie wielbię. Obie też karmię drganiami moich bębenków usznych. I tak już zapewne będzie dopóty, dopóki nie ogłuchnę lub nie umrę. Oby. Szaleństwo, na szczęście, mi nie grozi. Co skwapliwie potwierdzają słuchy. Odchodząc, śpiewają fragment&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;a style="font-weight: bold;" href="http://www.youtube.com/watch?v=req-oDf2ZRc"&gt;'Teutonic Terror'&lt;/a&gt;:&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Back to the frontlines..........back to the night&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;Medieval marauders ..........under the lights&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;Back for the plunder.......the thrill of the flames&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;The roar of the thunder.............back in the game&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;Storming the castles................swords in the air&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;Killing the monsters in their own lair&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;Lighting the torches...........setting the stage&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;You get what you ask for..............rrright in the face&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Six string sabres...... screams in the night&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;War clubs pounding.........living just for the fight&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;So we drive.........thru the night&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;With the howling wind at our backs&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;Riding on Teutonic Terror&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;We will...... Give em' the Axe&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;We will.......Give em' the Axe &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6104099372319078205-8911080000448999813?l=heavy66metal.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://heavy66metal.blogspot.com/feeds/8911080000448999813/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6104099372319078205&amp;postID=8911080000448999813' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/8911080000448999813'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/8911080000448999813'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://heavy66metal.blogspot.com/2010/08/szepcza-ze-ponoc-powrocia-ucielesniona.html' title='Młot i Krew'/><author><name>Bartek (BD)</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10242921601194248246</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-4gYGKkuvOpM/TXTsS7GUZhI/AAAAAAAAAQM/Nc4bWSIYUdQ/s220/110864731548ad577558d37.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6104099372319078205.post-852272829398897324</id><published>2010-08-15T01:42:00.000-07:00</published><updated>2011-09-04T04:40:06.568-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='opowiadanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='fantastyka'/><title type='text'>Maloik (fragmenty)</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;(...)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trzymając ich na muszce, powiódł wzrokiem za dziewczynką w pośpiechu oddalającą się od kawiarenki. Wybiegając, przewróciła stolik, na którym - co zauważył, gdy wchodził z bronią przygotowaną do strzału - stała popielniczka z dogasającym papierosem. Nad miasteczkiem, pod nim, jak i jego opustoszałymi uliczkami, tonącymi w namolnie lepkim upale, przetoczył się ryk przywodzący na myśl huk wodospadu i grzmot pioruna. Dziewczynka przemknęła między dwoma samochodami o otwartych na oścież drzwiach, zaparkowanymi w poprzek jezdni, kierując się ku uliczce z obu stron ocienionej palmami. Uciekaj mała, pomyślał Trevor, a jego ponure oblicze rozjaśnił paskudny uśmiech. Spojrzał na klęczących przed nim nastolatków.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spodnie bruneta były opuszczone poniżej kolan. Jego rudowłosy kompan zerkał nerwowo za kontuar o orzechowej barwie. Dochodził stamtąd przybierający na sile pomruk. Na twarze chłopców zakradł się strach. Zaledwie kilkanaście sekund temu byli panami sytuacji - tutaj, w tym opuszczonym przez ludzi miasteczku, którego nie było na żadnej z map, jakie Trevor miał w plecaku, przewieszonym przez prawe ramię. Nie wątpił, że zamierzali ją zgwałcić. Widywał już takie sytuacje. Odkąd opuścił rodzinne strony nawet za często. Coś się schrzaniło w świecie za górami, otaczającymi słoneczną mieścinę kręgiem poprzecinanym w kluczowych miejscach wstążkami szos i nitkami tuneli wykutych w skale.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Straciłem samochód - powiedział.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mruczenie narastało, wprawiając w drżenie filiżanki z niedopitą kawą stojące na kontuarze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Silnik zgasł przed drewnianym mostem. W leśnej głuszy. Za sobą miałem drogę okupioną potem i łzami obcych mi ludzi. Przed sobą ten cholerny most, szeroki na trzy, może cztery metry, długi na pięćdziesiąt, tak z grubsza, oczywiście. Spinał ze sobą poszarpane krawędzie ciągnącej się ze wschodu na zachód rozpadliny. Jej dno spowijała ciemność. Przypominała rzekę. Może to była rzeka? Sam już nie wiem. Tak czy inaczej, pokonałem most. Nie było to łatwe. Widzieliście go?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Brunet i rudzielec wymienili spojrzenia. Żaden nie odpowiedział. Więc Trevor strzelił, a gdy kula wyżłobiła w czole rudzielca maleńką dziurkę (chwilę później zaś, rozorawszy mu mózg, roztrzaskała tył czaszki, kończąc swój krótki lot w ścianie), przypomniał sobie, że już raz zabił w ten sposób człowieka, z tej broni, tamten też klęczał, ale, w odróżnieniu od nastolatka, był bardziej rozmowny. Nieustannie błagał o litość. Był samicą w prokuratorskiej todze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Kurwa mać! - krzyknął brunet i spróbował rzucić się na Trevora, w czym przeszkodziły mu opuszczone poniżej kolan spodnie. Trevor kopnął go w twarz. Obszedł z prawej strony i szarpnął za włosy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Widzieliście most?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Nie...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Więc jak się tutaj dostaliście?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Samochodem, przez zachodni tunel...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Kluczyki!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-W spodniach...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przed pociągnięciem za spust powstrzymała Trevora krew. Wsiąkała w kamienną podłogę. Wbrew fizyce. Jakby coś wsysało ją od spodu. Bardzo zachłannie. Dobiegający spod ziemi pomruk przerodził się w ryk czegoś dużego i z całą pewnością rozjuszonego. Ulicami miasteczka ponownie przetoczył się huk wodospadów. Tam skąd przybyłem, mimo wszystko było gorzej, pomyślał Trevor.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czas spowolnił. Niewielką przestrzeń kawiarenki wypełnił gryzący aromat moczu. Brunet cichutko zaklął i zaczął płakać. Trevor poklepał go po ramieniu, a potem, nadal w zwolnionym tempie, zobaczył kroplę krwi, która oddzieliła się od czerwonej strugi spływającej po brodzie nastolatka. Kropla, po przelocie przez piekło czasu zamienionego w szlam, rozprysła się na podłodze, dzieląc się na kilkanaście mniejszych, które zniknęły w podobnych do ust zmarszczkach na kamiennej powierzchni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dopiero wtedy strzelił. Pocisk zmasakrował czoło i potylicę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podłoga lokalu eksplodowała kamiennymi odłamkami o ostrych krawędziach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czas znów był rwącą rzeką.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trevor skoczył za kontuar. Policzył do trzech. Pocałował srebrzystą lufę pistoletu Desert Eagle, w którego magazynku czekało na swoją kolej jeszcze siedem naboi kalibru .357, i wyjrzał znad blatu zastawionego filiżankami. Wymierzył. I czekał. Do jakiegokolwiek gatunku należało to, co zamierzał zastrzelić, było duże. Dwunożne, czterorękie, karykaturalnie umięśnione, ze ślepiami spoglądającymi spomiędzy sterczących sutków w kolorze hebanu. Parowało diabelskim testosteronem. Pachniało podnieceniem. Żądzą. I z pewnością nie słyszało o braniu jeńców.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie zastrzelę cię, pomyślał Trevor nakładając plecak na drugie ramię, sprawdzę jednak, jak szybko biegasz.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jednym susem znalazł się przy uchylonych drzwiach, prowadzących na zaplecze. Ściana za jego plecami eksplodowała, gdy wpadła w nią trzymetrowa istota będąca śmiercionośnym splotem kości, mięśni i ścięgien.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(...)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przebiegł przez kuchnię. Minął pomieszczenia gospodarcze i wypadł przez otwarte drzwi w skwarny odmęt ślepej uliczki. Skręcił w prawo, wyskoczył na jezdnię i, nie oglądając się za siebie, okrążył walącą się kawiarenkę. Zagryzając zęby, przeskoczył nad kamienną ławeczką, stratowaną niebawem przez stwora, po czym skręcił w uliczkę, którą pobiegła dziewczynka o dziwnych oczach. Dróżka prowadziła na wzgórze wyrastające ponad dachy najwyższych budynków, tam, gdzie w centrum kwiecistych ogrodów rozłożyła się okazała bryła pięciogwiazdkowego hotelu. Stwór wytrwale trzymał się z tyłu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przez świadomość mężczyzny przemknęło wspomnienie związane z zabójstwem pani prokurator. Usłyszał muzykę. Posuwisty gitarowy riff, łomot perkusji, chroboczący chorobliwie bas i ten głos, o którego walorach tysiące gardłozdzierców mogło jedynie pomarzyć. Głos, chyba  męski, śpiewał o dopaminie. Hormonie szczęścia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To wtedy, zanim zabiłem tę sukę, przyrzekłem sobie, że będę twardy, pomyślał Trevor. Twardy jak Hartigan. Wierny jak facet w czerwonych trampkach. Krwiożerczy jak Marv.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy wbiegł na wzgórze, wspomnienie uciekło się do swojej nory. Zaklął i zatrzymał się, momentalnie skracając dystans między sobą a bestią.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do hotelu prowadził szeroki na dwa pasy żwirowy podjazd, wzdłuż którego przed wieloma laty posadzono palmy i puszczono białe chodniki, wykopano wodne oczka, w których teraz pływały złote ryby, a także postawiono fontanny z marmurowymi posążkami istot uchwyconych w pozach zdradzających schyłkowy etap zanikania w nich człowieczeństwa. Od migoczącej w słonecznym blasku bramy nadjeżdżał wielki biały krążownik, z gatunku tych, jakie Trevor widywał, będąc dzieckiem, jedynie na starych zdjęciach przedstawiających wujostwo z USA.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Biały Cadillac Eldorado, wersja kabrio z 1961 roku, przyspieszył, a po drobnym czary-mary wykonanym przez kierowcę hamulcem ręcznym zatrzymał się zwrócony prawym bokiem do Trevora, na którego spod biało-czarnych opon posypały się szare kamyczki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Wskakuj - powiedział muskularny mężczyzna o twarzy buldoga parającego się zawodowo boksem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stwór rozpędził się, rozkładając dwie pary rąk zakończonych kilkunastocentymetrowymi szponami. Trevor, rzuciwszy się na tylne siedzenie, zdążył przekręcić się na plecy, zanim cień niechybnej śmierci padł na jego twarz. Cielsko potwora przesłoniło słońce. Trevor wymierzył w niego pistolet, który w tej sytuacji wydał mu się nieszkodliwą zabawką. Nie zdążył strzelić. Coś niewiele mniejszego od czterorękiej bestii zderzyło się z nią w powietrzu, aby po trwającej kilka sekund kotłowaninie wzbić się wyżej, zatoczyć krąg i splunąć brązowym glutem na podnoszącego się z ziemi stwora. Glut w zetknięciu ze skórą bestii zaczął parować. Rozległo się skwierczenie i syczenie. Okolicę przeszył pełen boleści ryk.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Ostrzelaj go - rzucił kierowca.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Co?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dopiero po chwili Trevor zrozumiał, że jego wybawiciel nie miał na myśli pistoletu. Do bagażnika Cadillaca był przymocowany metalowy stojak, na którym osadzono karabin maszynowy z czasów wojny secesyjnej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Wymierz i zacznij kręcić korbą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Samochód ruszył w drogę powrotną. Stwór, mimo że poparzony śliną drugiego, nie zrezygnował z pościgu. Na przemian wyjąc i rycząc, palony rozlewającą się w jego ciele trucizną, pobiegł za niedoszłą ofiarą. Trevor chwycił za korbę. Naboje zaczęły wpadać do podajnika. Siedem luf zawirowało ze śmiercionośnym wdziękiem. W ciele monstrum wykwitły czerwone kwiaty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy przejechali przez otwartą na oścież bramę, stwór wyhamował i zaczął robić coś, co Trevorowi skojarzyło się z węszeniem. Wypiął potężną klatkę piersiową: jego hebanowe sutki wydłużyły się niczym czułki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Trafiłem to bydle kilkadziesiąt razy. Dlaczego ono wciąż żyje?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Nie da się zabić Cieniora w konwencjonalny sposób - wyjaśnił  kierowca. - Jedynie go osłabiłeś.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wysiadł i stanął obok Trevora, nadal tkwiącego za karabinem maszynowym. Nieznajomy nosił białą koszulkę z rysunkiem uśmiechniętej bomby i niebieskie dżinsy, obcisłe w kroku. Na nogach miał białe sportowe buty. Wszystko w rozmiarze XXXL. Koszulkę i spodnie wypychały monstrualne mięśnie. Trevor nie byłby ani trochę zaskoczony, gdyby kierowca Cadillaca stanął do walki wręcz ze stworem podejrzliwie łypiącym na otwarte wrota.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Cholera - olbrzym był wyraźnie niepocieszony.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cienior wciągnął sutki i zgarbiony zaczął się wycofywać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Zastawiłeś na niego pułapkę - bardziej stwierdził niż zapytał Trevor.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Gdyby w nią wpadł, już byłby martwy. Cóż, trudno, nie teraz, to później. Grunt, że dopóki działa pułapka, Cenior nie wejdzie na teren hotelu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Olbrzym zamknął bramę. Podjechali pod główny budynek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Jak tam jest? - zapytał, ściskając grubymi palcami kierownicę obramowaną czerwoną skórą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trevor nie był pewien gdzie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Za górami, tam skąd przybyłeś...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Źle. Bardzo źle. Coś się spieprzyło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Co?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Nie wiem. Ale wygląda to na inwazję.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kierowca pokiwał głową&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Poważna sprawa - skwitował i zgasił silnik.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z kwiecistych ogrodów, które minęli po drodze, wylała się przejmująca lękiem cisza. Smakowała podobnie do tej, którą Trevor zastał na wyludnionych ulicach miasteczka, zanim usłyszał dobiegający z kawiarenki krzyk dziewczynki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(...)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;L.R., właściciel hotelu X, nie żył, a jego ciało leżało tam, gdzie nad ranem znalazła je Srebrzynka - w stylowym gabinecie znajdującym się na czwartym piętrze luksusowego hotelu, z którego frontowych okien rozciągał się widok na poddające się zmierzchowi miasteczko. Olbrzym w obcisłym wdzianku, dziewczynka o urodzie w kilku punktach będącej na bakier z ludzką i siwowłosy jegomość o aparycji zmęczonego życiem muszkietera siedzieli w sąsiadującym z gabinetem salonie, pogrążeni w prowadzonej ściszonymi głosami dyskusji. Na zewnątrz gęstniejące ciemności przemierzała skrzydlata foka. Podstarzały Francuz, do którego Srebrzynka zwracała się Rene, kazał Trevorowi nie opuszczać hotelu i pozostać w pobliżu. Trevor nie zaprotestował; odwiedziwszy hotelowy bar, z butelką tequili w dłoni wyruszył na wędrówkę pustymi korytarzami. Szedł dziarskim krokiem, pogwizdując pod nosem. Podobała mu się tutejsza cisza. Pachniała kurzem i środkami chemicznymi. Koiła nerwy. Pokoje były puste; hotelowi goście zniknęli równie nagle jak mieszkańcy miasteczka, zostawiając niedokończone sprawy. W apartamencie królewskim zobaczył papierosa do połowy wysuniętego ze zmiętej paczki, niezaścielone łóżko, nieodpakowane prezerwatywy, niezamkniętą książkę o pożółkłych stronach, pończochę przerzuconą przez oparcie antycznego krzesła, szminkę leżącą w zlewie, pomadkę nieodłożoną na półkę z lustrem, i wiele innych przedmiotów porzuconych na początku, w trakcie lub pod koniec czynności, których sensu mógł się jedynie domyślać. Coś ich zaskoczyło; dziewczynka, siłacz i starzec zastanawiali się co. Trevor postanowił, że po powrocie do salonu zażąda wyjaśnień. W mieście, z którego przyjechał, i po drodze, zwłaszcza na sześciokilometrowym odcinku zakończonym drewnianym mostem, przerzuconym nad rozpadliną o ciemnym ruchomym dnie, widział dziwniejsze rzeczy. Przywykł do dziwów. Tym razem chciał jednak wiedzieć więcej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zatrzymał się przed przeszklonymi dwuskrzydłowymi drzwiami, wychodzącymi na rozległy balkon. Za plecami miał wnętrze ekskluzywnej restauracji. Przed sobą zagadkę. Tajemnicę. Noc. Nienaturalnie namacalne ciemności. Nacisnął klamkę. Owiało go zimne powietrze. Wbił wzrok w bezgwiezdny przestwór nieba. Przez moment wydawało mu się, że dostrzegł tam jakiś ruch. Jakby coś oderwało się od sklepienia niebieskiego i pomknęło w dół, ku miasteczku, w głąb nieznanego. W końcu uznał, że uległ złudzeniu. Wzruszył ramionami i pociągnął łyk tequili.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wspomnienie uderzyło znienacka. Przekłuło membranę świadomości i serią obrazów zalało jej pole. Trevor ujrzał klęczącą kobietę. Płakała. Krzyczała. Potem samego siebie odjeżdżającego czarnym sedanem sprzed willi, chwilę później rozjaśnionej blaskiem eksplozji. Mordercy, pomyślał. To was zabiłem. Sprawiedliwie. Ale nie wszyscy to zrozumieli. Na pewno nie rodzina i przyjaciele tej suki, pani prokurator, kurwy z piekła rodem, która... We wnętrzu wspomnienia, pomiędzy kolejnymi obrazami, coraz bardziej zamazanymi, rozbłysła kula światła. Zamknął oczy. Gdy je otworzył, znów widział noc konsumującą miasteczko. Ścisnął mocniej butelkę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Smaczne?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trevor otarł usta i przyjrzał się uważnie Francuzowi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Porusza się pan bardzo cicho - zauważył z przekąsem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Mam kilka zalet.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-A ja kilka pytań, panie Rene.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Starzec uśmiechnął się wyrozumiale.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Rozumiem. Oczywiście. Zanim je zadasz, chciałbym ci coś pokazać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trevor odebrał owinięty w materiał przedmiot.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-To książka - stwierdził zdumiony.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Otwórz ją na 54 stronie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na wzmiankowanej stronie znajdowało się zdjęcie portretu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-I co o tym sądzisz?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-To pan?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Podobieństwo jest uderzające, prawda?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trevor spoglądał to na zdjęcie, to na Francuza. Faktycznie, podobieństwo było wręcz przerażające, pomijając drobny fakt, że mężczyzna, z którym rozmawiał, w odróżnieniu od tego z portretu, nosił się jak bohater francuskich filmów spod znaku płaszcza i szpady, który przez dłuższy czas zabawił na planie filmowym jakiegoś niekoniecznie wysokobudżetowego filmu o życiu w postnuklearnej przyszłości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Pomimo tylu lat, których, tak naprawdę, nigdy nie przeżyłem, pamiętam, jak mocno dotknęła go śmierć ukochanej córki. W pewnym sensie pamiętam samego siebie lamentującego na jej grobem, chociaż, prawdę mówiąc, nigdy nad nim nie stałem. To tylko pamięć o cudzym życiu, które ukradł dla mnie L. R..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Chce pan powiedzieć, że…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Nie, Trevorze, nie chcę. Nie jestem tamtym Rene, mimo że, tak jak on, nigdzie nie ruszam się bez szpady.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Moje pytania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Doczekają się odpowiedzi. Ale w formie innej niż ta, której się spodziewasz. Pokażemy ci, kim jesteśmy… obyś zrozumiał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nad balkonem zawisła skrzydlata foka. Wymieniła spojrzenia z Rene i odleciała w gęstwinę ciemności.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Szybciej - powiedział starzec - mamy mało czasu. Czeka nas przejażdżka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(,,,)&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6104099372319078205-852272829398897324?l=heavy66metal.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://heavy66metal.blogspot.com/feeds/852272829398897324/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6104099372319078205&amp;postID=852272829398897324' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/852272829398897324'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/852272829398897324'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://heavy66metal.blogspot.com/2010/08/maloik-fragmenty.html' title='Maloik (fragmenty)'/><author><name>Bartek (BD)</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10242921601194248246</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-4gYGKkuvOpM/TXTsS7GUZhI/AAAAAAAAAQM/Nc4bWSIYUdQ/s220/110864731548ad577558d37.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6104099372319078205.post-3558917328042014579</id><published>2010-07-13T09:03:00.000-07:00</published><updated>2012-02-09T07:00:22.903-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='teologia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='filozofia'/><title type='text'>Wzorzec metra</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W Iranie mają ukamienować &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Sakineh_Mohammadi_Ashtiani"&gt;Sakineh Mohammadi Ashtiani&lt;/a&gt;, matkę dwojga dzieci skazaną w 2006 roku za cudzołóstwo. Podczas przesłuchania Ashtiani przyznała się do winy, sąd orzekł karę chłosty, którą wykonano w obecności jej syna. Cztery miesiące po pierwszym procesie, Ashtiani została ponownie oskarżona o cudzołóstwo i dodatkowo o zabójstwo męża, a następnie skazana za cudzołóstwo na karę śmierci przez ukamienowanie, pomimo faktu, że oskarżenie nie przedstawiło wymaganego w takich sprawach dowodu w postaci zeznań czterech świadków obciążających zgodnie oskarżoną osobę. Zabójstwa męża jej nie udowodniono. Występując przed sądem, Ashtiani oświadczyła, że zmuszono ją do złożenia fałszywych zeznań. Utrzymuje, że jest niewinna. Tak samo uważają jej dzieci. Nie wiadomo, co o całej tej sprawie sądzi Allah, a z oczywistych dla niektórych osób względów nie możemy zapytać Go o zdanie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Protesty&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niektórzy ludzie uważają, że wykonanie orzeczonej kary będzie niesprawiedliwe niezależnie od winy oskarżonej i rzetelności przeprowadzonego postępowania karnego. Inni sądzą, że będzie niesprawiedliwe, o ile oskarżona jest niewinna lub postępowanie karne, w którym ją skazano, przeprowadzono nierzetelnie. Zastanawiam się, do której grupy należy syn Ashtiani, przekonany o niewinności matki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Ślepy zaułek&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niektórzy przeciwnicy karania ukamienowaniem za cudzołóstwo uważają, że muzułmańscy zwolennicy tej formy kary śmierci uzasadniają ją opierając się na błędnej interpretacji Koranu. Ludzie, którzy w ten sposób argumentują przeciwko wykonywaniu rzeczonej kary, zakładają - świadomie lub bezwiednie - iż możliwa jest do sformułowania poprawna interpretacja Koranu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie wszyscy spośród nich zdają sobie sprawę z takiej oto prawidłowości: jeśli możliwe jest sformułowanie poprawnej interpretacji Koranu, to istnieje Allah; jeśli możliwe jest sformułowanie niepoprawnej interpretacji Koranu, to istnieje Allah; jeśli nie istnieje Allah, to nie jest możliwe sformułowanie zarówno poprawnej, jak i niepoprawnej interpretacji Koranu. Skąd ta prawidłowość? Stąd, że poprawna interpretacja Koranu = taka interpretacja, która zawiera prawdziwy opis przesłania Allaha dla ludzkości; natomiast niepoprawna interpretacja Koranu = taka interpretacja, która zawiera fałszywy opis przesłania Allaha dla ludzkości. Jeśli nie ma Allaha, to nie ma takiego przesłania, które byłoby przesłaniem Allaha, a jeśli nie ma przesłania, które byłoby przesłaniem Allaha, to nie może być, i nie ma, ani poprawnej ani niepoprawnej interpretacji Koranu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Osoba, która zna powyższą prawidłowość, ale nie wierzy, że istnieje Allah (a ściślej: &lt;span style="font-style: italic;"&gt;nie wierzy, że istnieje indywiduum spełniające koniunkcję predykatów implikacyjnie lub równoważnościowo powiązanych z nazwą "Allah" użytą jako predykat&lt;/span&gt;*) nie powinna - chociażby po to, aby zachować spójność swoich przekonań - argumentować, że muzułmańscy zwolennicy karania kamienowaniem za cudzołóstwo opierają się na błędnej interpretacji Koranu. Osoba znająca powyższą prawidłowość, ale wierząca, że istnieje Allah, nie powinna argumentować w podany sposób z innego powodu - otóż Koran za cudzołóstwo przewiduje jedynie karę stu batów. Tezę o tym, że właściwą karą za ten czyn jest ukamienowanie niektórzy muzułmanie wyinterpretowują z hadisów, nie z Koranu. Z oczywistych dla niektórych osób  względów nie możemy skonsultować się z Allahem, aby zapytać Go o to, czy jest to właściwa praktyka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Ride To Hell&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy możliwe jest, aby Allah, jako doskonale dobry, zezwolił na karanie śmiercią przez ukamienowanie za cudzołóstwo? Odpowiedzi kategorycznej nie znam, a z powodów oczywistych dla niektórych osób  nie jestem w stanie skontaktować się z Allahem, aby taką odpowiedź uzyskać. Wiem jednak, że jeśli Allah jest doskonale dobry, a ponadto stanowi wzorzec wszelkiego dobra w świecie przez Siebie stworzonym, zaś ukaranie cudzołożnika ukamienowaniem nie jest złe, lecz dobre, czyli zgodne z naturą Allaha, to możliwe jest, aby Allah zezwolił na karanie śmiercią przez ukamienowanie za cudzołóstwo. Jest to wiedza &lt;span style="font-style: italic;"&gt;de dicto&lt;/span&gt;: o związkach inferencyjnych między pojęciami. Spójrzmy na poniższy argument:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;(A1)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(1) Jeśli Allah jest doskonale dobry, to nie jest możliwe, aby czynił On zło.&lt;br /&gt;(2) Allah jest doskonale dobry.&lt;br /&gt;(3) Zatem nie jest możliwe, aby Allah czynił zło.&lt;br /&gt;(4) Zezwalanie na czynienie zła jest złe.&lt;br /&gt;(5) Zatem nie jest możliwe, aby Allah zezwalał na czynienie zła.&lt;br /&gt;(6) Jeśli Allah nakazał realizowanie danego działania, to zezwolił na jego realizowanie.&lt;br /&gt;(7) Ukaranie cudzołożnika ukamienowaniem jest pewnego typu działaniem.&lt;br /&gt;(8) Allah nakazał ukarać cudzołożnika ukamienowaniem.&lt;br /&gt;(9) Zatem Allah zezwolił na ukaranie cudzołożnika ukamienowaniem.&lt;br /&gt;(10) Zatem ukaranie cudzołożnika ukamienowaniem nie jest złe.&lt;br /&gt;(11) Dane działanie jest albo dobre, albo złe.&lt;br /&gt;(12) Zatem ukaranie cudzołożnika ukamienowaniem jest dobre.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeśli przesłanki (1)-(11) są prawdziwe, to prawdziwy też jest wniosek, czyli (12). Oczywiście, tym argumentem nie przekona się do wiary w prawdziwość (12) żadnej osoby, która nie wierzy, że istnieje Allah ani żadnej osoby, która wierząc w prawdziwość przesłanek (1)-(7) i (11) nie wierzy jednak w prawdziwość przesłanki (8) z tego względu, iż nie wierzy w prawdziwość (12). Wobec takich osób argument (A1) jest wadliwy pod względem pragmatycznym. Warto odnotować, że zarówno pierwszej, jak i drugiej z opisanych osób nie da się przekonać do tezy, że przesłanka (8) nie jest sprzeczna z przesłanką (2) za pomocą następującego argumentu:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;(A2)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1. Jeśli Allah jest doskonale dobry, to jest On wzorcem wszelkiego dobra w świecie przez Siebie stworzonym.&lt;br /&gt;2. Allah jest doskonale dobry.&lt;br /&gt;3. Zatem Allah jest wzorcem wszelkiego dobra w świecie przez Siebie stworzonym.&lt;br /&gt;4. Jeśli Allah jest wzorcem wszelkiego dobra w świecie przez Siebie stworzonym, to dowolne działanie człowieka jest dobre wtedy i tylko wtedy, gdy jest zgodne z naturą Allaha.&lt;br /&gt;5. Zatem dowolne działanie człowieka jest dobre wtedy i tylko wtedy, gdy jest zgodne z naturą Allaha.&lt;br /&gt;6. Ukaranie cudzołożnika ukamienowaniem jest dobre.&lt;br /&gt;7. Zatem ukaranie cudzołożnika jest zgodne z naturą Allaha.&lt;br /&gt;8. Jeśli dane działanie człowieka jest dobre, to możliwe jest, aby Allah nakazał jego realizację.&lt;br /&gt;9. Zatem możliwe jest, aby Allah nakazał ukaranie cudzołożnika ukamienowaniem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Osoba, która po zapoznaniu się z argumentem (A2) nadal nie wierzy, że istnieje Allah, zgodzi się tylko z tym, że jeśli przesłanki 1-8 są prawdziwe, to prawdziwy jest też wniosek, czyli 9. Nie uzna jednak, aby za pomocą argumentu (A2) dało się wykazać, że wniosek jest prawdziwy. Natomiast osoba, która poza zapoznaniu się z argumentem (A2) nadal wierzy w prawdziwość przesłanek (1)-(7) i (11) z argumentu (A1) oraz w prawdziwość przesłanek 1-5 i 8 z argumentu (A2), ale uważa ukaranie cudzołożnika ukamienowaniem za złe odrzuci przesłankę 6 z argumentu (A2).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Argumenty analogiczne do (A1) i (A2) da się, oczywiście, sformułować także dla czynów innych niż cudzołóstwo, chociażby dla aktu apostazji, seksu analnego między kobietą a mężczyzną lub seksu homoseksualnego, sporządzania wizerunków, także karykatur, Allaha oraz Mahometa czy bluźnienia. W przypadku argumentu (A1) kluczowe dla uzasadnienia jego wniosku jest uprzednie uzasadnienie w oparciu o Koran, Sunny lub hadisy przesłanki (8) - tej mianowicie, że Allah nakazał ukarać cudzołożnika ukamienowaniem. To samo dotyczy argumentów analogicznych do (A1) sformułowanych dla innych czynów. Ze względów oczywistych dla niektórych nie możemy skonsultować się w tej sprawie z samym Allahem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Wzorzec metra&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przypominam, że na pytanie "Czy możliwe jest, aby Allah, jako doskonale dobry, zezwolił na karanie śmiercią przez ukamienowanie za cudzołóstwo?" odpowiedziałem jedynie hipotetycznie. Na czym polega bycie doskonale dobrym? Na czym polega bycie wzorcem wszelkiego dobra w przygodnym świecie? &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Who knows, brothers and sisters?&lt;/span&gt; Zasadnicza koncepcja, którą zapożyczyłem od filozofa Williama P. Alstona, jest taka: Allah jest indywidualnym wzorcem wszelkiego dobra w naszym świecie, bez niego nie byłoby więc w naszym świecie ani dobra, ani zła, ani dobrych, ani złych uczynków - a ściślej: żadne ludzie działania nie byłyby ani dobre, ani złe. Jeśli Allah jest indywidualnym wzorcem wszelkiego dobra w naszym świecie, to nie istnieje niezależny od Allaha, quasi-platoński, standard/wzorzec/ideał dobra, na przykład w postaci Idei (istniejącej "poza" Allahem lub "w" Nim). Alston zaproponował następującą zmianę ludzkiego pojęcia Boga:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;God plays the role in evaluation that is more usually assigned, by objectivists about value, to Platonic Ideas or principles. Lovingness is good (a goodmaking feature, that on which goodness supervenes) not because of the Platonic existence of a general principle, but because God, the supreme standard of goodness, is loving. Goodness supervenes on every feature of God, not because some general principles are true but just because they are features of God. But this principle is not ultimate; it, or general fact that makes it true, does not enjoy some Platonic ontological status; rather it is true just because the property it specifies as sufficient for goodness is a property of God.&lt;/span&gt; (Alston [1989], s. 268-269)**.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Analogiczną zmianę da się przeprowadzić dla pojęcia Allaha, a przynajmniej, jeśli ktoś się przy tym upiera, dla jednego z egzemplarzy tego pojęcia (rozumianego, na przykład, jako czyjaś mentalna reprezentacja). Tak czy inaczej, parafrazując powyższy cytat, idzie o to, że Allah jest (predykatywnie) doskonale dobry nie dlatego, że z racji swych atrybutów spełnia jakąś niezależną od siebie quasi-platońską zasadę/regułę/prawdę, ale dlatego, że On jako wzorzec wszelkiego dobra w świecie przez Siebie stworzonym posiada w stopniu możliwie najdoskonalszym esencjalnie cechy, na których &lt;a href="http://plato.stanford.edu/entries/supervenience/#3.1"&gt;superweniuje&lt;/a&gt; dobro. Z argumentów (A1) i (A2) wynika, że to natura Allaha (jego esencjalne cechy) określa - w pewnym sensie niezależnie od Jego woli - zakres działań, na które Allah może zezwolić ludziom, jak również status moralny ludzkich działań.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obrazek ten komplikuje jedna rzecz: mianowicie, jednym z elementów pojęcia Allaha jest pojęcie Jego transcendencji. Jeśli Allah jest transcendentny, to Jego natura w pewnym zakresie i do pewnego stopnia przekracza ludzkie możliwości poznawcze - mianowicie, nie jesteśmy w stanie całkowicie jej poznać, a zatem również całkowicie zrozumieć. Co to oznacza? Cóż, natura Allaha nie może nie mieć nic wspólnego z treścią ludzkich pojęć dobra, miłości czy sprawiedliwości, z drugiej jednak strony z racji Jego transcendencji jest epistemicznie możliwe, istnieje takie działanie, które jest zgodne z naturą Allaha, ale ludzie powszechnie uważają je za złe. Zwolennik wykonywania kary śmierci &lt;span style="font-style: italic;"&gt;via&lt;/span&gt; ukamienowanie na cudzołożniku może argumentować, że właśnie w przypadku tej kary mamy do czynienia z "rozjazdem" między treścią ludzkiego pojęcia dobra a treścią boskiego pojęcia dobra, przy czym każdy taki rozjazd należy zinterpretować na korzyść boskiego pojęcia dobra z tego powodu, że Allah jest wzorcem wszelkiego dobra w świecie przez Siebie stworzonym. Oczywiście na tę rzekomą konceptualną przepaść między ludzkim a boskim pojęciem dobra może powołać się również zwolennik zabijania, chociażby &lt;span style="font-style: italic;"&gt;via&lt;/span&gt; akcje terrorystyczne, tych osób, które są – na przykład, z racji apostazji, herezji lub innowierstwa – rzekomymi wrogami Allaha. Z oczywistych dla niektórych osób względów nie możemy zapytać Allaha o to, czy zezwala On na zabijanie &lt;span style="font-style: italic;"&gt;via&lt;/span&gt; akcje terrorystyczne Swoich rzekomych wrogów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Możliwością w łeb!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak już napisałem, zwolennik wykonywania na cudzołożnikach kary śmierci przez ukamienowanie może stwierdzić dwie rzeczy: po pierwsze, jeśli Allah jest transcendentny, to jest epistemicznie możliwe, że (A) istnieje takie działanie, które jest zgodne z naturą Allaha, ale ludzie powszechnie uważają je za złe; po drugie, takim działaniem jest ukaranie ukamienowaniem osoby winnej cudzołóstwa. Kolejnym argumentacyjnym ruchem zwolennika omawianej kary może być podjęcie próby uzasadnienia – na przykład, w oparciu o argumenty (A1), (A2) oraz hadisy – tezy, że wykonanie na cudzołożniku kary śmierci przez ukamienowanie jest pod względem moralnym dobre.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co mam zrobić w odpowiedzi na taką argumentację, jeśli nie wierzę, że istnieje Allah? Aby odpowiedzieć rzetelnie na to pytanie, trzeba wcześniej wyjaśnić, co to znaczy, że coś jest epistemicznie możliwe. W tym celu przyjmijmy, że P symbolizuje dowolne zdanie kategoryczne, zaś S dowolną osobę. Definicja epistemicznej możliwości, którą uważam za najbardziej wiarygodną, przedstawia się następująco***:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;(DEF. EM)&lt;/span&gt; P jest epistemicznie możliwe dla S wtedy i tylko wtedy, gdy nieprawda, że P jest epistemicznie niemożliwe dla S.'&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Natomiast definicja epistemicznej niemożliwości jest taka:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;(DEF. ENM) &lt;/span&gt;P jest epistemicznie niemożliwe dla S wtedy i tylko wtedy, gdy (a) -P jest prawdą, zaś (b) S ma adekwatne uzasadnienie dla uznania –P za prawdziwe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po podstawieniu (DEF. ENM) do (DEF. EM.) otrzymamy następującą definicję epistemicznej możliwości:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;(DEF. EM.')&lt;/span&gt; P jest możliwe epistemicznie dla S wtedy i tylko wtedy, gdy P jest prawdą lub S nie ma adekwatnego uzasadnienia dla uznania –P za prawdziwe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;S ma adekwatne uzasadnienie dla P (lub -P) wtedy i tylko wtedy, gdy S jest przekonany, że Q, Q jest uzasadnione, i z Q wynika (logicznie lub indukcyjnie) P (lub -P). W myśl tej definicji, można posiadać adekwatne uzasadnienie dla P, nie wiedząc, że się je posiada - w takim przypadku, samo posiadanie adekwatnego uzasadnienia dla P nie jest wystarczające do tego, aby P było uzasadnione, chyba że odpowiednio ze sobą powiązane przekonania mogą się wzajemnie uzasadniać. Przyjmuję, że uzasadnianie (jako czynność) jest możliwe do zrealizowania jedynie przez osoby (w tym ludzkie), a więc przez indywidua mające przekonania, pragnienia i zamiary.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za P podstawmy następujące zdanie kategoryczne: (A) „Istnieje takie działanie, które jest zgodne z naturą Allaha, ale ludzie powszechnie uważają je za złe”. Otrzymamy: (A) jest epistemicznie możliwe dla S wtedy i tylko wtedy, gdy (A) jest prawdą lub S nie ma adekwatnego uzasadnienia dla uznania –(A) za prawdziwe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zgodnie z definicją epistemicznej możliwości, zaaplikowaną do zdania (A), (A) jest dla mnie epistemicznie możliwe wtedy i tylko wtedy, gdy (A) jest prawdą lub nie posiadam adekwatnego uzasadnienia dla –(A). Zatem nawet jeśli (A) jest fałszem, ale ja nie posiadam adekwatnego uzasadnienia dla –(A), to A jest dla mnie epistemicznie możliwe. Tylko wtedy, gdy (A) jest fałszem, a ja rzeczone uzasadnienie dla –(A) jednak posiadam, A jest dla mnie epistemicznie niemożliwe. Kiedy posiadam uzasadnienie dla –(A)? Na przykład, wtedy, gdy posiadam adekwatne uzasadnienie dla negacji zakładanej przez (A) tezy o istnieniu Allaha.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wróćmy do sformułowanego wcześniej okresu warunkowego, która nazwałem Zasadą Transcendencji (ZT):&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;(ZT)&lt;/span&gt; Jeśli Allah jest transcendentny, to jest epistemicznie możliwe, że (A) istnieje takie działanie, które jest zgodne z naturą Allaha, ale ludzie powszechnie uważają je za złe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W jaki sposób można argumentować za przejściem od poprzednika do następnika (ZT)? Można, na przykład, przyjąć, że transcendencja Allaha powoduje, że nie jest możliwe adekwatne uzasadnienie dla –(A). Dalej można argumentować następująco:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;(A3)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(1’) Allah jest transcendentny, to nie jest możliwe adekwatne uzasadnienie dla –(A).&lt;br /&gt;(2’) Jeśli nie jest możliwe, adekwatne uzasadnienie dla –(A), to nieprawda, że (A) jest epistemicznie niemożliwe dla S.&lt;br /&gt;(3’) Jeśli nieprawda, że (A) jest epistemicznie niemożliwe dla S, to (A) jest epistemicznie możliwe dla S.&lt;br /&gt;(4’) Zatem jeśli Allah jest transcendentny, to (A) jest epistemicznie możliwe dla S.&lt;br /&gt;(5’) Allah jest transcendentny.&lt;br /&gt;(6’) Zatem (A) jest epistemicznie możliwe dla S.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znamienne, że można wierzyć w prawdziwość (4’), nie wierząc, że (5’) i (6’) są prawdziwe. Jeśli ktoś nie wierzy, że istnieje Allah, a ponadto jest przekonany, że przesłanka (5’) zakłada tezę o istnieniu Allaha, to nie da się go przekonać w oparciu o argument (A3) do uznania (6’). Ponadto jeśli ktoś nie wierzy, że istnieje Allah, a ponadto jest przekonany, że przesłanka (A) zakłada tezę o istnieniu Allaha, to taka osoba nie uzna (A) za prawdziwe, o ile, oczywiście, nie uwierzy wcześniej, że istnieje Allah lub nie uzna, że (A) jednak nie zakłada tezy o istnieniu Allaha.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;En garde!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Załóżmy, że X, będący zwolennikiem wykonywania na cudzołożniku kary śmierci &lt;span style="font-style: italic;"&gt;via&lt;/span&gt; ukamienowanie, argumentuje za pomocą (A3) na rzecz tezy, że jeśli Allah jest transcendentny, to (A) istnieje takie działanie, które jest zgodne z naturą Allaha, ale ludzie powszechnie uznają je za złe. Następnie X argumentuje za pomocą hadisów oraz argumentu (A1), że wykonanie na cudzołożniku kary śmierci przez ukamienowanie nie jest, wbrew powszechnej opinii, złe, lecz dobre.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co mogę zrobić w odpowiedzi na taką argumentację, jeśli nie wierzę, że istnieje Allah?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mogę stwierdzić, że pierwsza przesłanka (A3) wymaga uzasadnienia, gdyż nie jest jasne, dlaczego transcendencja Allaha miałaby przesądzać jedynie o tym, że nie jest możliwe adekwatne uzasadnienie dla -(A). Dlaczego nie miałoby być tak, że z racji Jego transcendencji nie jest możliwe zarówno adekwatne uzasadnienie dla -(A), jak i dla (A). Gdyby tak było, to nikt nie mógłby wiedzieć, że (B) ukaranie cudzołożnika śmiercią przez ukamieniowanie jest działaniem zgodnym z naturą Allaha, ale takim, które ludzie powszechnie uznają za złe. Wszak każde adekwatne uzasadnienie dla (B) jest zarazem adekwatnym uzasadnieniem dla (A), gdyż (A) wynika logicznie z (B). Transcendencja bóstwa wygląda w tym kontekście na broń obosieczną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Następnie mogę zauważyć, że niesprzeczny jest następujący obrazek: Allah jest transcendentny, ta Jego transcendencja przesądza, że (A) istnieje takie działanie, które jest zgodne z naturą Allaha, ale ludzie powszechnie uważają je za złe, co z kolei przesądza, że nie jest prawdą, że (A) jest epistemicznie niemożliwe dla S, dlatego też, w myśl podanych wyżej definicji, (A) jest epistemicznie możliwe dla S. Ponadto jest tak, że jeśli Allah - wszechwiedzące i możliwie najbardziej wiarygodne źródło wszelkich informacji - przekona (bezpośrednio lub pośrednio) S o tym, że P, to S jest zasadnie przekonany, że P (wariacja na rzecz &lt;a href="http://plato.stanford.edu/entries/justep-intext/"&gt;epistemologicznego eksternalizmu&lt;/a&gt;), Allah zaś jest w stanie przekonać dowolnego S o czymkolwiek. Działaniem, o którym prawdziwe jest (A), jest okłamanie S przez Allaha w sprawie prawdziwości (A). Z wyliczonych tez wynika, że Allah może przekonać S do wiary w -(A) i to w taki sposób, że przekonanie S, że -(A) będzie zasadne, nawet jeśli -(A) jest fałszem. Przy takich założeniach -(A) może być dla S epistemicznie możliwe. Jeśli -(A) może być dla S epistemicznie możliwe, to nie jest prawdą, że nie jest możliwe adekwatne uzasadnienie dla -(A). Znów wychodzi na to, że transcendencja Allaha jest bronią obosieczną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dalej mogę rzec mojemu oponentowi, że nie wierzę w prawdziwość (A), gdyż nie wierzę w prawdziwość zakładanej przez (A) tezy o istnieniu Allaha. Mogę mu też rzec, że nie wierzę, iż (A) jest dla mnie epistemicznie możliwe, gdyż jestem przekonany, że (A) jest fałszem, a ponadto sądzę, że w moim posiadaniu znajduje się adekwatne uzasadnienie dla –(A). Mogę wreszcie argumentować, że argumenty odwołujące się do hadisów w celu uzasadnienia tezy o tym, że Allah zezwolił na wykonywanie kary śmierci na cudzołożniku są błędne, nie dlatego jednak, iż nie istnieje Allah, ale dlatego, że &lt;a href="http://www.islamicperspectives.com/StoningIntro.htm"&gt;hadisy, do których odwołują się zwolennicy takiego podejścia, zostały sfałszowane lub nie zawierają tego, co rzekomo mają zawierać&lt;/a&gt; (niezależnie od tego, czy Allah istnieje bądź nie istnieje). Sęk w tym, że każde z tych „mogę” to potencjalny początek nowej dyskusji na nieco inny temat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Świadectwo&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy zatem podjąłbym &lt;span style="font-style: italic;"&gt;na serio &lt;/span&gt;dyskusję z osobą, która stwierdziłaby, że ukaranie cudzołożnika śmiercią przez ukamieniowanie jest dobre z racji swej zgodności z naturą Allaha? Pytanie jest retoryczne, ale na wszelki wypadek odpowiem: &lt;span style="font-style: italic;"&gt;oczywiście, że nie&lt;/span&gt;. Przy czym, tak naprawdę, nie chodzi tutaj jedynie o Allaha, z czego w pewnym momencie swojego występnego życia zdała sobie doskonale sprawę moja dobra znajoma, &lt;a href="http://heavy66metal.blogspot.com/2009/09/prawda-2.html"&gt;Łotrzyca&lt;/a&gt;. Oddam jej na chwilę głos:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;"(...) Kiedy uniosłam powieki, znajdowałam się w przestronnej sali o okrągłej, kamiennej podłodze, posypanej piachem. Stałam na usytuowanym w centrum podwyższeniu, patrząc beznamiętnie na kręcących się wzdłuż ściany ludzi. Było ich dwudziestu czterech. Sami mężczyźni. Z różnych czasów i epok. Dwudziestu czterech zabójców, przekonanych o swej niewinności.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Brzękający kolczugami chrześcijanie spoglądali niepewnie na wystraszonych czerwonoarmistów. Hebrajscy wojownicy z czasów Jozuego łypali podejrzliwie na brodatych Wahabitów noszących wojskowe kamizelki i uzbrojonych w AK-47. Zdezorientowani młodotureccy żołnierze próbowali porozumieć się z jeszcze bardziej zdezorientowanymi żołnierzami UPA - daremnie. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Salę wypełniały coraz głośniejsze uwagi wypowiadane w różnych językach, niekiedy też przekleństwa. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Miałam sześć rodzin i każdą utraciłam. W sześciu czaskątkach Ziemi. Nasi zabójcy wierzyli, że zabijając nas, postępują słusznie. Pomimo faktu, że moi rodzice nie byli ani mordercami, ani złodziejami. Nikogo nie oszukali, nie zgwałcili, nie porwali i nie pobili. Żadna z moich sześciu sióstr również. A jednak uznano ich za winnych. Dlaczego?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Pierwsza z moich sześciu rodzin była rodziną Kananejczyków. Hebrajczycy, którzy nas zabili, wierzyli, że Kananejczycy są wrogami LOVE, i że nie ma niczego złego w zabijaniu wrogów LOVE, o ile robi się to z Jej rozkazu. Byli przekonani, że LOVE rozkazała im - de facto, całemu Izraelowi - eksterminację wszystkich Kananejczyków. Więc do niej przystąpili. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Dlaczego Hebrajczycy uznali nas za wrogów LOVE? Twierdzili, że LOVE dała im prawo do naszych ziem, a my utrudniając przejęcie ich mieliśmy przeciwstawiać się realizacji boskiego planu. Twierdzili też, że gdybyśmy pozostali jedynie sąsiadami, niektórzy z nas mogliby nakłaniać ich do bałwochwalstwa lub zawierania małżeństw z Kananejkami, a tym samym do apostazji. Gdyby ulegli naszym namowom, ściągnęliby na siebie gniew swojego bóstwa. Dlatego uważali, że tak długo, jak żyjemy, stanowimy dla nich zagrożenie. Oskarżali nas o składanie Molochowi ofiar z dzieci, o praktykowanie homoseksualizmu, zoofilii oraz o to, że Kananejczycy uprawiają seks z Kananejkami, gdy te przechodzą menstruację. I, oczywiście, Hebrajczycy mieli rację - my, Kananejczycy, byliśmy wrogami LOVE.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Kiedy Aimee zapytała mnie ironicznie, nie kryjąc, że zna właściwą odpowiedź: "(...) wiesz, że zabójcy się pomylili, prawda?", odrzekłam, że wszyscy z wyjątkiem czterech hebrajskich wojowników. Żaden z nich, zabijając nas, nie zrobił niczego złego. Wręcz przeciwnie. Ojcu poderżnęli gardło. Siostrze rozbili głowę kamiennym młotem. Matce, która zdołała wybiec przed dom, wbili w brzuch nóż. Ostrze przebiło macicę i rozcięło pępowinę. Minęło mą twarz o cal. Sześciomiesięczny embrion, w którym byłam ucieleśniona, zaczął obumierać. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Teraz - dzięki Aimee, która umieściła mnie razem z zabójcami moich rodzin w mini-świecie wykreowanym w obrębie rzeczywistości LOVE - mogłam się zemścić na osobach mających na rękach krew moich kananejskich rodziców i siostry. Pragnęłam tej zemsty. Bo była zła. Tak cudownie, po ludzku, zła.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ruszyłam do ataku. Po piętnastu sekundach na piaszczystym podłożu zaległy cztery bezgłowe ciała. Hebrajczyków miałam z głowy.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Pozostali zabójcy, owszem, pomylili się. Byli mordercami, pomimo faktu, że zabicie moich rodziców i siostry uzasadniali według tego samego schematu, co Hebrajczycy: j&lt;/span&gt;eśli zabijasz X-a, który jest wrogiem Y-ka, z rozkazu Y-ka lub z rozkazu Z uprawnionego do rozkazywania w imieniu Y-ka, to nie ma niczego złego w tym, że zabijasz X-a&lt;span style="font-style: italic;"&gt;. Nie wiedzieli, że to działa tylko wtedy, gdy Y-kiem jest istota pokroju LOVE.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Bronili się zawzięcie; naszpikowali mnie kulami, pocięli nożami, kilka razy pchnęli bagnetami, ale, tak czy inaczej, umierali. Na początku radowałam się ich śmiercią, ale wnet - co było jednym z warunków, jakie postawiła Aimee - moja natura zaczęła się zmieniać. Nadal byłam nieomylną znawczynią dobra i zła, jednak z każdą bezlitośnie upływającą sekundą rozkosz płynąca z human badness przestawała być moją eudaimonią, a ja zaczynałam odczuwać coraz silniejsze obrzydzenie wobec tego, co robię, nie wspominając już o obrzydzeniu, jakie wywoływały moje wspomnienia z łotrowskiej kariery w Melhizabet. Gdy przy życiu pozostało dwóch zabójców - żołnierz UPA przeładowujący rozpaczliwie karabin i chrześcijanin dźwigający się &lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;z mieczem w dłoni &lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;spod ciała kamrata  - stwierdziłam, że jeśli zaraz nie pochłonę ich dusz, to niebawem osiągnę stan, w którym z konieczności zrobię coś, co byłoby dobre, gdyby uczynił to podwójny sapiens. Na przykład, wybaczę im.&lt;/span&gt; &lt;span style="font-style: italic;"&gt;(...)"&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Zawsze jest tylko więcej przyszłości&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przejrzałem dziesiątki komentarzy poświęconych sprawie Sakineh Mohammadi Ashtiani. Większość komentatorów wypowiada się przeciwko wykonaniu na niej kary śmierci przez ukamienowanie. Nie wiem jednak dlaczego. Czy dlatego, że są oni przekonani o nieistnieniu Allaha? A może dlatego, że chociaż wierzą, iż Allah istnieje, to nie wierzą, że Allah nakazał karanie cudzołóstwa ukamienowaniem, wobec czego nie uważają, iż jest to kara sprawiedliwa? Albo dlatego, że z racji okrucieństwa tej kary lub z jakiegoś innego powodu (tak jak ja) mają gdzieś to, czy jest ona lub nie jest zgodna z naturą wyżej opisanego doskonale dobrego wzorca wszelkiego dobra, więc nawet gdyby wiedzieli, że taka kara za cudzołóstwo jest zgodna z naturą owego wzorca, to i tak byliby przeciwko jej stosowaniu? Bądź dlatego, że z racji okrucieństwa tej kary lub z jakiegoś innego powodu (tak jak ja) mają gdzieś to, czy jest ona lub nie jest zgodna z naturą jakiegokolwiek doskonale dobrego wzorca wszelkiego dobra, więc nawet gdyby wiedzieli, że taka kara za cudzołóstwo jest zgodna z naturą jakiegoś takiego wzorca, to i tak byliby przeciwko jej stosowaniu?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Przypisy:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;*W powyższym tekście nazwy "Allah" i "Bóg" funkcjonują niekiedy jako predykaty powiązane równoważnościowo lub implikacyjnie z koniunkcją predykatów używanych do orzekania tzw. wszechcech. Tak potraktowane nazwy "Allah" i "Bóg" mają różne kryteria aplikacji, a stąd też różną treść. Owszem, wyznawcy Allaha oraz wyznawcy Boga zgadzają się, że istnieje stwórca naszego świata będący nosicielem tzw. wszechcech, ale różnią się poglądami na jego naturę. Według muzułmanów, Allah jest z konieczności tylko jeden. Według chrześcijan, Bóg jest z konieczności jeden, ale w trzech osobach. Różnice można by mnożyć. Chcę jednak podkreślić, że nazwy "Allah" i "Bóg" mogą być równie dobrze używane jako sztywne desygnatory. Zasadniczo uważam, że dowolna nazwa (tyczy się to również nazw rodzajowych) może być, w zależności od kontekstu, używana jako predykat bądź sztywny desygnator, sama z siebie zaś, niezależnie od tego, jak się jej używa, nie jest ani pierwszym, ani drugim.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;** William P. Alston, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Divine Nature and Human Language&lt;/span&gt;, Cornel University Press, Ithaca/London 1989, s. 268-269.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;***Clayton Littlejohn, &lt;a href="http://home.sprynet.com/%7Eowl1/epistemic.pdf"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Epistemic Possibility&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; &lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6104099372319078205-3558917328042014579?l=heavy66metal.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://heavy66metal.blogspot.com/feeds/3558917328042014579/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6104099372319078205&amp;postID=3558917328042014579' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/3558917328042014579'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/3558917328042014579'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://heavy66metal.blogspot.com/2010/07/blask-goodneski_13.html' title='Wzorzec metra'/><author><name>Bartek (BD)</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10242921601194248246</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-4gYGKkuvOpM/TXTsS7GUZhI/AAAAAAAAAQM/Nc4bWSIYUdQ/s220/110864731548ad577558d37.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6104099372319078205.post-2313516673887498830</id><published>2010-06-29T05:28:00.000-07:00</published><updated>2010-07-05T00:05:55.281-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rob Rock'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='heavy metal'/><title type='text'>Chwalmy Pana \m/</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_f-v6V5JDUP4/TC3gJ86_NtI/AAAAAAAAAL8/g0uQv82-Ht8/s1600/Holy+Hell.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 200px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_f-v6V5JDUP4/TC3gJ86_NtI/AAAAAAAAAL8/g0uQv82-Ht8/s200/Holy+Hell.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5489289982411486930" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Święte Piekło'&lt;/span&gt; (2005) ma trzech głównych bohaterów: producenta i gitarzystę &lt;a href="http://www.royzmusic.com/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Roya Z.&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, perkusistę &lt;a style="font-weight: bold;" href="http://www.bobbyjarzombek.com/"&gt;&lt;span&gt;Bobby’ego Jarzombka&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; i wokalistę &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Rob_Rock"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Rob Rocka&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Rob_Rock"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Rob Rock&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; jest oczywiście najważniejszą postacią na &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Holy Hell'&lt;/span&gt; – bez niego nie byłoby tej płyty. Ani dwóch jej znakomitych poprzedniczek: &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Rage Of Creation' &lt;/span&gt;(2000) i &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Eyes of Eternity'&lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; &lt;/span&gt;(2003). &lt;a href="http://www.royzmusic.com/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Roy Z.&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; – producent m. in. takich płyt jak &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Accidenth Of Birth'&lt;/span&gt;&lt;span&gt; (1997)&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Chemical Wedding' &lt;/span&gt;&lt;span&gt;(1998)&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Angel Of Retribution'&lt;/span&gt; (2005) i &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Tyranny Of Souls'&lt;/span&gt; (2005) – zagwarantował &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Holy Hell' &lt;/span&gt;poza profesjonalną produkcją, która zaowocowała selektywnym i mięsistym brzmieniem, świetne gitarowe partie, nagrywając część riffów i solówek. &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;a href="http://www.bobbyjarzombek.com/"&gt;Bobby Jarzombek&lt;/a&gt; &lt;/span&gt;– znany m. in. z dwóch solowych płyt &lt;a href="http://robhalford.com/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Half&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;a href="http://robhalford.com/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;orda&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; oraz gry w&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; &lt;a href="http://www.myspace.com/painmuseum"&gt;Painmuseum&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;, zespole &lt;a href="http://www.planetshred.com/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Mike’a Chlasciaka&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; – zagrał fantastycznie na perkusji, obdarowując każdy utwór (z wyjątkiem dwóch słabych ballad) olbrzymią dawką gęstych i dynamicznych partii perkusyjnych. Natomiast &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Rob_Rock"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Rob Rock&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, uważany przez niektórych za jedno z lepszych gardeł w heavy metalu, zaśpiewał z pasją, werwą i charyzmą, bez problemu poruszając się z niższych rejestrów w wyższe, i vice versa, oraz łącząc udanie heavymetalową stylistykę wokalną z jej hardrockowym bratem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Holy Hell'&lt;/span&gt; posiada jednak dwa istotne mankamenty - mianowicie, ballady: poświęconą zmarłemu ojcu &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Rob_Rock"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Roba&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'I Will Be Waiting For You'&lt;/span&gt; oraz &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Move On'&lt;/span&gt;, cover &lt;a href="http://www.abbasite.com/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Abby&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, zaśpiewany z &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Tobias_Sammet"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Tobiasem Sammetem&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, wokalistą &lt;a href="http://www.edguy.net/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Edguy&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. Obie są słodziutkie, mdłe i nie chwytają – jak przystało na porządne ballady – za serce. Przynajmniej za moje. Może dlatego, że go nie mam. Na szczęście, pozostałe osiem utworów to bardzo dobre heavymetalowe granie ze wspaniałymi melodiami okraszonymi nawałnicami riffów. To lubię. To kocham. Dzięki fantastycznej grze &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Bobby’ego&lt;/span&gt; otwierający płytę &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Slayer Of Souls'&lt;/span&gt;, apokaliptyczny &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'First Winds Of The End Of Time'&lt;/span&gt;, wyróżniający się niżej strojonymi gitarami&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; 'Holy Hell'&lt;/span&gt;, mroczny &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Lion Of Judah' &lt;/span&gt;czy hiciarski&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; 'I’m A Warrior'&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'When Darkness Reigns'&lt;/span&gt; mają w sobie cholernie dużo polotu, brawury i dynamiki, którymi można by obdarować co najmniej kilka heavymetalowych albumów.  Najbardziej przebojowym kawałkiem  jest &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'I’m A Warrior'&lt;/span&gt;, będący nową wersją starego utworu &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Chris_Impellitteri"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Chrisa Impellitteri’ego&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; pt. &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Warrior'&lt;/span&gt;. Dla fanów wspomnianego gitarzysty nowa wersja utworu&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; 'Warrior' &lt;/span&gt;to lektura obowiązkowa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W odróżnieniu od &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Ś&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_f-v6V5JDUP4/TC3gUuyttiI/AAAAAAAAAME/OtbM83gdlyI/s1600/Garden+Of+Chaos.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 200px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_f-v6V5JDUP4/TC3gUuyttiI/AAAAAAAAAME/OtbM83gdlyI/s200/Garden+Of+Chaos.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5489290167597250082" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;więtego Piekła'&lt;/span&gt;, wydany dwa lata później &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Ogród Chaosu' &lt;/span&gt;(2007)&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; &lt;/span&gt;ma tylko jednego bohatera -&lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Rob_Rock"&gt; &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Rob Rocka&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;.  &lt;span&gt;Faktem jest, że&lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;a href="http://www.royzmusic.com/"&gt;Roy Z.&lt;/a&gt;&lt;/span&gt; ma na sumieniu wyprodukowanie dwóch utworów i nagranie kilku partii gitarowych, które trafiły na album, jednak jego wkład nie jest na tyle znaczący dla  ostatecznego kształtu całego materiału, abym mógł uznać go za bohatera&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; 'Garden Of Chaos'&lt;/span&gt;. Natomiast &lt;a href="http://www.bobbyjarzombek.com/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Bobby J&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;a href="http://www.bobbyjarzombek.com/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;arzombek&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, skądinąd jeden z moich ulubionych bębniarzy, zabębnił  raptem w jednym utworze - mianowicie w kawałku pt. &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;''This Is The Last Time'&lt;/span&gt;. Szkoda, bo facet bębni na ogół znakomicie - mocno, dynamicznie i gęsto, a przy okazji z łepetyną na karku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wymieniony numer jest jednym z dwóch, których brzmienie w całości opracował &lt;a href="http://www.royzmusic.com/"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Roy Z.&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. Drugim takim utworem jest napisany przez &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;a href="http://gus-g.com/"&gt;Gusa G&lt;/a&gt;.&lt;/span&gt; bonusowy&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; 'Ride The Wind'&lt;/span&gt;, w którym lider greckiego &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;a href="http://gus-g.com/"&gt;Firewind&lt;/a&gt; &lt;/span&gt;zagrał solówkę. Pozostałe utwory wyprodukował gitarzysta &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Carl Johann Grimmark&lt;/span&gt;, znany przede wszystkim z gry w zespole &lt;a href="http://www.myspace.com/narniaofficial"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Narnia&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. Zresztą, nie licząc &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Rob_Rock"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Rob Rocka&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, 3/4 składu jego solowego projektu to muzycy tej kapeli. Na basie gra &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Andreas Olsson&lt;/span&gt; a za zestawem perkusyjnym szaleje &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Andreas Johannson&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Holy Hell' &lt;/span&gt;osiem kawałków, nie licząc dwóch mdłych ballad, to okraszone mocarnym brzmieniem heavymetalowe granie ze wspaniałymi melodiami serwowanymi w nawałnicy riffów. Na&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; 'Garden Of Chaos'&lt;/span&gt; brzmienie nie jest już mocarne acz nie można powiedzieć, by było ono kiepskie - gitary na szczęście nie cykają, raczej rozbrzmiewają soczyście, a w kilku kawałkach momentami brzmią niespodziewanie ciężko, zbliżając się do brzmienia wioseł z wcześniejszego krążka. Reszta instrumentarium jest dobrze słyszalna, nawet bas, razić może jedynie striggerowana perkusja. Same kompozycje, pomijając złagodzone choć nadal selektywne brzmienie, wyraźnie ustępują polotem, brawurą i dynamiką takim utworom z &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Holy Hell' &lt;/span&gt;jak &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Slayer Of Souls'&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'First Winds Of The End Of Time'&lt;/span&gt; i &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Lion Of Judah'&lt;/span&gt;. Raptem o trzech piosenkach z &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Garden Of Chaos'&lt;/span&gt; można trafnie powiedzieć, że dorównują wyżej wymienionym - są to &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Satan's Playground'&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Only A Matter Of Time'&lt;/span&gt; i cholernie przebojowy&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; 'Metal Breed'&lt;/span&gt;. Reszcie bliżej jest do twórczości &lt;a href="http://www.myspace.com/narniaofficial"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Narnii&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; niż do bądź co bądź swego czasu bardziej amerykańskiej niż europejskiej odmiany heavy metalu, jaką &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Rob_Rock"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Rob Rock&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; zaserwował swoim fanom na płytach &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Rage Of Creation' &lt;/span&gt;(2000)&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; &lt;/span&gt;i&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; 'Eyes Of Eternity'&lt;/span&gt; (2003).  O balladach - &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Unconditional'&lt;/span&gt; i poświęconej synkowi Roba &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'Ode To Alexander' &lt;/span&gt;- napiszę jedynie, że niestety trafiły na krążek. A szkoda, bo tak jak ich starsze siostry z&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; 'Holy Hell' &lt;/span&gt;nie grzeszą one urodą. Wręcz przeciwnie. Inna sprawa, że ja zasadniczo nie przepadam za balladami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeszcze krótko o przesłaniu obu albumów  - jest ono na wskroś religijne, do czego  nawiązałem tytułem niniejszej recenzji. &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Rob_Rock"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Rob Rock&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; to gorliwy chrześcijanin, deklaruje miłość do Boga, i o tej swojej miłości do jednego bóstwa w trzech osobach lubi opowiadać na swoich albumach.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6104099372319078205-2313516673887498830?l=heavy66metal.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://heavy66metal.blogspot.com/feeds/2313516673887498830/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6104099372319078205&amp;postID=2313516673887498830' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/2313516673887498830'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/2313516673887498830'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://heavy66metal.blogspot.com/2010/06/chwalmy-pana-m.html' title='Chwalmy Pana \m/'/><author><name>Bartek (BD)</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10242921601194248246</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-4gYGKkuvOpM/TXTsS7GUZhI/AAAAAAAAAQM/Nc4bWSIYUdQ/s220/110864731548ad577558d37.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_f-v6V5JDUP4/TC3gJ86_NtI/AAAAAAAAAL8/g0uQv82-Ht8/s72-c/Holy+Hell.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6104099372319078205.post-5693931643975797681</id><published>2010-06-22T05:37:00.000-07:00</published><updated>2012-02-08T03:27:31.201-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Mity Cthulhu'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='opowiadanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='fantastyka'/><title type='text'>Złoczyńca</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Ktoś kiedyś napisał, że nie to, jaki jest świat, jest tym, co mistyczne, lecz to, że jest. Cóż, to była jedna z tych nocy, kiedy zadziwienie istnieniem czegokolwiek, łącznie z szeroko rozrzuconymi nogami mej partnerki, ogarnęło mnie znienacka, na tyle jednak powściągliwie, że zatrzymało się na granicy językowej artykulacji, przypominając mi, że o czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć. Noc była bezchmurna, księżyc w pełni, morze czarne, a my nadzy, skąpani w piasku, spleceni miłośnie. Denver wargi miała nabrzmiałe, wściekle różowe, długie. Wodziłem wzdłuż nich językiem, muskając czubkiem stwardniałą łechtaczkę. Lizałem, ssałem i przygryzałem. Moje trzy ulubione czynności, nie licząc czytania, prowadzenia samochodu i zadawania pytań.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tej nocy – ostatniej przed całkowitym i ostatecznym końcem nadchodzenia Przedwiecznych – kochaliśmy się pod gwiazdami ustawionymi w złowieszczo znaczącym porządku, na plaży będącej moją własnością, nieopodal mojego piętrowego domu, o którym przed rokiem w magazynie poświęconym budownictwu napisano, że sprawia wrażenie zbudowanego ze stali, chromu i szkła zlepionych czernią. Doprowadziłem ją do orgazmu językiem i dwoma palcami, tak jak lubiła, a potem, gdy już ochłonęła, wzięła do ust mojego kutasa, sprawiła, że stał się duży i twardy, i poprowadziła go w głąb swojej pupy ciasną dziurką, nasuwającą mi skojarzenia z wejściem do króliczej jamy, w którą wpadała mała Alicja, ilekroć jakiś człowiek czytał powieść Dodgsona.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Doszedłem po kwadransie. Poczęstowała mnie damskim papierosem. Wydmuchiwaliśmy dym w niebo, leżąc pod kocem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Masz to? – zapytała, opierając się na lewym łokciu. Papierosa trzymała w prawej dłoni, a popiół strzepywała za siebie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sięgnąłem po plecak.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Jest tutaj – odpowiedziałem. – A gdzie zapłata?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z rzuconych na piasek spodni wyjęła grubą kopertę. Przeliczyłem. Zgadzało się. Tak naprawdę tym razem nie chodziło o pieniądze, ale konwencja zobowiązywała.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Niesamowite… - wyszeptała.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Usiadła w kucki, nieco zgarbiona. Przed sobą położyła posążek. Tkwiący w nim kamień promieniował zielonym blaskiem, oświetlając upiornie jej skupione oblicze i duże, jędrne piersi o małych brodawkach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Była kobietą, która nie chciała się poddać. Więc przyszła do mojego biura w poniedziałek, dokładnie siedem dni temu, a w środę już się kochaliśmy, oralnie i analnie, tak jak lubiła. Ktoś zabił moich rodziców, powiedziała podczas naszego pierwszego  spotkania, a ja jej uwierzyłem, bo w tej krótkiej kwestii wypadła  bardziej przekonująco niż moja żona, kiedy oznajmiła mi, że zaraz  zemdleje, a potem, faktycznie, zemdlała i już się nie ocknęła, lecz  trafiła do szpitala z wylewem. Miałem znaleźć mordercę. Był nim  prawdopodobnie ten sam człowiek, który chciał wejść w posiadanie  posążka. Pan X. Bogaty i niebezpieczny sukinsyn. To on prowadził obrzęd.  Wierzył, tak jak moja klientka, w jakieś mambo-dżambo związane z  posążkiem, jego pochodzeniem, naturą, a nade wszystko z tkwiącym w nim  kamieniem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;We wtorek, czwartek i piątek trochę dla niej powęszyłem, dwóm typkom spod implodującej gwiazdy dałem po mordzie, trzeciemu, który był z tamtymi i do ostatniej chwili czaił się w zaułku, chcąc zajść mnie od tyłu, zmiażdżyłem jądra. Wył z bólu wijąc się jak pijawka rzucona na rozgrzaną patelnię. Zanim zemdlał, wycharczał nazwisko, którego smród doprowadził mnie w sobotę do zaniedbanego domu na przedmieściach tak zapomnianych przez świat, że dostrzegalnych rzekomo jedynie kątem oka, punkt dwunasta, z pędzącego sześćdziesiąt sześć mil czarnego Cadillaka, rocznik 1965. Tak przynajmniej wynikało z siódmego rozdziału grimuaru, oprawionego w ludzką skórę porośniętą kocią sierścią, którego zabrałem facetowi ze zmiażdżonymi jądrami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trafiłem na miejsce bez problemu. Dom choć zaniedbany nie był opuszczony. Na podjeździe stały dwie czarne furgonetki. Na parterze zastałem parę młodych ludzi w czarnych szatach ze szpiczastymi kapturami. Byli bardzo mili, on i ona, mimo że wyglądali dość podejrzanie, zwłaszcza, że pod szykownymi ciuchami, nadającymi się w sam raz na czarną mszę, nosili grube wełniane swetry i wytarte obcisłe dżinsy z dzwonami. Fryzury też mieli w ten deseń, żywcem przeniesione z lat siedemdziesiątych. Zaprowadzili mnie do piwnicy po tym, jak chłopakowi wytrąciłem z ręki rzeźnicki nóż (dlaczego to zawsze musi być rzeźnicki nóż?) i złamałem rękę, a dziewczynie, uzbrojonej dla odmiany w kij do golfa, przestawiłem szczękę. Cholerni studenci. Pozostali kultyści wznosili modły do posążka, który od trzech pokoleń był własnością rodziny mojej klientki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Strzeliłem dwa razy w sufit, tynk posypał się na kultystów, którzy, widząc, że nie żartuję i jestem w stanie kogoś zabić, uciekli na górę. Został tylko jeden. Główny podejrzany. Próbował walczyć, ale strzał w nogę ostudził jego zapał. Zawlokłem go do salonu. Z zadowoleniem stwierdziłem, że furgonetki odjechały, więc przyjąłem, iż kultyści się wynieśli. Związałem drania i zacząłem wypytywać. Po co ta zabawa w kultystów? W odpowiedzi usłyszałem, że tylko on, wykorzystując odpowiednio posążek i kamień, może powstrzymać gwiazdy przed ustawieniem się w porządku, a tym samym uratować nasz świat, a ja jestem głupcem, skoro mu w tym przeszkodziłem, choćby i nieświadomie. Zapytany o śmierć rodziców mojej klientki odparł, że też byli głupcami, gdyż nie wiedzieli, czym jest posążek ani co się da z jego pomocą uczynić, jaką władzę można dzięki niemu uzyskać, a na dodatek nie chcieli go z jakiegoś powodu sprzedać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Więc zaaranżował wypadek samochodowy, w którym zginęli – wyjaśniłem potem Denver. – Miał nadzieję, że dasz się namówić na sprzedaż posążka. Odmówiłaś, wyjaśniając, że to cenna pamiątka po rodzicach. Dlatego wynajął złodziei. Fachowców wybrał pechowo. Jeden z nich okazał się gadatliwy. W kilku spelunach pochwalił się ostatnią robotą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-A kultyści? – zapytała, ściągając bluzkę. Ja wtedy rozkładałem koc.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Żądne wrażeń dzieciaki. Znalazł ich dzięki portalowi grupującemu miłośników satanistycznych horrorów. Ponoć chodziło o orgietkę uwieńczoną ofiarą z krwi. Pewnie dziewicy. Po co? W celu przebudzenia mocy posążka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Denver pokiwała głową, tak jakby chciała powiedzieć, że to by się zgadzało, a potem, gdy już jej powiedziałem, co zrobiłem z panem X, zaczęliśmy się kochać. Wbrew naturze i etyce, pomimo rychłej apokalipsy. Była kobietą, która nie chciała się poddać, a ja byłem facetem, który chciał zachować fason do samego końca. Nawet jeśli ten koniec miał nadejść za tydzień. Dlatego przyjąłem jej zlecenie. Pozostać w roli, trzymać się jej, zanurkować we własną tożsamość. Ot, jedyna forma oporu, buntu, w sytuacji, gdy wszelki opór wydaje się daremny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Plażą nadchodził tłum ludzi. Widmowych. Rozpadających się. Ciemnoskórych. Niektórych pozbawiono głów. Innych rąk. Niektórzy nieśli maczety. Wszyscy mieli na sobie łachmany. Powłóczyli nogami i śpiewali jakąś pieśń. Najwyraźniej żałobną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Otaczają nas zmarli – powiedziała Denver, unosząc w górę posążek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I wariaci, dodałem w duchu, tacy jak ja, nadal podejrzliwie traktujący mambo-dżambo: posążki, grimuary i rytualne ofiary. Wtedy ją zobaczyłem. Nie szła z umarłymi. Zatrzymała się w połowie schodów prowadzących na plażę. Ubrana w szpitalną koszulę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Przykro mi – Denver stanęła za mną, kładąc dłoń na ramieniu. – Już ją dopadło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kobieta w szpitalnej koszuli otworzyła usta. Powiedziała…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;…to samo, co trzy miesiące temu, w poniedziałkowy poranek powiedziało na całym świecie, ograniczającym się do jednej planety, kilkadziesiąt tysięcy osób, mężczyzn, kobiet, dzieci, z każdego miejsca społecznej hierarchii. Oczy tych nieszczęśników zrobiły się mętne, następnie szare, i to całkowicie, z ich krtani wydobył się jęk, po którym popłynął komunikat, wypowiadany pełnym bagiennego bulgotu głosem, o tym, że Przedwieczni, których nadejście zapowiadano w bluźnierczych księgach od wielu wieków, w końcu, ostatecznie, zaczęli nadchodzić. Oczywiście, niewielu w to uwierzyło. Wśród tych, którzy uwierzyli, przeważali liczebnie miłośnicy prozy samotnika z Providence. Nikt więc nie traktował ich poważnie. W mediach trąbiono o masowej hipnozie, zbiorowej histerii, żartobliwym happeningu i takich tam eksplanansach, nikt jednak nie potrafił wyjaśnić, jak to się stało, że ludzie, którzy się nie znali, mniej więcej w tej samej chwili wypowiedzieli dokładnie te same słowa niosące tę samą treść.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;We wtorek prawie dwieście tysięcy osób powtórzyło poniedziałkową wiadomość od Przedwiecznych. Ponadto na Ziemię spadły anioły. Tak to wyglądało: ogólnoplanetarne opady dwumetrowych skrzydlatych humanoidów, całkowicie bezwłosych, pozbawionych narządów płciowych, promieniujących nieziemską urodą nawet po gwałtownym kontakcie z powierzchnią naszej planety. W środę przyszła kolej na mieszkańców piekła. Natomiast w czwartek świat przeżył całodniowe opady… hurys. Blondwłosych piękności o ciałach gwiazd porno. Do końca tygodnia ulice mojego rodzinnego miasta były zasłane tysiącami zwłok istot ze wszystkich ziemskich mitologii. Cóż, w tej sytuacji liczba sceptyków zaczęła topnieć. Kolejne tygodnie przyniosły nowe znaki wieszczące powrót Przedwiecznych. Przede wszystkim sny. O raju, szczęściu i Najwyższej Istocie, powstałej ze wszystkich Przedwiecznych, będącej ucieleśnieniem, czy raczej uduchowieniem, Prawdy, Dobra, Piękna i Sprawiedliwości. To było jak spoglądanie w otchłań biorącą cię w ramiona, składającą na twoich ustach pocałunek, ogrzewającą swoimi czeluściami. Wyciskało łzy wzruszenia, napełniało radością, sprawiało, że zaczynałeś patrzeć na całe swoje dotychczasowe i aktualne życie z perspektywy wieczności, dla której najwyższym dobrem jest ona sama. Wielu uległo tym snom. Wielu się nawróciło. Po przebudzeniu ich oczy pozostały szare, a jednak jakimś cudem nie stracili wzroku. Widzieli teraz więcej, spoglądali głębiej. I głosili dobrą nowinę. W domach, w miejscach pracy, na ulicy i przyjęciach, w Internecie – na blogach i portalach społecznościowych. Nie tylko zwykli ludzie. Rządcy naszych dusz również: prezydenci, premierzy, przywódcy religijni, gwiazdy filmu i muzyki, wśród nich czarnoskóra prezydent USA, premier Rosji, po którym od dwóch dekad nie było widać upływu czasu, papież, któremu zarzucano, że nie radzi sobie z seksualnymi aferami swoich podwładnych, i wielu innych. Dalajlama zamykał pochód nawróconych celebrytów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy przywódcy największych religii oddali pokłon Przedwiecznym, w kościołach i sektach doszło do schizm, wierni skoczyli sobie do gardeł, wszyscy w imieniu prawdziwego panteonu. Pewien amerykański kaznodzieja ogłosił podczas swojego telewizyjnego show, że oto nastały Dni Ostateczne. Później widziano go, jak przemierzał białym Cadillakiem bezdroża rodzinnego stanu w poszukiwaniu szarookich ludzi. Zabijał ich strzałem w głowę, oddawanym z rewolweru Peacemaker. W Tanzanii nawróconych potraktowano gorzej niż albinosów, na których wówczas regularnie polowano. Tubylcy wierzyli bowiem, że proszek z ciała albinosa można wykorzystać do sporządzenia eliksirów pozwalających wyleczyć każdą chorobę, a także zyskać szczęście w miłości i powodzenie w biznesie. Szarookich zabijano tam tysiącami, co było łatwe, gdyż nie stawiali oni żadnego oporu, jakby wierzyli, że doczesne cierpienie, choćby męczeńskie, jest ceną za pośmiertne szczęście w objęciach Najwyższej Istoty. Niektórzy chrześcijanie dostrzegli w tej postawie świadectwo prawdziwości objawienia Przedwiecznych, inni uznali ją za parodię męczeństwa pierwszych chrześcijan, wręcz za szyderstwo wymierzone w Boga, za które odpowiedzialny miał być Lucyfer. Kiedy spadł deszcz świętych, część wyznawców Chrystusa zinterpretowała to wydarzenie jako kolejny symbol i skutek wojny między niebem a piekłem. Ateiści dość zgodnie dopatrzyli się w nim następnego dowodu na fałszywość ziemskich religii. Ja zaś pomyślałem, że ktoś z nas kpi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szarookich przybywało. Głównie dzięki snom. Tam, gdzie zaczynali dominować liczebnie, gwałtownie spadała przestępczość, malała liczba zabójstw, ustawały ludobójstwa, dawni wrogowie, którym nikt rozsądny nie wróżył jakichkolwiek szans na pojednanie, padali sobie w ramiona i wyznawali przewinienia, prosząc o przebaczenie. A wszystko odbywało się dobrowolnie. Wystarczyło jedynie powiedzieć „tak” po przebudzeniu się ze snu zesłanego przez Przedwiecznych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potem nadeszli zmarli.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwszego z nich spotkałem we własnym domu. Siedziałem  akurat w kuchni, oglądając telewizję i jedząc shushi. Słoneczny blask rozlewał się  krwistą czerwienią nad horyzontem. Miałem stąd wspaniały widok – na plażę i morze. Na symbole wolności, którymi od roku cieszyłem się w samotności, gdyż moja żona nadal przebywała w szpitalu, pogrążona w śpiączce, z której, jak przekonywali mnie kolejni lekarze, miała się raczej nie wybudzić.  Tęskniłem za nią, naprawdę, chociaż większość moich dawnych znajomych uznałaby pewnie, że tylko udaję tęsknotę, aby nie wyjść z wprawy w oszukiwaniu ludzi. W jednym mieliby rację – ukryłem przed Kamilą moją przeszłość, przed jej rodziną i przyjaciółmi również. Ludzie, którzy mogliby mnie zdemaskować, już nie żyli, niektórych sam zabiłem jeszcze przed zmianą tożsamości. Kamila poznała mnie jako klepiącego biedę prywatnego detektywa, wyczulonego na ludzką krzywdę i niesprawiedliwość wyrządzaną słabym i bezbronnym przez rozmaitego sortu drani, choćby złotoustych prawników. Wczułem się w nową rolę do tego stopnia, że naprawdę w nią uwierzyłem, w moją nową tożsamość, w historyjkę, na której ją oparłem, wręcz stałem się tym, kogo sobie wymyśliłem, kiedy mój dawny świat wskutek paru głupich posunięć i pechowych okoliczności pochłonęła nicość. Kamila była bogata, ja biedny, nic więc dziwnego, że jej rodzice na początku traktowali mnie z podejrzliwością bliską wrogości. Z czasem jednak, zapewne ze względu na miłość do córki, zaczęli mnie akceptować, a nawet lubić – co prawda dopiero po tym, gdy Kamila znalazła się w śpiączce, a ja zacząłem spędzać u jej boku kilka godzin każdego dnia. Uznali, że moje uczucie było, i jest, szczere.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cóż, naprawdę się zmieniłem, mimo że moje stare ja – złodzieja, oszusta i zabójcy – nadal  gdzieś we mnie tkwiło. Było jak kostium, wciąż wygodny, pozostający w zasięgu ręki, tak na wszelki wypadek, gdyby nadarzyła się okazja. I nadarzyła się – nieco później, już po wizycie martwego niegdyś mężczyzny, kiedy moje biuro odwiedziła Denver.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zmarły miał szeroki, płaski nos, grube, spękane usta, śmierdział czosnkiem. Brudne ciało okrywał podartą szatą, sięgającą mu do bulwiastych kolan, i dziurawym płaszczem przerzuconym niedbale przez prawe ramię. Drapał się pulchnymi paluchami po pękatym brzuszysku. I łypał – na mnie, na boki, po kuchni i salonie, hipnotycznie -  wielkimi oczyma, wystającymi nienaturalnie z ciasnych oczodołów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wyglądał znajomo. Postawiłem przed nim talerz, na który nałożyłem cztery kawałki maki-zhushi z wędzonym łososiem, paluszkami krabowymi i awokado.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Wyglądasz na głodnego – stwierdziłem, a on pokiwał głową, jakby zrozumiał moje słowa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zjadł wszystko z apetytem. I milcząco, samym spojrzeniem rybich oczu, poprosił o dokładkę. Oddałem mu swoją porcję.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Wróciliśmy&lt;/span&gt;, oznajmił.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nawet nie otworzył ust.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Nie wierz im. Uciekaj, jeśli możesz. Oni kłamią, mówiąc prawdę. Okłamali mnie i moich uczniów. Są tym, za co się podają, ale to, czym są, nie jest dla nas. Nie wierz ich snom. Są prawdziwsze niż ci się zdaje. Uciekaj. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mężczyzna otarł usta. Beknął i podrapał się za uchem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Szukają mnie. Innych również. Spróbujemy ostrzec tylu, ilu się da. Uciekaj.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Następnie przemaszerował przez kuchnię, wyszedł na taras, a stamtąd zszedł na plażę. Nigdy więcej już go nie ujrzałem. Widywałem za to innych zmarłych. Niektórzy, jak wyłupiastooki obdartus, byli żywi - oddychali, jedli, pili, wydalali, krwawili; inni zaś pozostawali martwi, widmowi, zdeformowani chorobami, ranami – jedni i drudzy (z nielicznymi wyjątkami) krążyli po miastach, namawiając ludzi, aby powiedzieli „tak” snom Przedwiecznych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pasażerowie Titanica, ofiary komunistycznych i nazistowskich zbrodni, amerykańscy żołnierze, którzy zginęli w Wietnamie, ludzie pozabijani przez terrorystów, ofiary czystek etnicznych na Bałkanach, osoby pomordowane przez seryjnych zabójców, zdekapitowani wrogowie a&lt;span style="font-style: italic;"&gt;ncien regime’u&lt;/span&gt;, ormiańskie ofiary tureckiego ludobójstwa, ludzie pozabijani w wojnach religijnych, a także osoby, których śmierć, naturalna lub zamierzona, nie miała żadnego związku z żadnym z wymienionych ani analogicznych wydarzeń, lecz rozegrała się na marginesach i w przypisach do dziejów, w podszywających je podziemiach z sekretnymi pomieszczeniami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tamtej nocy, po odejściu cuchnącego czosnkiem mądrali, dopadł mnie sen zesłany przez Przedwiecznych. Spoglądanie w otchłań raju, nawiniętego spiralnie na bezcielesne cielsko Najwyższej Istoty, tego niepojmowalnego ludzkim umysłem kolektywnego bóstwa „sprzed” kosmologicznej osobliwości, jeden z nawróconych, mężczyzna poparzony okrutnie na wojnie, porównał do zanurzania twarzy w płomieniu miotacza ognia. Coś w tym było. Różnica wszakże polegała na tym, że śniący chciał więcej, jakby przeczuwał, balansując na krawędzi snu i jawy, oddzielającej go od wiekuistego szczęścia, że w wieczystym tam, które, tak naprawdę, nie było żadnym tam, nieusuwalne w naszym świecie różnice między bólem a przyjemnością, cierpieniem a szczęściem, złem i dobrem zostaną przezwyciężone, zniesione, zastąpione syntezą w „chwili”, w której człowiek zostanie zbawiony, czyli pozna, bez pośrednictwa zmysłów, jedynie samym intelektem, naturę Prawdy, Dobra, Piękna i Sprawiedliwości, których źródłem i nosicielem była Najwyższa Istota.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pokusa, aby rzec „tak” była ogromna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powiedziała…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;…a ja spuściłem głowę. Nie ze wstydu, lecz aby zebrać siły. Spojrzałem na nią hardo, bez cienia zażenowania, kpiąco wręcz. Wyglądało na to, że sfrunęła ze schodów, ale gdy się zbliżyła, dostrzegłem wystające spod szpitalnej koszuli macki – cztery, mięsiste, pokryte od spodu żółtymi wypustkami, trzymały ją w pionie, oplatając całe ciało.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Zaraz wybije północ – szepnęła Denver.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Brzemienny postludzkim jutrem księżyc zaczynały ogarniać porodowe skurcze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Dlaczego? – zapytała Kamila. – Przecież mnie kochałeś.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wzruszyłem ramionami. Kolejny krok na drodze wiodącej w stronę przeciwną do raju. Popłakała się – szarooka piękność z mackami. Macki drgnęły, zaczęła się przysuwać. Cofnąłem się za stertę moich ubrań, odpychając na bok Denver. Nadal byłem nagi, moja klientka również.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Twoje oczy wciąż są niebieskie… - z głosu małżonki przebijało współczucie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wyjąłem spod koszuli rewolwer.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Nie zbliżaj się, kochanie – rzekłem, wymierzywszy w nią broń.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Umrzesz, wiesz o tym?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pokręciłem głową.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Nie zamierzam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Umrą wszyscy niewierni…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Kocham cię – powiedziałem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Bardziej niż samego siebie? Bardziej niż Najwyższą Istotę?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mogłem się spodziewać takiego pytania. Przecież była prawnikiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Już północ – oznajmiła Denver.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Uklękła przed posążkiem, rozchyliła uda, zanurzyła między nie prawą dłoń, lewą wsunęła między pośladki. Mieszaninę swoich soków i mojej spermy naniosła na zielony kamień, który zaraz po tym zaczął świecić mocniej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;U nas przemijała północ. Gdzie indziej była to inna godzina. Tekstura rzeczywistości zafalowała, przez powstałe w niej szczeliny zaczęły wsuwać się niebieskie i przeźroczyste, jakby holograficzne, macki. Kamila zastygła w bezruchu, tak samo martwi Tutsi, dotychczas błądzący bez celu po plaży. Ciała szarookich i umarłych wygięły się w łuk, wystrzeliwując w niebiosa  słupy zielonkawej energii, natychmiast wyłapywane przez macki spoza czasu i przestrzeni. Najwyższa Istota rozpoczęła żerowanie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poczułem się, jakbym śnił na  jawie. Znów ujrzałem raj. Języki ognistej miłości objęły mą twarz. Zacząłem drżeć. Tym razem pokusa była jeszcze silniejsza.  Więc aby się jej oprzeć, sięgnąłem po moje dawne ja, właściwie to już je częściowo na siebie nałożyłem, prowadząc sprawę Denver, teraz jednak wbiłem się w nie całkowicie, i wiecie co? Leżało jak ulał. Znajomy smrodek moralnej zgnilizny wypełnił me nozdrza. Dawne zbrodnie i występki dodały mi skrzydeł niczym jakiś pieprzony napój energetyczny. Splunąłem w raj, w oblicze Najwyższej Istoty. Pokazałem im środkowy palec, a Denver, dziedziczka starożytnego rodu, której antenaci w innym świecie, na innej planecie, raz już stanęli w szranki z Najwyższą Istotą, płacąc za to wysoką cenę, wzniosła posążek, recytując pradawne formuły i zawzięcie masując palcami krocze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Uwięziona w zielonym kamieniu moc, równie przedwieczna jak Przedwieczni, a może nawet starsza, wydostała się na wolność, uderzając w rozfalowaną i spękaną teksturę rzeczywistości, przebiła się na wylot i uderzyła prosto między żółtawe ślepia Najwyższej Istoty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rzuciłem rewolwer na piasek, zanurzyłem dłoń w strumieniu mocy bijącym z posążka i podszedłem do żony. Zerwałem z niej szpitalną koszulę. Macki oplatały jej brzuch, piersi i szyję, wchodziły czy raczej wychodziły, trudno powiedzieć, z krocza, wijąc się wzdłuż nóg. Wracam do domu, kochanie, pomyślałem i wyrwałem z niej pierwszą mackę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czuję się świetnie, przygotowując im śniadanie. Dzisiaj podam świeże rogaliki z masełkiem, włoską szynką i żółtym serem. Do tego po plasterku pomidorka. I sok wyciśnięty z pomarańczy. Siedzą na tarasie, przy stoliku, w cieniu parasola. Jest ciepło, a niemrawy wiatr wiejący od strony miasta przynosi zapach spalonej ludzkiej skóry. Stosy płoną już trzeci dzień. Kiedy przynoszę jedzenie, dziewczyny chichocząc trzymają się za ręce. Wyglądają cudownie. Całują mnie na powitanie w policzki. Pochłaniają rogaliki i zbiegają na plażę. Idziemy popływać. Potem pojedziemy do miasta. Zabijać umarłych, ratować szarookich. Oczyszczać nasz świat. Wiemy, że moc, którą Denver uwolniła z zielonego kamienia, upomni się kiedyś o spłatę długu. Coś za coś, za wszystko trzeba płacić. Kamila jest spokojna. Nabrała przekonania, że jej nowa przyjaciółka i kochanka zdąży wymyślić jakiś fortel, dzięki któremu ponownie uratujemy nasze zepsute dusze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zobaczymy*.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*Opowiadanie w bardzo &lt;span style="font-style: italic;"&gt;luuuuuźny&lt;/span&gt; sposób nawiązuje do &lt;a style="font-weight: bold;" href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Wielcy_Przedwieczni"&gt;Mitów Cthulhu&lt;/a&gt;.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6104099372319078205-5693931643975797681?l=heavy66metal.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://heavy66metal.blogspot.com/feeds/5693931643975797681/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6104099372319078205&amp;postID=5693931643975797681' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/5693931643975797681'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6104099372319078205/posts/default/5693931643975797681'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://heavy66metal.blogspot.com/2010/06/zoczynca.html' title='Złoczyńca'/><author><name>Bartek (BD)</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10242921601194248246</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://2.bp.blogspot.com/-4gYGKkuvOpM/TXTsS7GUZhI/AAAAAAAAAQM/Nc4bWSIYUdQ/s220/110864731548ad577558d37.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6104099372319078205.post-3412880142243065676</id><published>2010-05-25T01:55:00.000-07:00</published><updated>2011-09-04T04:27:32.101-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Dio'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='filozofia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='heavy metal'/><title type='text'>Sześć stóp pod ziemią</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;(&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Uwaga! Pozwoliłem sobie na pewną modyfikację zakończenia niniejszego tekstu.&lt;/span&gt; &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Przypis trzeci wyjaśnia dlaczego.&lt;/span&gt;)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bogowie umierają, o ile są ludźmi. &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Ronnie_James_Dio"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Dio&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; umarł w niedzielę nad ranem. Chorował na raka żołądka. Nie jestem osobą, która mogłaby się pochwalić wysoką empatią. Wręcz przeciwnie – mógłbym z powodzeniem brać udział w konkursach na bycie draniem zimniejszym niż najchłodniejsza przekąska na zimno. Wiadomość o śmierci &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Ronnie_James_Dio"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Dio&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; sprawiła jednak, że oddałem się odkładanej od poniedziałku refleksji. Nie nad życiem, jego ewentualnym sensem lub brakiem takiego, nie nad moją przyszłością ani nawet chwilą obecną, która ma to do siebie, że zawsze jest chwilą minioną. Pomyślałem, zapewne niestosownie, o pewnym zakątku przestrzeni logicznej, czy też pojęciowej, w którym umościły się koncepcje i teorie traktujące o naturze osoby.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W zeszły poniedziałek zastrzeliłem człowieka. W ramach służbowych obowiązków. Zgodnie z prawem. Nie, nie wpakowałem w niego ani jednej kulki.  Niemalże cała zawartość magazynku mojego Desert Eagle’a spoczęła w międzywymiarowych czeluściach skrzata, którego pacynką – przyznaję, nieszczęsną – był zabity przeze mnie człowiek.  Niestety, tak to już jest, że jeśli zabijesz skrzata animującego jakieś zwierzę, choćby ludzkie zwierzę, to ostatnie również umrze, chyba, że wcześniej uda ci się przeciąć łączącą ich mackę, i to zanim zakończy ona proces opanowywania układu nerwowego ofiary. Tym razem przybyłem na miejsce wylęgu za późno.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poniedziałkowy poranek był słoneczny. Trzypiętrowa kamienica z czerwonej cegły wyglądała zwyczajnie dla zwyczajnych ludzi. Ja jednak byłem osobą z odznaką symbolizującą zawód, którego przedstawiciele byli znienawidzeni przez wszystkie skrzaty. I jak każdy przedstawiciel rzeczonego zawodu, polegającego, z grubsza, na szeryfowaniu na granicy dwóch światów, naszego i skrzaciego, posiadałem umiejętności umożliwiające mi wykrywanie samych skrzatów, bez względu na formę, jaką przybrały, oraz ich kryjówek, które urządzały na ogół w niebudzących podejrzeń budynkach, często w dzielnicach, nad którymi ciążyła opinia, że zamieszkują je głównie porządni ludzie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W kamienicy, do której zmierzałem, zgodnie z tym, co powiedział mi jej administrator i właściciel w jednej osobie, znajdowało się dziewięć mieszkań, po trzy na każdym piętrze, z czego tylko cztery były zamieszkane – wszystkie przez studentów z pobliskiego uniwersytetu. Oczywiście, nie zdradziłem facetowi mojej prawdziwej tożsamości, przedstawiłem mu się jako policjant, którym zresztą kiedyś byłem, szukający, co już zmyśliłem, dziewczyny, która, według rodziców, w tajemniczy sposób zniknęła z domu. Powiedziałem mu, że otrzymaliśmy informację, iż podobną do niej osobę widziano w jednym z mieszkań w jego kamienicy. Uwierzył. Jestem  wszak sympatycznym gościem o charyzmatycznej posturze krótkopyskiego niedźwiedzia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zaparkowałem trzy przecznice dalej na płatnym i strzeżonym parkingu. Przez kilkadziesiąt sekund siedziałem w bezruchu, słuchając końcówki &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;‘Holy Diver’&lt;/span&gt;, zaśpiewanego genialnie przez wielkiego-małego człowieka, który wtedy jeszcze żył, choć, jak się później dowiedziałem  z internetowych newsów, nie był już w najlepszym stanie. Jasne, o tym, że &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Ronnie_James_Dio"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Dio&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; chorował na raka, wiedziałem od trzech miesięcy, miałem jednak nadzieję, iż wydobrzeje on na tyle, że z &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Tony_Iommi"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Iommim&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Geezer_Butler"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Butlerem&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; i &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Vinny_Appice"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Appicem&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; ruszy w przerwaną z powodu choroby trasę koncertową, dzięki czemu będę miał okazję zobaczyć na żywo występ &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Black_Sabbath"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Black Sabbath&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; reaktywowanego pod nazwą &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;'&lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Heaven_%26_Hell_%28band%29"&gt;Heaven and Hell&lt;/a&gt;'&lt;/span&gt;. Ponadto liczyłem, iż doczekam się przynajmniej jeszcze jednego solowego albumu &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Ronnie_James_Dio"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Dio&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, najlepiej kontynuującego opowieść z płyty &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;‘Magica’&lt;/span&gt;. W niedzielę rzeczywistość uczyniła moje oczekiwania bezprzedmiotowymi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wybrzmiały ostatnie dźwięki piosnki o nurku ze świętością będącym za pan brat, odtwarzacz wybrał losowo inny utwór – trafiło na &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=QUs3i9oCs3U"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;‘Bible Black’&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; z &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/The_Devil_You_Know_%28Heaven_%26_Hell_album%29"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;‘Devil You Know’&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, której to płycie, odpowiadając na prośbę przyjaciela zajmującego się hobbistycznie muzycznym dziennikarstwem, poświęciłem w zeszłym roku &lt;a href="http://heavy66metal.blogspot.com/2009/04/pomidorki-diabe-i-sorites.html"&gt;recenzję&lt;/a&gt;. Po wstępie zagranym na akustycznych gitarach, którym towarzyszył śpiew wówczas sześćdziesięciosześcioletniego &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Ronnie_James_Dio"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Dio&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Tony_Iommi"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Iommi&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; zaczął riffować tak, jakby, cytuję samego siebie, „świat miał się skończyć lada dzień (…) jakby od jego monstrualnej riffiady zależał los rzeczywistości. Jakby każdy zagrany przezeń mamuci riff był jednym z filarów podtrzymujących przegrywający z entropią świat”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zanim zacząłem argumen-sorytować, przestawiłem moją percepcję na zupełnie nie-Nietzscheański tryb ‘Spoglądam w otchłań, szczerząc bezczelnie zęby”, aby upewnić się, że w pobliżu nie ma żadnych skrzatów ani ich pacynek. Czas na wyliczankę, uznałem i wyszeptałem:  &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Jeśli jestem niepercypowalny dla jednego skrzata, to jestem niepercypowalny dla dwóch skrzatów. Jestem niepercypowalny dla jednego skrzata. Zatem jestem niepercypowalny dla dwóch skrzatów…&lt;/span&gt; I tak dalej: cierpliwie wypełniając odpowiednią treścią schemat &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Modus Ponendo Ponens&lt;/span&gt;, dojechałem do stu skrzatów. Analogiczną wyliczankę wykonałem dla pacynek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cóż, &lt;a href="http://plato.stanford.edu/entries/sorites-paradox/#2"&gt;argumen-sorytowanie&lt;/a&gt; ma wiele zastosowań pożytecznych dla osób wykonujących mój zawód. Poszerzanie zasięgu własnej niepercypowalności jest jednym z nich. Za pomocą argumen-sorytów możemy też zabijać. Nie tylko istoty, które podają się za odwiecznych wrogów podwójnie sapiensiej ludzkości. Tak to już jest w naszym świecie. Zastaliśmy w nim takie a nie inne reguły i korzystamy z nich, w ściśle unormowany sposób, aby przetrwać. Wbrew pozytywistycznym ideom naszych dziewiętnastowiecznych poprzedników nie robimy tego dla ludzkości, robimy to przede wszystkim dla starannie zdefiniowanych „nas”, dla reszty zasadniczo przy okazji albo tylko wtedy, gdy organy decyzyjne starannie zdefiniowanego „my” stwierdzą, iż mamy w tym znaczący interes. No, ale o tych faktach wiedzą tylko tacy jak ja oraz osoby, które stoją za takimi typami jak ja, jak również osoby stojące za osobami stojącymi za… sami dokończcie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zapłaciłem parkingowemu za postój i wmieszałem się w tłum. Po dziesięciu minutach spacerku, ujrzałem kamienicę z czerwonej cegły w całej jej &lt;span style="font-style: italic;"&gt;skrzaciej&lt;/span&gt; prawdzie. Nie zawiódł mnie instynkt. Oplatające budynek czerwono-fioletowe macki z białymi wypustkami, z których tryskały szare opary, świadczyły z pewnością o jednym – w kamienicy doszło do wylęgu skrzatana. Wezwałem posiłki i wszedłem do środka, nie wiedząc, że mniej więcej za kwadrans zastrzelę człowieka, i że to wydarzenie przygotuje w mojej psychice grunt pod przekierowanie mych norzastych na ogół myśli ku dziedzinie zagadnień egzystencjalnych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszystko odbyło się regulaminowo. Zginęło wtedy więcej osób. Uratowaliśmy jedynie trzy. Niezły wynik, zważywszy na liczbę skrzatów, które opanowały kamienicę. W mediach podano, że przyczyną śmierci dziesięciu studentów był wybuch gazu. Właściciel budynku został zatrzymany przez policję w charakterze podejrzanego. W niedzielę dopadła mnie wieść o śmierci &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Ronnie_James_Dio"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Dio&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, a moje myśli zatrzasnęły się w szturmowanym przez egzystencjalistyczne pytania zakątku przestrzeni logicznej i pozostały tam do wtorku. Zadałem sobie to samo pytanie, na które w wieku XVII człek rzadko kiedy  rozstający się ze szpadą udzielił odpowiedzi o takiej treści, że  niezadługo potem jego nie mniej sławny rodak uznał, że między nami a  naszymi ciałami nie zachodzą, bo nie mogą zachodzić, żadne związki  przyczynowo-skutkowe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W poniedziałek chowano ofiary rzekomej eksplozji. Wybrałem się  na jeden z pogrzebów. Trzymałem się z tyłu, za tłumem żałobników, z dala od tonących we łzach rodziców i siostry zastrzelonego przeze mnie chłopaka. Myślałem o doznanym wczoraj olśnieniu, z którego skutkami musiałem sobie jakoś poradzić, aby wrócić do normalnego życia eksterminatora skrzatów. Sądziłem, że wiem, kogo wczoraj zastrzeliłem. Człowieka, owszem. Ale nie tylko. Wierzyłem, że wiem, iż zastrzeliłem osobę ludzką.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przecież to takie oczywiste, prawda? Czym a raczej kim jestem esencjalnie? Osobą! Jeśli jestem esencjalnie osobą, to nie mogę przestać nią być, nie przestając zarazem istnieć. Ot, sedno minimalnego esencjalizmu. Ok. Więc jestem osobą. Czyli, tak naprawdę, czym? Na ostatnie pytanie można odpowiedź tak: &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Rzeczą myślącą; ale co to jest? Jest to rzecz, która wątpi, pojmuje, twierdzi, przeczy, chce, nie chce, a także wyobraża sobie i czuje&lt;/span&gt;*. Ok. Osoba jest rzeczą myślącą, ale czym jest owa rzecz?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I tutaj zaczynają się komplikacje. Jedno z dwojga trzeba bowiem wybrać. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Tertium non datur&lt;/span&gt;.  Albo osoba jest identyczna ze swoim ciałem, albo między osobą a jej ciałem zachodzi relacja innego sortu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Platonik uznałby osobę za identyczną z duszą, która z racji swej niematerialności nie jest identyczna z ciałem, w którym została ucieleśniona. Kartezjanista to samo orzekłby o umyśle. Obaj zgodziliby się, że istnieją substancje materialne i niematerialne, i że osoba należy do tych drugich. Natomiast konstytucjonalista – czyli zwolennik ontologii konstytucji – stwierdziłby, że osoba jest mającym perspektywę pierwszo-osobową indywiduum ukonstytuowanym przez jakieś ciało – w przypadku osoby ludzkiej przez żywe zwierzę z gatunku &lt;span style="font-style: italic;"&gt;homo sapiens sapiens&lt;/span&gt;. Platonik i kartezjanista orzekliby, że nie jest konieczne, aby dusza i umysł były ucieleśnione. Konstytucjonalista stwierdziłby, że osoba jest z konieczności konstytuowana przez jakieś ciało, aczkolwiek fakt, że w danym czasie daną osobę konstytuuje konkretne ciało jest przygodny. Natomiast na pytanie swoich cechowych kolegów, czy relacja konstytucji zachodzi między materialnym ciałem a immaterialną osobą odrzekłby, że dla każdego x i dla każdego y, jeśli x konstytuuje y i x jest materialne, to y, którego konstytuuje x, też jest materialny. Klaryfikując tę materialistyczną tezę, stwierdziłby, że nie wynika z niej negacja tezy teizmu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;meta equiv="Content-Type" content="text/html; charset=utf-8"&gt;&lt;meta name="ProgId" content="Word.Document"&gt;&lt;meta name="Generator" content="Microsoft Word 12"&gt;&lt;meta name="Originator" content="Microsoft Word 12"&gt;&lt;link rel="File-List" href="file:///C:%5CUsers%5CBartek%5CAppData%5CLocal%5CTemp%5Cmsohtmlclip1%5C01%5Cclip_filelist.xml"&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;o:officedocumentsettings&gt;   &lt;o:relyonvml/&gt;   &lt;o:allowpng/&gt;  &lt;/o:OfficeDocumentSettings&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;link rel="themeData" href="file:///C:%5CUsers%5CBartek%5CAppData%5CLocal%5CTemp%5Cmsohtmlclip1%5C01%5Cclip_themedata.thmx"&gt;&lt;link rel="colorSchemeMapping" href="file:///C:%5CUsers%5CBartek%5CAppData%5CLocal%5CTemp%5Cmsohtmlclip1%5C01%5Cclip_colorschememapping.xml"&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:worddocument&gt;   &lt;w:view&gt;Normal&lt;/w:View&gt;   &lt;w:zoom&gt;0&lt;/w:Zoom&gt;   &lt;w:trackmoves/&gt;   &lt;w:trackformatting/&gt;   &lt;w:hyphenationzone&gt;21&lt;/w:HyphenationZone&gt;   &lt;w:punctuationkerning/&gt;   &lt;w:validateagainstschemas/&gt;   &lt;w:saveifxmlinvalid&gt;false&lt;/w:SaveIfXMLInvalid&gt;   &lt;w:ignoremixedcontent&gt;false&lt;/w:IgnoreMixedContent&gt;   &lt;w:alwaysshowplaceholdertext&gt;false&lt;/w:AlwaysShowPlaceholderText&gt;   &lt;w:donotpromoteqf/&gt;   &lt;w:lidthemeother&gt;PL&lt;/w:LidThemeOther&gt;   &lt;w:lidthemeasian&gt;X-NONE&lt;/w:LidThemeAsian&gt;   &lt;w:lidthemecomplexscript&gt;X-NONE&lt;/w:LidThemeComplexScript&gt;   &lt;w:compatibility&gt;    &lt;w:breakwrappedtables/&gt;    &lt;w:snaptogridincell/&gt;    &lt;w:wraptextwithpunct/&gt;    &lt;w:useasianbreakrules/&gt;    &lt;w:dontgrowautofit/&gt;    &lt;w:splitpgbreakandparamark/&gt;    &lt;w:dontvertaligncellwithsp/&gt;    &lt;w:dontbreakconstrainedforcedtables/&gt;    &lt;w:dontvertalignintxbx/&gt;    &lt;w:word11kerningpairs/&gt;    &lt;w:cachedcolbalance/&gt;   &lt;/w:Compatibility&gt;   &lt;m:mathpr&gt;    &lt;m:mathfont val="Cambria Math"&gt;    &lt;m:brkbin val="before"&gt;    &lt;m:brkbinsub val="&amp;#45;-"&gt;    &lt;m:smallfrac val="off"&gt;    &lt;m:dispdef/&gt;    &lt;m:lmargin val="0"&gt;    &lt;m:rmargin val="0"&gt;    &lt;m:defjc val="centerGroup"&gt;    &lt;m:wrapindent val="1440"&gt;    &lt;m:intlim val="subSup"&gt;    &lt;m:narylim val="undOvr"&gt;   &lt;/m:mathPr&gt;&lt;/w:WordDocument&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:latentstyles deflockedstate="false" defunhidewhenused="true" defsemihidden="true" defqformat="false" defpriority="99" latentstylecount="267"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="0" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Normal"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="heading 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 7"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 8"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 9"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 7"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 8"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 9"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="35" qformat="true" name="caption"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="10" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Title"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="1" name="Default Paragraph Font"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="11" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Subtitle"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="22" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Strong"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="20" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Emphasis"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="59" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Table Grid"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" unhidewhenused="false" name="Placeholder Text"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="1" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="No Spacing"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="60" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Shading"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="61" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light List"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="62" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Grid"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="63" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="64" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="65" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="66" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="67" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="68" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="69" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="70" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Dark List"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="71" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Shading"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="72" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful List"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="73" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Grid"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="60" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Shading Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="61" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light List Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="62" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Grid Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="63" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 1 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="64" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 2 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="65" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 1 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" unhidewhenused="false" name="Revision"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="34" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="List Paragraph"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="29" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Quote"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="30" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Intense Quote"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="66" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 2 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="67" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 1 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="68" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 2 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="69" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 3 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="70" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Dark List Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="71" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Shading Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="72" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful List Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="73" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Grid Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="60" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Shading Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="61" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light List Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="62" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Grid Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="63" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 1 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="64" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 2 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="65" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 1 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="66" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 2 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="67" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 1 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="68" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 2 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="69" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 3 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="70" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Dark List Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="71" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Shading Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="72" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful List Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="73" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Grid Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="60" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Shading Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="61" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light List Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="62" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Grid Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="63" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 1 Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="64" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 2 Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="65" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 1 Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="66" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 2 Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="67" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 1 Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="68" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 2 Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="69" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 3 Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="70" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Dark List Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="71" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Shading Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="72" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful List Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="73" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Grid Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="60" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Shading Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="61" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light List Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="62" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Grid Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="63" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 1 Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="64" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 2 Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="65" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 1 Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="66" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 2 Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="67" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 1 Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="68" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 2 Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="69" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 3 Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="70" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Dark List Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="71" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Shading Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="72" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful List Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="73" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Grid Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="60" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Shading Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="61" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light List Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="62" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Grid Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="63" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 1 Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="64" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 2 Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="65" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 1 Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="66" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 2 Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="67" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 1 Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="68" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 2 Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="69" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 3 Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="70" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Dark List Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="71" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Shading Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="72" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful List Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="73" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Grid Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="60" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Shading Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="61" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light List Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="62" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Grid Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="63" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 1 Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="64" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 2 Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="65" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 1 Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="66" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 2 Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="67" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 1 Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="68" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 2 Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="69" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 3 Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="70" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Dark List Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="71" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Shading Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="72" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful List Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="73" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Grid Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="19" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Subtle Emphasis"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="21" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Intense Emphasis"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="31" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Subtle Reference"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="32" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Intense Reference"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="33" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Book Title"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="37" name="Bibliography"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" qformat="true" name="TOC Heading"&gt;  &lt;/w:LatentStyles&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;style&gt; &lt;!--  /* Font Definitions */  @font-face 	{font-family:"Cambria Math"; 	panose-1:2 4 5 3 5 4 6 3 2 4; 	mso-font-charset:1; 	mso-generic-font-family:roman; 	mso-font-format:other; 	mso-font-pitch:variable; 	mso-font-signature:0 0 0 0 0 0;} @font-face 	{font-family:Calibri; 	panose-1:2 15 5 2 2 2 4 3 2 4; 	mso-font-charset:238; 	mso-generic-font-family:swiss; 	mso-font-pitch:variable; 	mso-font-signature:-520092929 1073786111 9 0 415 0;}  /* Style Definitions */  p.MsoNormal, li.MsoNormal, div.MsoNormal 	{mso-style-unhide:no; 	mso-style-qformat:yes; 	mso-style-parent:""; 	margin-top:0cm; 	margin-right:0cm; 	margin-bottom:10.0pt; 	margin-left:0cm; 	line-height:115%; 	mso-pagination:widow-orphan; 	font-size:11.0pt; 	font-family:"Calibri","sans-serif"; 	mso-ascii-font-family:Calibri; 	mso-ascii-theme-font:minor-latin; 	mso-fareast-font-family:Calibri; 	mso-fareast-theme-font:minor-latin; 	mso-hansi-font-family:Calibri; 	mso-hansi-theme-font:minor-latin; 	mso-bidi-font-family:"Times New Roman"; 	mso-bidi-theme-font:minor-bidi; 	mso-fareast-language:EN-US;} .MsoChpDefault 	{mso-style-type:export-only; 	mso-default-props:yes; 	mso-ascii-font-family:Calibri; 	mso-ascii-theme-font:minor-latin; 	mso-fareast-font-family:Calibri; 	mso-fareast-theme-font:minor-latin; 	mso-hansi-font-family:Calibri; 	mso-hansi-theme-font:minor-latin; 	mso-bidi-font-family:"Times New Roman"; 	mso-bidi-theme-font:minor-bidi; 	mso-fareast-language:EN-US;} .MsoPapDefault 	{mso-style-type:export-only; 	margin-bottom:10.0pt; 	line-height:115%;} @page Section1 	{size:612.0pt 792.0pt; 	margin:70.85pt 70.85pt 70.85pt 70.85pt; 	mso-header-margin:35.4pt; 	mso-footer-margin:35.4pt; 	mso-paper-source:0;} div.Section1 	{page:Section1;} --&gt; &lt;/style&gt;&lt;!--[if gte mso 10]&gt; &lt;style&gt;  /* Style Definitions */  table.MsoNormalTable 	{mso-style-name:Standardowy; 	mso-tstyle-rowband-size:0; 	mso-tstyle-colband-size:0; 	mso-style-noshow:yes; 	mso-style-priority:99; 	mso-style-qformat:yes; 	mso-style-parent:""; 	mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; 	mso-para-margin-top:0cm; 	mso-para-margin-right:0cm; 	mso-para-margin-bottom:10.0pt; 	mso-para-margin-left:0cm; 	line-height:115%; 	mso-pagination:widow-orphan; 	font-size:11.0pt; 	font-family:"Calibri","sans-serif"; 	mso-ascii-font-family:Calibri; 	mso-ascii-theme-font:minor-latin; 	mso-fareast-font-family:"Times New Roman"; 	mso-fareast-theme-font:minor-fareast; 	mso-hansi-font-family:Calibri; 	mso-hansi-theme-font:minor-latin; 	mso-bidi-font-family:"Times New Roman"; 	mso-bidi-theme-font:minor-bidi;} &lt;/style&gt; &lt;![endif]--&gt;Tak czy inaczej, według platonika, kartezjanisty i konstytucjonalisty z takich czy innych względów osoba byłaby numerycznie różna od swojego ciała, którym w przypadku osoby ludzkiej byłby jakiś podwójny sapiens.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Animalista nie zgodziłby się ze swoimi cechowymi kolegami. Po pierwsze, rzekłby, esencjalnie to ja jestem człowiekiem, i to człowiekiem z gatunku &lt;span style="font-style: italic;"&gt;homo sapiens sapiens&lt;/span&gt;, a nie osobą. Po drugie, zakresem nazwy „osoba” jest tylko pewien podzbiór zbioru podwójnych sapiensów, mianowicie ten, do którego należą wyłącznie podwójne sapiensy mające perspektywę pierwszo-osobową, czyli zdolne do myślenia o samych sobie jako podmiotach swoich własnych myśli i działań. Wynika stąd, że mogę przestać być osobą, a mimo to nadal istnieć. Po trzecie, człowiek to  zwierzę, istota w całości biologiczna. Po czwarte, jestem identyczny z konkretnym człowiekiem, ergo z konkretnym zwierzęciem, które jest pewnego typu organizmem biologicznym. &lt;meta equiv="Content-Type" content="text/html; charset=utf-8"&gt;&lt;meta name="ProgId" content="Word.Document"&gt;&lt;meta name="Generator" content="Microsoft Word 12"&gt;&lt;meta name="Originator" content="Microsoft Word 12"&gt;&lt;link rel="File-List" href="file:///C:%5CUsers%5CBartek%5CAppData%5CLocal%5CTemp%5Cmsohtmlclip1%5C01%5Cclip_filelist.xml"&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;o:officedocumentsettings&gt;   &lt;o:relyonvml/&gt;   &lt;o:allowpng/&gt;  &lt;/o:OfficeDocumentSettings&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;link rel="themeData" href="file:///C:%5CUsers%5CBartek%5CAppData%5CLocal%5CTemp%5Cmsohtmlclip1%5C01%5Cclip_themedata.thmx"&gt;&lt;link rel="colorSchemeMapping" href="file:///C:%5CUsers%5CBartek%5CAppData%5CLocal%5CTemp%5Cmsohtmlclip1%5C01%5Cclip_colorschememapping.xml"&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:worddocument&gt;   &lt;w:view&gt;Normal&lt;/w:View&gt;   &lt;w:zoom&gt;0&lt;/w:Zoom&gt;   &lt;w:trackmoves/&gt;   &lt;w:trackformatting/&gt;   &lt;w:hyphenationzone&gt;21&lt;/w:HyphenationZone&gt;   &lt;w:punctuationkerning/&gt;   &lt;w:validateagainstschemas/&gt;   &lt;w:saveifxmlinvalid&gt;false&lt;/w:SaveIfXMLInvalid&gt;   &lt;w:ignoremixedcontent&gt;false&lt;/w:IgnoreMixedContent&gt;   &lt;w:alwaysshowplaceholdertext&gt;false&lt;/w:AlwaysShowPlaceholderText&gt;   &lt;w:donotpromoteqf/&gt;   &lt;w:lidthemeother&gt;PL&lt;/w:LidThemeOther&gt;   &lt;w:lidthemeasian&gt;X-NONE&lt;/w:LidThemeAsian&gt;   &lt;w:lidthemecomplexscript&gt;X-NONE&lt;/w:LidThemeComplexScript&gt;   &lt;w:compatibility&gt;    &lt;w:breakwrappedtables/&gt;    &lt;w:snaptogridincell/&gt;    &lt;w:wraptextwithpunct/&gt;    &lt;w:useasianbreakrules/&gt;    &lt;w:dontgrowautofit/&gt;    &lt;w:splitpgbreakandparamark/&gt;    &lt;w:dontvertaligncellwithsp/&gt;    &lt;w:dontbreakconstrainedforcedtables/&gt;    &lt;w:dontvertalignintxbx/&gt;    &lt;w:word11kerningpairs/&gt;    &lt;w:cachedcolbalance/&gt;   &lt;/w:Compatibility&gt;   &lt;m:mathpr&gt;    &lt;m:mathfont val="Cambria Math"&gt;    &lt;m:brkbin val="before"&gt;    &lt;m:brkbinsub val="&amp;#45;-"&gt;    &lt;m:smallfrac val="off"&gt;    &lt;m:dispdef/&gt;    &lt;m:lmargin val="0"&gt;    &lt;m:rmargin val="0"&gt;    &lt;m:defjc val="centerGroup"&gt;    &lt;m:wrapindent val="1440"&gt;    &lt;m:intlim val="subSup"&gt;    &lt;m:narylim val="undOvr"&gt;   &lt;/m:mathPr&gt;&lt;/w:WordDocument&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:latentstyles deflockedstate="false" defunhidewhenused="true" defsemihidden="true" defqformat="false" defpriority="99" latentstylecount="267"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="0" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Normal"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="heading 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 7"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 8"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 9"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 7"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 8"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 9"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="35" qformat="true" name="caption"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="10" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Title"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="1" name="Default Paragraph Font"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="11" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Subtitle"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="22" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Strong"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="20" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Emphasis"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="59" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Table Grid"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" unhidewhenused="false" name="Placeholder Text"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="1" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="No Spacing"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="60" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Shading"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="61" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light List"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="62" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Grid"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="63" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="64" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="65" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="66" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="67" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="68" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="69" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="70" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Dark List"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="71" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Shading"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="72" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful List"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="73" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Grid"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="60" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Shading Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="61" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light List Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="62" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Grid Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="63" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 1 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="64" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 2 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="65" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 1 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" unhidewhenused="false" name="Revision"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="34" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="List Paragraph"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="29" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Quote"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="30" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Intense Quote"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="66" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 2 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="67" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 1 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="68" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 2 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="69" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 3 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="70" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Dark List Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="71" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Shading Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="72" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful List Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="73" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Grid Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="60" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Shading Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="61" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light List Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="62" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Grid Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="63" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 1 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="64" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 2 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="65" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 1 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="66" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 2 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="67" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 1 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="68" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 2 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="69" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 3 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="70" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Dark List Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="71" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Shading Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="72" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful List Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="73" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Grid Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="60" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Shading Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="61" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light List Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="62" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Grid Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="63" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 1 Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="64" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 2 Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="65" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 1 Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="66" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 2 Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="67" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 1 Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="68" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 2 Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="69" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 3 Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="70" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Dark List Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="71" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Shading Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="72" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful List Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="73" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Grid Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="60" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Shading Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="61" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light List Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="62" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Grid Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="63" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 1 Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="64" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 2 Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="65" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 1 Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="66" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 2 Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="67" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 1 Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="68" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 2 Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="69" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 3 Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="70" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Dark List Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="71" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Shading Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="72" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful List Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="73" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Grid Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="60" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Shading Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="61" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light List Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="62" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Grid Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="63" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 1 Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="64" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 2 Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="65" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 1 Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="66" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 2 Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="67" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 1 Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="68" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 2 Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="69" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 3 Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="70" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Dark List Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="71" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Shading Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="72" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful List Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="73" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Grid Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="60" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Shading Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="61" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light List Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="62" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Grid Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="63" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 1 Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="64" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 2 Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="65" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 1 Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="66" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 2 Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="67" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 1 Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="68" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 2 Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="69" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 3 Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="70" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Dark List Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="71" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Shading Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="72" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful List Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="73" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Grid Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="19" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Subtle Emphasis"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false
